Szpilkowa Góra

Strona 2 z 2 Previous  1, 2

Zobacz poprzedni temat Zobacz następny temat Go down

Szpilkowa Góra

Pisanie by Admin on Nie Gru 20, 2015 12:06 pm

First topic message reminder :

Nie jest to do końca góra, ale taką właśnie przyjęto w Piekle nazwę. Jest to skupienie ogromnych, bardzo ostrych kolców. Kolejne niebezpiecznie miejsce, w jakie łatwo wpaść. Nie jedna już osoba miała swoje ciało przebite na wylot za swoje naganne zachowanie.
Można się z tego samemu uratować, ale dziura w ciele pozostanie...
avatar

Admin
No.1 Whis' Fanboy

Liczba postów : 300

http://dbanotheruniverse.forumpolish.com

Powrót do góry Go down


Re: Szpilkowa Góra

Pisanie by Honoberuto on Czw Sie 03, 2017 12:12 pm

KONIEC TRENINGU 3-08-2017 12:12

Rozpędzona stopa changelinga uderzyła w kolejną skalistą igłę. Ta zaś, idąc w ślad za resztą skał, skruszyła się i rozsypała, tworząc na ziemi kopiec kamieni. Jaszczur dyszał. Te skały były wytrzymałe, więc musiał włożyć dużo wysiłku w rozłupanie ich. A ten kolec był sześćdziesiątym, którego zniszczył. Teraz okolica w której trenował, wyglądała jak łysy placek, przykryty tylko gruzem z wielkich głazów. Nadszedł czas na odpoczynek. Trening uznał za zakończony. Dzięki niemu nie tylko zwiększył swą moc, ale też odegnał od siebie tak mu obce i nieprzyjemne uczucie współczucia w stosunku do osoby zupełnie nieznajomej oraz przerażenia. Jakoś udało mu się je zdusić. Całkowicie o danej sytuacji nie zapomniał, ale jedyne co w związku z nią zaprzątało teraz jego umysł to irytacja ze względu na to że własnoręcznie nie zabił Pui Puia, ciekawość czy spotka wielkogłowego w piekle i jak ten zareaguje na spotkanie z nim. No czuł też pewien rodzaj wstrętu w stosunku do Babidiego, no i niechęci. Nie miał ochoty go nigdy więcej spotykać.
Położył się na jednej z kupek kamieni. Była jakoś zaskakująco wygodna. Teraz musiał się trochę zdrzemnąć i zregenerować siły. Czuł bowiem, że jest gotów na coś wielkiego.
avatar

