Super Dragon Ball PBF - Another Universe
Forum jest w fazie przebudowy. Jest otwarte dla graczy, ale należy pamiętać o możliwości zmian w mechanice.

Share
Go down
avatar
Admin
No.1 Whis' Fanboy
Liczba postów : 355
http://dbanotheruniverse.forumpolish.com

Komnata Ducha i Czasu

on Czw Sty 07, 2016 12:42 pm
Ogromna sala znajdująca się w Pałacu Wszechmogącego. Mimo tego, że wybudowana jest właśnie tutaj, tak naprawdę istnieje ona w innym wymiarze. W wymiarze tym, czas płynie inaczej niż w normalnym świecie, ponieważ rok spędzony w Komnacie równy jest jednej dobie na Ziemi. Jest to idealne miejsce na trening.
Komnata Ducha i Czasu wyposażona jest we wszystko, co potrzebne jest do godnego prowadzenia życia. Znajduje się w niej łazienka, pomieszczenie z lodówką i spiżarnią, a także sypialnie dla osób trenujących. Tylko dwa łóżka, ponieważ maksymalnie na raz do takiej sali wejść mogą dwie osoby.
Teren, jaki znajduje się w tej komnacie, to wielka, biała przestrzeń, ciągnąca się w nieskończoność.
Jedna osoba może tutaj spędzić dwa lata (48 godzin na Ziemi), nie więcej. Gdyby ktoś został dłużej, niż mu na to pozwolono, drzwi prowadzące do normalnego świata zniknęłyby na zawsze.
avatar
Haricotto
Admin/Time Patrol
Liczba postów : 1441

Re: Komnata Ducha i Czasu

on Nie Sie 19, 2018 7:18 pm
MG

Drewniane drzwi powoli otworzyły się po raz pierwszy od wielu, wielu lat. Przez brak odpowiedniego nasmarowania drzwi, zawiasy skrzypiały na cały Pałac Wszechmogącego. Pierwszy do środka do Komnaty Ducha i Czasu wszedł Mister Popo i stanął kilka kroków od wejścia, odwracając się twarzą do wchodzących do środka Ryu i Kurisu. Już po pierwszych sekundach wewnątrz, odczuwało się ciężko atmosferę, jakby całe to miejsce było jedną, wielką sauną, gdzie coś takiego, jak wiatr nie ma prawa bytu.
- Wy móc tu spędzić jeden rok. Na tyle mieć przyzwolenie od Kami. - wskazał ręką na wiszący nad framugą drzwi zegar - Nie ma czasu do stracenia. W pokojach znaleźć jedzenie, łazienka, a tu mieć łóżka. - pokazał palcem na jedno, a zaraz na drugie łóżko. Następnie ruszył do wyjścia i chwycił za klamkę.
- Powodzenia. - uśmiechnął się i rzekł na odchodne, przechodząc nad progiem. Dźwięk zamykających się drzwi rozszedł się echem po Komnacie.
Ryu i Kurisu zostali sami. Przed nimi rok treningów. Czy będą w stanie wytrzymać? Czy może poddadzą się i wyjdą przed czasem?