Honoberuto
Time Patrol
Time Patrol

Liczba postów : 389

Powrót do góry Go down

Re: Szpilkowa Góra

Pisanie by Honoberuto on Pią Sie 04, 2017 9:34 am

Honoberuto obudził się. Zdążył już odpocząć po treningu. Wstał i zaczął się rozciągać. Miał zamiar znów trenować? No cóż… Niekoniecznie. Jak się okazało, „życie” w piekle nie będzie sielanką. Nie tak dawno temu dowiedział się że czyha na niego niejaki Babidi, gość który potrafi bez problemu rozwalić komuś głowę i prawdopodobnie nieźle namieszał w głowie kilku gościom, być może silniejszym od niego. Jeśli nie teraz, to później nadejdzie czas że będzie musiał się przed nimi bronić. Nie miał wprawdzie pojęcia co się z nim stanie gdy i to ciało zostanie zniszczone, ale znał święte prawo pesymistów: „Jeśli coś może pójść źle, to właśnie tak się stanie”. Czasem pesymizm jest dobry, bo zawsze można przygotować się na najgorsze. I dlatego właśnie musi zwiększyć swą moc. Pamiętał doskonale czasy gdy w porównaniu do obecnego siebie był tylko małym konusem. Potem zmieniło się to dzięki transformacji, którą przeszedł. Czuł, że jest gotów aby przetransformować się ponownie. Wiedział że byli tacy, którzy to potrafili. Oczywiście król Cold, pewnie też jego synowie i ojciec. A kto wie czy aby niektórzy z najwybitniejszych wojowników również nie potrafili tego dokonać. Czy w ten sam sposób co poprzednio? Spróbuje najpierw pójść tą drogą. A jak się nie uda, to inną. Miał nadzieję że w końcu mu się uda.
Gdy już się porozciągał - a także wykonał parę innych ćwiczeń – uznał że nie ma co tracić czasu i musi rozpocząć przemianę. Zdążył sobie przypomnieć krok po kroku poprzednią przemianę i sposób w jaki doszedł do tego poziomu. Równomierne rozłożenie całej swej energii, a potem powolne pobieranie dalszych jej ilości z otoczenia i zmieniania w swoją energię. Był ciekaw jak będzie wyglądać efekt. Nigdy nie widział 3 formy na własne oczy, tylko o niej słyszał. Stanie się jeszcze większy? A może stanie się coś takiego, że trudno będzie go poznać? Miał nadzieję że niedługo się o tym przekona. Ale najpierw, oczywiście, wyciszenie. Od tego postanowił zacząć. Stanął wyprostowany na kupie kamieni w lekkim rozkroku. Ramiona zwisały mu swobodnie wzdłuż tułowia. Zamknął oczy. Zaczął liczyć oddechy. Nie oddychał w jakiś szczególny sposób, uważał że byłoby to nienaturalne. Po prostu oddychał i robił to w pełni świadomie. Co dziesięć oddechów unosił ramiona nieco do góry. Na samym początku przylegały do torsu. Za dziesięć oddechów między ramionami a torsem wytworzony został niewielki kąt. Potem coraz większy i większy, aż w końcu po naliczeniu sześćdziesięciu oddechów ramiona były skierowane w górę, a jego dłonie zetknęły się ze sobą. O tak, był wyciszony. Gdyby miał teraz nad nim przelecieć ptak i zrzucić na jego głowę obrzydliwe kupsko, nie poruszyłby się ani trochę. Czuł jak zimne powietrze wchodzi przez jego nos i usta, przedostaje się do tchawicy, a potem wędruje do płuc. Czuł też jak powietrze już ogrzane z płuc wychodzi i wydostaje się nosem oraz ustami. Prawie że odczuwał jak krew płynąca w jego żyłach obciera się o ich ścianki. Zdawało mu się, że słyszy też cichutkie grzmoty, jakby podczas burzy. Kto wie, może to neurony pracowały i przekazywały informacje do mózgu... Prawa połowa ciała odczuwała ciepło. Lewa połowa czuła się nieco chłodniej, ale to dlatego że wiał tu dość chłodny wiatr. Znad lodowej pustynii. Jego peleryna się poruszała dzięki delikatnym powiewom. Cóż, jeśli to co teraz posiadał nie było jego ciałem, musiało być doskonałą iluzją. Perfekcyjną wręcz, bo działała znakomicie.
A więc uciszył swoją energię, zdawał sobie sprawę z niemal każdego zachodzącego w nim procesu. Czas więc rozprowadzić energię równomiernie po swym ciele. Najpierw zebrał ją w jednym miejscu, pośrodku torsu. Coś w rodzaju bryły lodu. Następnie sprawił, że bryła owa zaczynała topnieć, a po niej spływały krople. Jął rozlewać tą wodę po najdalej położonych krańcach ciała. Kropelka po kropelce. Woda zaś przyczepiała się do narządów i zwilżała je. Coraz więcej kropel przybywało w poszczególnych partiach owej iluzji której doświadczał, coraz mniej zaś pozostawało w zbitej bryle lodu. Aż w końcu wypełnił się cały wodą. W postaci cieczy. Już nic nie było zbite, bryły lodu także nie było. Tylko swobodny płyn który był wszędzie. Tylko poza jego skórę nie wykraczał. Znajome uczucie, podobne do tego podczas pierwszej transformacji. Przyjemne. Okej, to teraz mógł przejść do właściwego zyskiwania nowej mocy.
Teraz energia nie była kroplami wody. Teraz były to małe ludziki. Stały na wielkim placu. Każdy z nich czuł się swobodnie; miał wokół siebie trochę miejsca i było czym oddychać, mimo tego że plac był wypełniony po brzegi. Jednakże do placu owego prowadziły wejścia ze wszystkich stron. Każdy mógł na niego wejść. I to właśnie zechciały zrobić kolejne ludziki, które przebywały poza placem. Miała na nim się odbyć jakaś wielka uroczystość, a więc i oni musieli tam być. Więc plac zaczął się powoli zapełniać. Najpierw przybyli ci, co mieli najbliżej. Plac musiał pomieścić cały lud, a więc zebrani musieli stanąć nieco ciaśniej. Nadal każdy miał wokół siebie trochę miejsca, ale nie da się ukryć że zrobiło się jakby trochę duszniej. Potem nadeszli kolejni goście chętni na obejrzenie przebiegu uroczystości. Znów duszniej, znów się zacieśnili. Ale nadal nie było źle. Doszli więc kolejni, i kolejni. Gapiów wciąż przybywało. Ci, którzy dotychczas się stawili, musieli coraz bardziej się do siebie zbliżać. I jeszcze, i jeszcze. W pewnym momencie było już duszno, co słabsi zaczynali mdleć. Ale to normalne, gdy ma nadejść tak spektakularne widowisko. Zdarza się. Jednak gości wcale nie ubywało. Plac św. Hona zapełniał się i zapełniał. Ci, którzy strzegli wejść na plac i sprawdzali każdego przybyłego, już nie wyrabiali. W wejściach na owo pole natężenie ruchu zmieniało się. Najwyższe było w Wejściu Górnym, zaraz pod Łukiem Kapelusza.
Właściciel owego miejsca, na którym teraz ludzików było naprawdę wielu, zaczął czuć jak gardło mu… Puchnie? Tak, chyba było to właściwe słowo. Mięśnie kończyn również się powiększały, ale w dość niekontrolowany sposób. Gdzieniegdzie było gładko i nie inaczej niż wcześniej, w innych miejscach energia nagromadziła się bardziej i powoli zaczęła się buntować. Bolało go to. Nie jakoś bardzo bardzo, ale w wielu punktach ciała. Zaciskał oczy. Owe szczypanie spowodowane było pękaniem jego skóry. Zaczynały pojawiać się małe przekrwienia. Kto wie czy nie przeistoczyłyby się w otwarte rany, gdyby nie to co działo się w jego gardle. Ono nadal puchło. Powietrze musiało przechodzić przez coraz węższy korytarz, czyli tchawicę. Szpilka by się nie przecisnęła. Oddychał z coraz większym trudem. A objawy tego odczuwał bardzo dobrze. Odrętwienie w pobliżu kończyn, niewładność… No i widziany przez niego obraz zaczął się ściemniać. Zauważył to, choć oczy miał zamknięte. Po prawdzie nadal widział wnętrze swych powiek, ale ich widok zaczęły zastępować dziwne plany. Niby również ciemne, a jednak nieporównywalnie więcej było w nich złowrogiej otchłani. Gdzieś w momencie ściemniania się ciemności upadł na ziemię Gdzieś już czegoś podobnego uświadczył. Och tak, było wtedy gorąco. Pustynia. No tak. Wtedy umierał. Umierał. Haha, ciekawe co się stanie z nim teraz. Może umrze znowu. Zaraz zobaczy, to pewnie nic złe… Zaraz, zaraz. TFU, NIE! NIE MOŻE UMRZEĆ! Nagle ludzie zebrani na placu poczuli ulgę. Ci którzy doszli, nagle prędko rozbiegli się do domów. Zaczęło padać, a parasole mieli tylko ci, którzy byli tam od początku. Jego własna energia. Powiększające mięśnie powróciły do wcześniejszego stanu, a tchawica na powrót się rozszerzyła. Był znów wydajny. Ale niestety… Nieprzytomny!