_________________
avatar
Ryu
Maskotka
Liczba postów : 294

Re: Komnata Ducha i Czasu

on Pon Sie 20, 2018 7:07 pm
Brunet postanowił zapytać swą przyjaciółkę o jej samopoczucie. Na twarzy jej gościł smutek, więc coś musiało stać się. Ta jednak wszystkiemu zaprzeczyła, a następnie uśmiechnęła się. Młodzieniec dobrze wiedział, iż prawda była całkowicie inna, lecz z jakiegoś powodu nie chciała się ona tym z nim podzielić. Postanowiła pozostawić to dla samej siebie, choć z całą pewnością była świadoma tego, że mogła zaufać mu i zwierzyć się. Chłopak stwierdził, że nie będzie jej dalej męczył i przestał drążyć ten temat.
Osiemnastolatek wytłumaczył Saiyaninowi, kim byli Jirri i Tensa starając się zawrzeć, jakieś charakterystyczne szczegóły. Tak więc, Jirriego określił czarnym kosmitą z rogami i mieczem, Tense zaś, jako tę najbardziej poszkodowaną. W tym miejscu nagle odezwała się rudowłosa dopytując o wcześniejszy stan brunetki. Była to kolejna rzecz, sprawiająca, iż na twarzy naszego bohatera pojawiło się zaskoczenie i to wcale niemałe, co dziewczyna mogła zauważyć, gdy tylko chłopak spojrzał w jej stronę. Jakim cudem o niczym nie wiedziała? Była przecież tam ze wszystkimi. Była to strasznie dziwna sprawa. Fakt, iż Kurisu pytał o jaszczura i brunetkę dało się jeszcze wyjaśnić, w jakiś sposób. Może po prostu nie mieli oni okazji się przywitać? To już ważne nie było, ponieważ uczeń staruszka Kame już był wszystkiego świadom, więc teraz nie było sensu o tym rozmawiać. Jednakże w tym przypadku było całkowicie inaczej. Ziemianin wraz z dziewczyną znajdowali się wtedy w centrum uwagi ze względu na ich stan. Zostali następnie przeniesieni do tych pomieszczeń leczących ryboludzi. Młodzieniec wciąż nie mógł zrozumieć, jakim cudem ogoniasta mogła o to pytać.
- Przecież byłaś tam z nami.
Dopiero po chwili przypomniał sobie, że przecież Aymi nie była tam przez cały czas. Podczas pojedynku mistrza Haricotto wraz z tamtym Sharke ulotniła się, tak więc nic dziwnego, że o niczym nie wiedziała. Zrobiło mu się nieco głupio, bo przecież nie chodziło mu to, aby jej odpowiedzieć w takowy sposób. Nie było to jej winą, choć po jego wypowiedzi można było wnioskować, jakby ten miał pretensje do swej przyjaciółki, bo przecież powinna o tym wiedzieć. Tak przynajmniej uważał kilka sekund wcześniej. Spojrzał na podłogę i zaczął się drapać po głowie.
- A, no tak. – Jego wzrok powędrował z powrotem na ogoniastą - Zapomniałem, że Ciebie później już tam nie było, wybacz. Tak, Tensa była ranna. Ja też byłem. Podczas walki twojego taty z tym Sharke Tensa została trafiona przez promień, bo chciała ochronić tamtą dziewczynkę. Chciałem ją zabrać stamtąd, ale za nim mi się to udało to Tensa wleciała we mnie łamiąc moją nogę. Potem Sakanie zabrali nas do, jakichś urządzeń leczących na swoim statku, które nas uleczyły.
Reszty historii raczej nie trzeba było przedstawiać, ponieważ dziewczyna powinna znać późniejsze wydarzenia. Zresztą, zawsze mogła zapytać naszego bohatera, jeżeli miała jeszcze jakieś wątpliwości.
Sytuacja zrobiła się nieco poważniejsza, w momencie, w którym Złotowłosa wojowniczka pchnęła po raz pierwszy ucznia staruszka Kame. Ten jednak zdawał się nie przejmować całą tą sytuacją, a wręcz przeciwnie. Wydawało się, jakby właśnie tego oczekiwał. O co chodziło? Zacznijmy zatem od początku. Gdy chłopak został pchnięty przez Saiyankę, ten wykonał salto do tyłu i ostatecznie wylądował bokiem kilka metrów dalej. Ryu z początku nie dostrzegł uśmieszku na twarzy Kurisu, dopiero, gdy znalazł się tuż przy Aymi mógł zobaczyć go. To już całkowicie zdezorientowało naszego bohatera. Z czego on mógł być zadowolony? Z powodu, iż został popchnięty? O co mu chodziło? Jak on mógł się w ogóle uśmiechać w takiej chwili? Jednakże to nie było najdziwniejsze. Co to, to nie. Saiyanin postanowił zaszokować wszystkich, twierdząc, że nie miał pojęcia, o co ogoniastej właściwie chodziło. Jak to nie wiedział? Przecież sam na Papayi twierdził, iż nie jest Saiyanką, ponieważ jej ogon i zdolność przemiany w Super Saiyankę o niczym przecież nie świadczyły. Absolutnie, ani trochę. Ziemianin nie mógł zrozumieć aktualnego zachowania wojaka.
- Jak to nie rozumiesz? Żartujesz sobie? Na Papayi sam chciałeś się ze mną bić, a gdy Aymi próbowała Cię uspokoić to powiedziałeś, że nie jest Saiyanką.
Na całe szczęście udało się powstrzymać ogoniastą przed zrobieniem czegoś głupiego. Jej moc zaczęła stopniowo słabnąć i ostatecznie powróciła do swej poprzedniej, podstawowej formy. Sam Kurisu zaś podszedł do Pana Popo kładąc swą dłoń na jego plecach, a na twarzy jego nie przestawał gościć uśmiech. Słowa jego były wypowiadane w spokojny sposób. Brunet zaczął po chwili iść w stronę Ziemianina, a kiedy już się przy nim znalazł to klepnął on Ryu w ramię będąc najwidoczniej, w jakiś sposób zadowolonym z niego. Umysł osiemnastolatka nie wytrzymał w tym momencie i młodzieniec już nawet nie zastanawiał się nad tym wszystkim. Podopieczny Haricotto stwierdził, że nie było już sensu i postanowił poczekać, aż wojownik sam mu wyjaśni to całe zajście. Okazało się, iż cała ta sytuacja została zaplanowana przez Kurisu w celu zwiększenia pewności siebie naszych bohaterów. Trzeba było przyznać, iż naprawdę mu się to udało. Ryu wtedy naprawdę poczuł, że da sobie radę i wytrzyma wewnątrz tej komnaty. Młodzieniec postanowił odwzajemnić uśmiech Saiyanina. Rudowłosa jednak była całkiem innego zdania i nie za bardzo jej się to spodobało. Ostatecznie odwróciła się plecami do wszystkich.
Brunet podziękował swej przyjaciółce i już miał ruszać, lecz został powstrzymany. Poczuł, że coś złapało go za rękę, a gdy się odwrócił, zobaczył, iż to właśnie Aymi trzymała go za nią. Patrzyła w jego oczy i uśmiechając się powiedziała mu, aby uważał na siebie, kiedy już wejdzie do środka. Na twarzy chłopaka pojawiły się rumieńce, a on sam odwrócił głowę w bok.
- N-Nie martw się, nic mi nie będzie.
Nie było powodu, aby martwić się o naszego bohatera. Przecież nie miał on zamiaru wyruszać samotnie na wroga narażając swoje życie. Miał tylko wejść do komnaty w celu zwiększenia swej mocy. Wystarczyło poczekać, a w zasadzie następnego dnia już się ze sobą znów zobaczą. Dziewczyna z pewnością nie odczuje tej rozłąki tak bardzo, jak nasz bohater. Jedyną osobą, z którą będzie mógł porozmawiać był Kurisu. Nikt inny. Z całą pewnością nie będzie łatwe wytrzymać tyle czasu w towarzystwie jednej osoby, lecz nie miał on wyboru. Zdawał sobie sprawę, że jeżeli chciał on urosnąć w siłę to musiał zostać na całym treningu. Nie było innej drogi.
Na koniec, dziewczyna złożyła naszemu młodzieńcowi pewną prośbę. Zapytała czy mógłby on potocznie mówiąc skopać dupę Saiyaninowi. Ziemianin na Papayi już obiecał mu walkę, więc i tak mieli się bić. Skoro brunet i tak miał to w planach to nie widział powodu, dla którego miałby się nie zgodzić. Wzrok jego powędrował na ogoniastą, a na twarzy jego zagościł uśmiech.
- Spokojnie, dam mu niezły wycisk.
Został puszczony przez dziewczynę pozostawiając ją wraz z Bogiem, który miał znaleźć jej jakieś zajęcie przez ten czas.
Dołączył do przyjaciela Wszechmogącego oraz ucznia Genialnego Żółwia, który zagadał do podopiecznego Haricotto stojąc przed nim i opierając swoje ręce o biodra.
- Jeżeli wewnątrz Komnaty naprawdę jest tak ciężko to musimy dać z siebie wszystko.
Już wkrótce mieli sprawdzić, jaka była prawda. A przynajmniej Ryu miał się o tym przekonać na własnej skórze.
Kiedy Pan Popo prowadził wojaków to nasz bohater postanowił zapytać o trójokiego, który przecież tak niedawno zniknął. Znajomy Ziemianina nie był do końca pewny czy chodziło właśnie o  Tenshinhana – a to ci nowość, zważając na fakt, iż Saiyanin cały czas tam był i powinien słyszeć jego imię – i postanowił zapytać.
- Tak, o niego chodzi.
Osiemnastolatek odpowiedział na pytanie, lecz wyglądało na to, że czarnoskóry najzwyczajniej w świecie zignorował te zadane przez chłopaka. To było podejrzane, bardzo podejrzane. Dlaczego nie chciał o tym rozmawiać? O co w tym wszystkim chodziło? Nie dość, że ukrywał coś to nawet nie chciał powiedzieć, dokąd udał się trójoki.
Dotarli w końcu do drewnianych drzwi, a podczas otwierania ich, zawiasy niesamowicie głośno skrzypiały. Smar musiały one widzieć kilkadziesiąt lat wstecz, a może i nawet dłużej? Nim nasi herosi wbili do środka, na pierwszy ogień poszedł przyjaciel Kami-samy, przechodząc kilka kroków, a na samym końcu odwrócił się do nich twarzą.
- Ty pierwszy.
Pozwolił brunetowi wejść przed nim, a on sam ruszył tuż za nim. Od razu, gdy wszedł zrozumiał, że to całe gadanie o tych niezwykle ciężkich warunkach nie było bezpodstawne. Nie było ono zwykłym straszeniem śmiałków, którzy chcieliby spróbować swoich sił. Dało się odczuć niesamowicie straszną duchotę w trakcie przebywania w środku.
- Gorąco tutaj.
To była prawdziwa sauna, niczym piekarnik rozgrzany do stu stopni. Wiatru tu nie mogli uświadczyć o ile jakikolwiek tu był. Prawdopodobnie nie mogli liczyć nawet na chociażby malutki wietrzyk. Mister Popo wskazał palcem wiszący zegar, przypominając naszym bohaterom o czasie, jaki mogli spędzić wewnątrz. Wewnątrz Komnaty Ducha i Czasu można było znaleźć wszystko, co było potrzebne do przeżycia. Bruneci mogli liczyć na zapasy jedzenia, które zaspokoją ich głód w czasie pomiędzy treningami. Znajdowała się tu także łazienka, do której mogli się udać w celu przemycia ciał i nie tylko. Nie zabrakło tu także pary łóżek, których zastosowanie było wiadome. Znajdowały się one  stosunkowo blisko drzwi. Przyjaciel Wszechmogącego skierował swe kroki ku wyjściu, chwycił za klamkę i na odchodne życzył powodzenia wojakom. Uśmiechający się Pan Popo był ostatnim widokiem, jaki młodzieńcy mogli ujrzeć, który związany był ze światem zewnętrznym. Drzwi zamknęły się, a wojowników pozostawiono samych sobie. Osiemnastolatek jeszcze przez kilka chwil spoglądał na drzwi, a potem zaczął się dokładnie rozglądać po tym swego rodzaju domku. Pomieszczenie główne, znajdujące się w samym środku można było określić mianem ''sypialni’’. To właśnie tutaj, jak to zostało wcześniej wspomniane, znajdowały się łóżka. Udał się na lewą stronę i zrozumiał, że pomieszczenie, w którym się znalazł było łazienką. Wanna i to dość dużych rozmiarów, szafka, w której mieściły się ręczniki, co można było wywnioskować od razu po jej otwarciu, umywalka oraz zapasy mydła to były rzeczy, jakie można było tutaj znaleźć. Po chwili opuścił ów pomieszczenie i udał się do kolejnego.
- Skoro tam jest łazienka to tutaj powinna być kuchnia.
I tak właśnie było. Choć bardziej pasowało określenie ''spiżarnia’’. Jedzenia było tutaj od groma i jeszcze więcej. Młodzieniec nigdy wcześniej nie widział tyle żarełka znajdującego się w jednym pomieszczeniu. Cóż, takowe zapasy nie powinny być niczym zaskakującym, w końcu mieli oni wytrzymać tu rok. Stwierdził, że już się napatrzył na te widoczki i powróci do sypialni.
- Mamy bardzo dużo jedzenia, więc powinno nam go wystarczyć na cały rok.
Postanowił wyjść na zewnątrz i rozejrzeć się. Nie mógł początkowo uwierzyć w to, co ujrzał. Dookoła nich nie było niczego poza białą, wręcz niekończącą się pustką.
- Przecież… tutaj niczego nie ma.
Rozejrzał się jeszcze kilka razy na boki i nawet wzleciał ponad budynek, aby mieć stuprocentową pewność, że nie ma niczego za nim. Wylądował i zrozumiał, że byli tu tylko oni i ten domek, a w zasadzie to pałacyk. Do takiego wniosku doszedł, gdy mu się nieco lepiej przyjrzał. Ubrany był w te same barwy, co pałac Kami-samy z tą jednak różnicą, iż pomieszczenia po obu stronach posiadały daszki w różowej barwie. Od strony wejścia, na dachu domostwa znajdował się zegar. Nie dało się także nie zauważyć dwóch wielkich klepsydr stojących po lewej oraz prawej stronie mieszkania trenujących. Gdy już skończył się rozglądać jego wzrok ostatecznie powędrował na Kurisu.
- No dobra, od czego zaczynamy?
avatar
Kurisu
Liczba postów : 146