Reakcja organizmu na niebezpieczną sytuację prawdopodobnie uchroniła go przed powtórną śmiercią. Otworzył oczy. Leżał na tych samych skałach co przedtem, pośród innych skalistych kolców. Był żywy. Znaczy martwy, ale na szczęście żył. Jego ciało żyło i funkcjonowało jak należy. A dusza go nie opuściła. Wstał bez problemu, ale potem zakręciło mu się w głowie. Czuł też jeszcze ucisk na gardle i szczypanie na mięśniach. Jego wygląd nie zmienił się ani trochę. Mocy też nie czuł nowej. Najwidoczniej changelingom pisane było szukanie coraz to nowszych sposobów na wzmocnienie. A więc musi podjąć kolejną próbę.
Otrząsnął się i pozbył się męczących go zawrotów głowy. Znów musiał wejść w stan wyciszenia. Gdy już to zrobił, obrał inną niż wcześniej drogę. Teraz nie rozkładał energii równomiernie. Pozwolił jej krążyć po jego ciele w sposób naturalny. Następował teraz naturalny przepływ skupisk ki między różnymi częściami ciała. Starał się zlokalizować największe z tych naturalnych skupisk. Gdy już to zrobił, nakazał mu się zatrzymać.
Posłuszna siła spełniła polecenie, a on mógł zacząć się nią zabawiać. Znajdowała się w dolnej części jego pleców. Coś mu w głębi umysłu podpowiadało przeznaczenie tego bytu. Nie była to energia, której mógł użyć do wykonania jakiejś techniki. O nie. Zdawał sobie sprawę z tego że owo skupisko mocy siedziało w jego ciele od jakiegoś czasu. Zawsze było go tyle samo, zawsze się gdzieś kryło. Trafiło do niego gdy transformował się pierwszy raz. Był to nadmiar przyjętej wtedy energii. Teraz czekał na ponowne wykorzystanie. Do kolejnej transformacji. A więc skorzysta z niego. Uformował całą tą energię w kulę. Coś jakby zmaterializowany w środku jego ciała ki blast, ale pozbawiony destrukcyjnej energii. Nie chciał przecież zrobić sobie dziury w plecach. Gdy już się to udało, zaczął powoli wypychać tą kulę poza granice swego ciała. Po chwili hipotetyczny obserwator ujrzałby jak z jego lędźwi wyłania się coś świecącego. On czuł w tym miejscu delikatne łaskotanie, coś jakby motylki go tam obsiadły. Po kilku chwilach zapas energii wyzwolił się już całkowicie. Nie pozwolił mu ulecieć. Przytrzymywał go przy sobie i zaczął manipulować nim. Nie było to proste, bo nie widział owej energii. Ale dzięki wysokiemu skupieniu było to możliwe. Ostatecznie udało mu się rozpłaszczyć wykonaną z rezerw ki kulę. Była teraz czymś w rodzaju cienkiej powłoki. O wiele większej od niego. Mógłby się nią cały owinąć. I to właśnie chciał zrobić. Przyciągnął więc płachtę do siebie. Po chwili poczuł jak ta go otula i unosi nieco w górę. Rozłożył szeroko ramiona. Moment później był już cały owinięty otworzył oczy. Mimo to, widział ciemność. Zupełnie jakby zapadła noc. Ale wcale tak nie było. To było złudzenie wytworzone przez energię która przysłaniała także jego oczy. Czuł, że ona chce coś z nim zrobić. Coś w nim zmienić. Pozwolić jej? Raczej tak. Przecież właśnie po to ją z siebie wyzwolił. Tak więc poddał się jej. Ponownie zamknął oczy. To co się z nim działo, obserwował za pomocą reszty zmysłów. Poczuł delikatne szczypanie na plecach. W trzech miejscach, na obu łopatkach oraz pośrodku lędźwi. To energia go „ściskała” za te punkty. Po chwili czuł jak ta unosiła się do góry. Wraz z chwytanym jego ciałem. Jęknął. A zaraz potem wrzasnął. Nie mógł liczyć na delikatność czy jakiekolwiek zmiłowanie ze strony własnej ki. Oto bowiem ona szarpała jego biedne plecy. Po chwili efekt był taki, że znajdowały się tam teraz trzy skostniałe nielogicznie kolce. Te na barkach były nieco dłuższe od tego w dolnej części