Re: Komnata Ducha i Czasu

on Pon Sie 20, 2018 9:06 pm
Chłopak podsłuchiwał rozmowę o Tensie i Jirrim. Było dokładnie tak, jak Ryu opowiedział. Jednak nie mógł już do końca przyznać racji temu, co było dalej, ponieważ nie miał pewności. Gdy próbował sobie coś przypomnieć, co było później - widział przez mgłę, która zasłaniała mu dalszą historię aż do momentu, w którym pojawił się w Capsule Corp. Przez przypomnienie sobie przez Ryu o zbiornikach leczących, Kurisu nerwowo odwrócił się w stronę, z którą nikt nie patrzył, jego oczy zostały zasłonięte przez grzywkę, ale na niższej części twarzy można było zobaczyć przerażenie. Czyżby Kurisu nadal bał się tych maszyn? Po tym zachowaniu można było to jasno stwierdzić. W końcu jedna z tych maszyn urodziła saiyanina, ta maszyna mówiła do Kurisu i nauczyła go mówić, gdy ten był zaledwie kupką mięsa unoszącą się w płynie i podłączoną różnymi kabelkami do komputera pokładowego stacji. Ta maszyna opowiedziała mu o podstawach panujących na tej planecie. Nadal nie miał do końca pewności, czy to aby na pewno był głos jego szklanej matki. W każdym razie, do tego też nie chciał wracać.

Na twarzy saiyanina pojawiło się jeszcze większe zdziwienie, gdy Ryu opowiedział mu o tym, co zrobił takiego Kurisu, gdy stracił nad sobą panowanie. Kompletnie tego nie pamiętał. Czy oni mówią prawdę? Sam w to nie wierzył. A może go z kimś pomylili w tym natłoku spraw? Cóż, sprawa była dosyć skomplikowana. Dziewczyna też miała przed innymi jakieś sekrety, dlatego Kurisu postanowił, że zapyta o to Ryu, gdy już znajdą się w środku i znajdą czas na rozmowę. Chłopak też potrafi grać w ten sposób.