pleców. Gad pewnie zacząłby się zastanawiać jakie jest ich zastosowanie. Oczywiście gdyby był w stanie. Na razie jego myśli zajmowało to, co działo się z jego barkami. Utworzone podczas pierwszej transformacji płytkowe naramienniki zaczęły zarastać na biało, a potem stanęły, przez co przypominały teraz jakieś naramienniki, do których na całe szczęście peleryna nadal była przyczepiona. To również sprawiało że ból przeszywał go jak włócznia. Jego mięśnie również się powiększały. Nie wszystkie, bo głównie te od pasa w górę. No i nie tak bardzo jak za pierwszym razem. Ale tak jak i wtedy doskonale były widoczne żyły. Ale ten ból był jeszcze niczym. Jego krzyk był teraz jakby bez ekspresji. Dopiero za chwilę miało nadejść prawdziwe eldorado! Oto bowiem poczuł nagły ból w szczęce. Jego energia go za nią rwała. Krzyczał naprawdę głośno, pewnie było go słychać w całym piekle. Oprócz dominującego teraz „WRRAAAAAAAAAAAACH” od czasu do czasu rzucał słowem które dałoby się zapisać jako: „JAAAAAPIERRRRRKKKKHHHHURRRRCHOLEEEEERRRAJEGOMAAAAAĆĆĆĆ”. I pomyśleć że tą torturę zafundował sobie sam… Hipotetyczny obserwator byłby pewnie zaszokowany. Oto bowiem twarz changelinga zdeformowała się w taki sposób, że… stracił nos! To nadal było jeszcze znośne. Jego nogi zaczęły słabnąć i upadł na kolana. Podpierał się rękoma, a głowę miał skierowaną w dół. Zaś jej tył zaczął nagle się rozciągać! Ktoś mógłby pomyśleć że to balon! Czy to tylko czaszka zwiększała swą objętość? Wcale nie? Mózg mu niemalże eksplodował. W efekcie przestał odczuwać przez chwilę ból, ale mimo to nadal krzyczał, jakby z przyzwyczajenie. Serce waliło jak młot pneumatyczny, całe ciało drżało w nienaturalny sposób. Zbierało mu się na wymioty. Tymczasem głowa rosła i rosła, rozciągając przy okazji założoną na nią czapkę. Czarne rogi już dawno zaniknęły pod głową, Zamiast nich zaczynały rosnąc mu rogi nowe, tym razem białe i będące tak naprawdę częścią jego ogromnej teraz czaszki. Czyżby popełnił jakiś błąd? Czyżby zamiast zwiększyć swe możliwości okaleczył się? Cóż, może gigantycznie wodogłowie nie wyglądało zbyt dobrze, ale proszę wierzyć na słowo: Był teraz potężniejszy niż kiedykolwiek. Gdy czuł jak przebiega mu po ciele energia w postaci piorunów, a wykonana z ki powłoka która go otaczała wywoływała wokół niego coś w rodzaju tornada, cieszył się niesamowicie. Oprócz tego że kamienie zostały niemal całkowicie rozwiane, złamała się część skalnych kolców w pobliżu niego. W końcu głowa przestała mu rosnąć. Wtem rozległ się wielki huk, a pod nim wytworzył się wielki krater. Jego energia zrobiła dziurę w ziemi. Ciało mu całe drżało, ale odzyskał świadomość, a także zdolność do odczuwania bólu. Zamknął nadal wydzierające się usta. Zapadła cisza, którą zakłócało tylko jego ciche stękanie. Aura wokół niego znikła. Zdobył się teraz na akt heroizmu: Powstał! Najpierw jedno kolano, potem drugie… Zrobił to! Stał! Otworzył usta by wziąć wdech, i wtem wyłonił się z niego donośny, tłumiony dotąd okrzyk. Wzbiły się w górę tumany kurzu, osiągając wysokość kilkudziesięciu metrów. Gdy kurz opadł, była cisza jak makiem zasiał. Gdyby przelatywała tu mucha, byłoby ją słychać doskonale. Honoberuto brał głębokie oddechy i wydechy raz po raz. Prawda, wyglądał jak kaleka, osoba ułomna, dziecko odrzucone przez ewolucję. Ale mimo to, śmiał się. Zyskał bowiem coś o wiele bardziej wartościowego. Nową moc. Niech no mu podskoczy który Pui Pui, porównają sobie długości swych głów!

Spoiler:


W tym momencie następuje timeskip.
avatar

Honoberuto
Time Patrol
Time Patrol

Liczba postów : 389

Powrót do góry Go down

Strona 2 z 2 Previous  1, 2

Zobacz poprzedni temat Zobacz następny temat Powrót do góry


 
Permissions in this forum:
Nie możesz odpowiadać w tematach