Saiyanin już wiedział, że Tienshinhan to było imię łysego chłopaka z trzecim okiem, który uciekł im z miejsca zdarzenia. Mr. Popo jednak postanowił nie odpowiadać na pytanie Ryu, co było dziwne. Coś ukrywali, ale Kurisu nie miał nikomu temu za złe, ponieważ wierzył w dobre intencje Wszechmogącego. Po krótszym czasie dotarli w końcu do tych drzwi. Kurisu zdał sobie sprawę, że już wcześniej mijał te drzwi, gdy kręcił się po korytarzach pałacu. Czekaj, to tutaj? Wejście do komnaty miałem na wyciągnięcie ręki? Myślałem, że to będzie gdzieś w podziemiach pałacu. - powiedział w swoich myślach. W trakcie otwierania drzwi włosy na ciele Kurisu najeżyły się a na jego twarzy pojawiła się ogromna i przerażająca nienawiść w akompaniamencie złości. Natychmiast użył swoich rąk, aby z całej siły wyciszyć swoje uszy przed jakże nieprzyjemnym dźwiękiem. Wyglądało to nieco komicznie, kiedy spojrzał obok na pozostałych, których dźwięk nie ruszył tak bardzo jak saiyanina. Gdy drzwi zostały już szeroko otwarte - stanął prosto i poczekał, aż Mr. Poop wszedł do środka pierwszy. Spojrzał się następnie na Ryu, który zaproponował, aby saiyanin wszedł przed nim. Kurisu przytaknął mu z uśmiechem na twarzy, a następnie wszedł do środka. Po wejściu do komnaty nie odczuł jeszcze zbyt dużej różnicy, ponieważ przez cały swój pobyt w pałacu już zdążył się przyzwyczaić do warunków panujących w atmosferze. Poczuł jedynie, że jest tutaj nieco cieplej. Pan Popo zaczął opowiadać, co i gdzie się znajduje w tym pokoju. Kurisu musiał się nachylić i skupić swój wzrok na czarnym mężczyźnie rozchylając nieco swoje ręce i rozglądając się paranoicznym spojrzeniem na miejsca, które wskazywał. Mr. Popo zawsze mówił w swój specyficzny i dziwny sposób, którego Kurisu nie zawsze mógł zrozumieć, dlatego musiał się skupić dwa razy bardziej. Po krótkich oględzinach chłopak uznał, że da sobie radę i odnajdzie się bez problemu w nowym miejscu. Tutaj nadszedł już czas na pożegnanie, więc murzyn stanął w progu żegnając się z pozostałymi, znaczy się z chłopakami, no bo tylko oni tutaj są, nieprawdaż?
- Dziękuję za wszystko, do zobaczenia za rok! - Kurisu z uśmiechem na twarzy pomachał w jego stronę, gdy ten również odwzajemnił swój przerażający na swój sposób uśmiech. Jednak ten uśmiech szybko zniknął przeobrażając się w tą samą nienawiść i złość, gdy służący Wszechmogącego zamknął za sobą skrzypiące drzwi. Po tym zdarzeniu popatrzył się przez chwilę na drzwi, podobnie jak Ryu.
- Rany, te drzwi skutecznie odstraszają mnie od wyjścia stąd. - Powiedział już ze spokojem na twarzy, niby do siebie, ale jednak zdanie było skierowane do jego przyjaciela. Szybko rozejrzał się po pomieszczeniu, ale nie było tutaj czego podziwiać, według saiyanina. Pomieszczenie nie wyróżniało się niczym od tych pozostałych w pałacu, tak więc postanowił wybiec truchtem na zewnątrz pokoju, gdy Ryu był zajęty podziwianiem wnętrza. Wybiegł przez duże wyjście na środku pomieszczenia, a następnie zszedł przez małe schodki.
- Wow! - Powiedział uniesionym głosem, gdy zobaczył obraz widniejący przed nim. Wszędzie wokół panowała biała pustka i to dosłownie. Kurisu dopiero w tym momencie poczuł warunki panujące w komnacie, gdy zszedł całkowicie ze schodków. Poczuł tę parę unoszącą się w powietrzu. Hah, powietrzu... To śmieszne, ponieważ czuł się, jakby tutaj tego powietrza wcale nie było. To wszystko sprawiało, że chłopak upadł na kolano opierając się ręką o podłoże, które po chwili zaczął przecierać dłonią. Było to dziwne, ponieważ podłoże było wykonane z innego materiału, niż białe kafelki. Jakby niby takie twarde szkło, ale jednak nie do końca, ponieważ nie było przeźroczyste, ani nie odbijało żadnego światła. Mimo tego było tutaj jasno jak zza dnia, a nie dostrzegał żadnego źródła światła. Nie tego się spodziewał. Chłopak podburzył się wspomnieniami z papayi, próbując sztucznie wzniecić w sobie gniew, aż po chwili przemienił się w super wojownika i stanął prosto. Zrobił kilka skoków do góry, gdzie co kolejny skok był coraz wyższy. Potem z góry obejrzał się wokół siebie, ale tutaj niczego nie było, oprócz tego jednego, dziwnego pomieszczenia czasowego. Chłopak ponownie opadł na dół, a następnie stanął w gotowości i zaczął skupiać w sobie całą swoją energię. Jego złota auta zaczęła szaleć, coraz bardziej to rosnąć do góry i tworząc sztuczny wiatr, który wcale nie ochładzał. Skupiał się i wzmacniał energię w ciele coraz bardziej, aż w końcu doszedł do swojego maksymalnego poziomu super wojownika. Wtedy wziął najgłębszy wdech, jaki zdołał radę zrobić, a następnie...
- AAAAAAAAAAAAAAAAHHHHHOOOOOOOOOOOOOOOOOOOOOOOOOOOOOOOOOOOJJJJJ!!! - Saiyanin wydarł się wniebogłosy z całych sił, aż poczuł pieczenie w płucach i gardle, mało co nie zdarł sobie głosu. Wtedy złota aura oraz włosy zniknęły, a chłopak obracając głowę w bok stanął prosto i przysunął dłoń do ucha, aby lepiej słyszeć. Nie było słychać nic, zupełnie nic. Żadnego odzewu, żadnego echa, nic. Po chwili odwrócił się w stronę Ryu.
- Tak jak myślałem. Słyszysz echo? Bo ja też nie. To musi oznaczać, że znajdujemy się w miejscu, które nie jest wcale żadną jakąś tam komnatą, a innym wymiarem. Nie ma echa, bo nie ma od czego się odbijać. W takim razie nie ma tutaj również żadnych ścian, żadnego sufitu. A może przenieśliśmy się na inną planetę? Jak uważasz? - Zapytał się swojego przyjaciela co o tym sądzie, przy okazji przyglądając się jedynemu budynkowi w tym miejscu, który wyglądał nieco dziwacznie. Posiadał zegary oraz dwie klepsydry. Po chwili do jednej podszedł stukając delikatnie pięścią o szybę i spoglądając na przesypujący się piasek.
- Pewnie będziemy musieli stąd wyjść, kiedy cały ten piasek przesypie się już na dół. Nie wiem, czy dam radę tutaj póki co wytrzymać w mojej podstawowej formie. - Chłopak stwierdził, gdy jeszcze przez chwilę podziwiał to miejsce oraz próbował wczuć się w panujący tutaj klimat. Będzie ciężko, nie ma co. Ryu wtedy zapytał, od czego mają zacząć. Kurisu wolnym krokiem zaczął iść w jego stronę, a gdy już przy nim był, usiadł na podłodze po turecku przed nim.
- W sumie... czeka nas tutaj cały rok, więc mamy mnóstwo czasu. Teraz, póki jesteśmy sami, mam w końcu okazję o tym z Tobą porozmawiać. Możemy to zrobić teraz i mieć to już za sobą, bo później możemy być nieco zajęci. Zanim zacznę, chciałbym cię o coś zapytać, ponieważ wyszła z Papayą pewna sytuacja, której nie rozumiem. O co chodziło z tą walką z Tobą i atakowaniem córki Haricotto? Naprawdę to zrobiłem? I o co chodziło z tym saiyaninem? Kompletnie nic nie pamiętam po przemianie w... no, wiesz w kogo. - Następnie skupił się na tym, co jego przyjaciel ma do powiedzenia. Nie zamierzał mu przerywać i czekał, aż dopowie mu do końca i skończy, aby chłopak mógł wszystko zrozumieć. Gdy Ryu skończył mu już wyjaśniać, wtedy saiyanin postanowił wyjawić o sobie prawdę, którą skrywał przed swoim przyjacielem tyle czasu. Kurisu zaczął opowiadać powoli, aby Ryu nadążył.

- Pamiętasz nasze pierwsze spotkanie pod Korinem? To w sumie nie było aż tak dawno. Wtedy zapytałeś się mnie kim jestem, ale nie mogłem ci wyjawić prawdy od razu, ponieważ obawiałem się reakcji, ale teraz wiem, że mogę to zrobić. Chcę mieć to już za sobą. Otóż, wiesz już, że jestem saiyaninem i nie jest to dla Ciebie żadna nowość. Jednak różnica pomiędzy mną, a innymi osobnikami mojej rasy polega na tym, że ja nie powstałem w naturalny sposób. Dzięki naukowcom, wiedzy oraz genetyce zamierzali stworzyć na ziemi saiyanina perfekcyjnego, niestety jednak nie do końca im się udało, ponieważ placówka została zaatakowana, a prace nade mną zostały przerwane. Jestem niedokończonym dziełem szalonych saiyan. Posiadam w sobie komórki trzech najsilniejszych saiyan w całej galaktyce. Jednym z tych saiyan to Haricotto. Moja prawdziwa nazwa to Obiekt N7. Kurisu to imię, które nadał mi Kamesenin. Mam dopiero ponad rok, mimo tego, że wyglądam i zachowuję się jak nastolatek. Mimo tego to jednak nie oznacza, że jesteśmy wrogami. Kocham naturę oraz zwierzęta na tej planecie i chcę chronić to piękno tak długo, jak tylko zdołam. Niestety wiele rzeczy jest niedomówionych, a ja sam posiadam spore braki wiedzy, ponieważ dużo informacji w mojej głowie jest zablokowanych, a ja nie mogę sobie tego wszystkiego przypomnieć. Jesteś moim pierwszym przyjacielem, na którym się nie zawiodłem i mam nadzieję, że mi ufasz tak samo, jak ja Tobie zaufałem. Chcę kontynuować tę przyjaźń. A teraz... jeśli masz jakieś pytania do mnie to pytaj mnie śmiało i mów, co ci leży na sercu, ponieważ chciałbym już niedługo zacząć nasz trening. Nie przyszliśmy tutaj na pogaduszki. - Po tym zdaniu saiyanin wstał, a następnie zaczął rozciągać swoje ciało różnymi ruchami przygotowując się małymi kroczkami do wyczerpującego treningu, który ich tutaj czeka.
avatar
Ryu
Maskotka
Liczba postów : 294

Re: Komnata Ducha i Czasu

on Czw Sie 23, 2018 4:45 pm
Przed samym wejściem do środka, kiedy to Pan Popo otwierał drzwi, a do uszu wszystkich dotarło skrzypienie zawiasów, nasz bohater kątem oka spojrzał na chłopaka. Temu - sądząc po wyrazie jego twarzy, jak i tym, iż zasłonił swe uszy dłońmi - musiał strasznie przeszkadzać ten cały hałas. Cóż, nie było w tym nic dziwnego. Dla innych osób, to skrzypienie mogło być nieprzyjemne. Trenujący weszli do środka za przyjacielem Wszechmogącego, poznając warunki panujące wewnątrz, a parę chwil później zostali opuszczeni przez czarnoskórego. Zamykające się na powrót drzwi znów wydały z siebie to charakterystyczne, nieprzyjemne dla Saiyanina skrzypienie. Ziemianin przyglądał się drzwiom, a w jego głowie wciąż krążyły myśli odnośnie Wszechmogącego, Pana Popo oraz Tenshinhana. To, że ukrywali coś było zbyt oczywiste. Pytanie brzmiało: Co takiego chcieli oni ukryć? Mieli między sobą, jakieś tajemnice, którymi nie chcieli podzielić się z pozostałymi. Młodzieniec postanowił pozostawić na chwilę ucznia staruszka Kame samego, aby pozwiedzać wnętrze ich domku. Podczas oględzin doznał poczucia niepokoju. Bał się, bardzo się bał. Tak naprawdę dopiero teraz uświadomił sobie na jak wielkie niebezpieczeństwo mógł narazić swą przyjaciółkę. Poprosił ją, aby ta odwiedziła dom Tensy i sprawdziła czy zastanie ją tam, choć był doskonale świadom tego, iż na błękitnej planecie wylądowali nikomu nieznani osobnicy. Ich siła nie była znana, a nie mieli oni pokojowych zamiarów. Mogła ich przecież spotkać podczas swej podróż, co z kolei mogło zakończyć się walką. Teraz jednak było za późno, aby ją zatrzymać przed tym. Pozostało mieć więc nadzieję na to, że rudowłosą nie spotka żadne nieszczęście.
Wyszedł na zewnątrz, a jego oczom ukazał się Super Saiyanin. Jego przemiana była zastanawiająca, ponieważ po co mógł się on transformować w takim momencie? Na razie jednak Ryu był zaabsorbowany obserwowaniem pustki dookoła nich. Miejsce to było zaprawdę tajemnicze. Kiedy to młodzieniec przyglądał się pałacykowi poczuł na swoich plecach delikatny wiatr, który wzmagał się z każdą sekundą. Okazało się, iż Złotowłosy postanowił zacząć wydzielać swoją moc wytwarzając sztuczny wiatr. Wiatr stawał się coraz bardziej intensywny, lecz nie ochładzał on naszego bohatera, a wręcz przeciwnie. Odczuwał całe to ciepło teraz niesamowicie mocno. Musiał zaprzeć się nieco nogami, aby nie zostać odrzuconym. Co ten Kurisu w ogóle robił? W jakim celu wydzielał tyle energii? Jaki był w tym sens?
- Co ty wyprawiasz?!
To jednak było NIC. O nie, nie, nie. Kiedy już aura wojownika wzniosła się na swą maksymalną wysokość, wiatr zdawał się przeistaczać, w jakąś wichurę, chłopak stwierdził, że najzwyczajniej w świecie krzyknie najgłośniej, jak tylko potrafił.
- Dość tego! Przestań!
Krzyczenie w jego stronę raczej i tak na nic się zdawało, ponieważ prawdopodobnie nic on nie słyszał zważając na fakt, iż jego krzyk musiał wszystko zagłuszyć. Aura zniknęła, a włosy chłopaka powróciły do swej poprzedniej barwy. Właśnie wtedy Ziemianin miał okazję, aby podejść do niego i zapytać, jaki w zasadzie miał on cel w tym wszystkim. Bohater nasz doskonale widział, jak to uczeń staruszka Kame obrócił głowę w bok i przystawił dłoń do swego ucha. Czy on… sprawdzał czy było tutaj echo? Dlaczego? Po co? W porządku, znaleźli się pierwszy raz, w tym dziwnym miejscu, więc mógł on chcieć sprawdzić to, lecz mógł on przynajmniej ostrzec naszego bohatera nieco wcześniej nim postanowił to zrobić. Podszedł do niego znajdując się na ostatnim schodku.
- Jeżeli następnym razem będziesz próbował czegoś podobnego to mnie przynajmniej ostrzeż. Dlaczego to w zasadzie zrobiłeś?
Faktycznie, chciał sprawdzić czy było tutaj echo i o dziwo nie można było się go spodziewać wewnątrz Komnaty Ducha i Czasu. Zresztą, nie było w tym nic dziwnego, w końcu znajdowali się pośrodku pustki. Chociaż, gdyby się tak zastanowić mogły znajdować się tutaj ściany, których zwyczajnie w świecie mogli nie widzieć. Saiyanin zaczął spekulować, iż mogli przebywać, w jakimś innym wymiarze, choć chwilę później zaczął się zastanawiać nad tym, że może zostali przeniesieni na inną planetę. Ryu zapytany o to, gdzie mogli się znajdować nie bardzo wiedział, co powiedzieć, bo przecież mogli być wszędzie. Porozglądał się parę razy na boki zastanawiając się nad tym. Pierwsza opcja, wydawała się być dość logiczna, jednakże nie było, co do tego stuprocentowej pewności. Jego wzrok ostatecznie padł na chłopaku.
- Możliwe, że jest tak mówisz, czyli możemy być zamknięci w innym wymiarze, ale nie jestem pewny, co do tego, bo możemy być tak naprawdę wszędzie. Gdzie byśmy jednak nie byli to nie powinniśmy sobie zawracać tym zbytnio głowy. Przyszliśmy tutaj tylko na trening.
Nie była to, aż tak istotna sprawa, gdzie przebywali. Weszli tutaj w celu urośnięcia w siłę, a nie zwiedzania Komnaty. Niemniej jednak było to dość interesujące, a fakt, iż dokładnie nie wiedzieli, gdzie zostali wysłani tylko dodawał tajemniczości temu miejscu. Uczeń staruszka Kame postanowił skierować swe kroki ku jednej z klepsydr. Uważał on, iż trenujący będą musieli opuścić to miejsce, gdy piasek się przesypie, jednakże były to tylko czyste spekulacje i nie było w tym nic pewnego. Zdecydowanie pewniejszą metodą było śledzenie czasu poprzez zegary i odliczanie dni do końca. Saiyanin nie miał pewności czy nie będzie musiał on korzystać ze swej transformacji w początkowej fazie treningu. Fakt, było tutaj gorąco, jednakże nie powinno to, aż tak wpływać na ich treningi. Z pewnością sobie poradzą nawet w takiej duchocie.
- Chyba trochę przesadzasz. Wiem, że jest tutaj cieplej niż na zewnątrz, ale powinniśmy sobie dać radę.
Warunki panujące tutaj były niezwykle ciężkie i przeciętny wojownik mógłby sobie tutaj nie poradzić, jednakże oni nie byli zwykłymi wojownikami. Byli silni, bardzo silni. Ta duchota nie powinna być przeszkodą dla nich.
Na pytanie Ryu, Kurisu podszedł do niego i usiadł sobie przed nim. Ten drugi stwierdził, że nie ma, co się spieszyć i mogą wykorzystać te pierwsze chwile ich pobytu, aby wyjaśnić pewną sprawę. Na początku jednak chciał on zapytać o wydarzenia, które wydarzyły się na Papayi. Z twarzy młodzieńca można było wyczytać zaskoczenie, w momencie, w którym brunet wspomniał o wyspie. Okazało się, że nic on nie pamiętał, gdy przeistoczył się w dziewczynę. Tak więc nic dziwnego, że nie miał on pojęcia, o co chodziło Aymi. Osiemnastolatek wiedział, jak musiał się on czuć. Nie jesteś sobą, robisz różne, dziwne rzeczy, a potem nic nie pamiętasz. Wojak przeszedł przez to samo na wyspie, lecz jego przypadek był inny, znacznie inny. Podobny, jednakże nie taki sam. Saiyanin wtedy jeszcze panował nad sobą w pewnym stopniu, a przynajmniej można było spróbować z nim porozmawiać. W przypadku podopiecznego Haricotto nie było takiej możliwości. Jakakolwiek rozmowa z nim była w zasadzie bezcelowa, choć udało się go powstrzymać. Bohater nasz spojrzał na kafelki i zaczął drapać się palcem wskazującym swej prawicy po policzku próbując przypomnieć sobie tamte wydarzenia. Było to jakiś czas temu i już tak dobrze tego nie pamiętał, jednakże zapamiętał to, co było najważniejsze.
- W takim razie zacznę od samego początku. – Spoglądnął ponownie na swego znajomego, po czym zaczął kontynuować – Gdy zostałeś zamieniony w dziewczynę przez Sakan to dwóch z nich przyniosło pobitą prawie na śmierć Aymi. Razem z mistrzem Haricotto przemieniliście się w Super Saiyan. Wydaję mi się, że osiągnął on wtedy, jakiś nowy poziom Super Saiyana, bo różnił się on nieco od tego pierwszego. W każdym razie, rzuciliście się wszyscy na nich, a ja zabrałem Aymi z Papayi i poleciałem do Pana Korina. Aymi została uleczona dzięki Senzu i chciała do was wrócić, ale nie chciałem jej pozwolić tam lecieć. Była jednak zbyt uparta i poleciała tam bez mojego pozwolenia. Gdy wróciłem na wyspę to było już po wszystkim. Byłeś nadal przemieniony w Super Saiyana i chciałeś się ze mną bić, ale ja odmówiłem, bo nie czułem się w pełni sił. Ciebie to nie obchodziło i próbowałeś się na mnie rzucić. Aymi próbowała Cię zatrzymać i właśnie wtedy powiedziałeś, że nie jest Saiyanką. Chciałeś się z nią bić, bo stanęła Ci na drodze. Potem straciłeś przytomność.
Pomimo, iż nie pamiętał wszystkich szczegółów to udało mu się w miarę przyzwoicie przedstawić całą sytuację. Pominął fragment z tym, iż wraz ze swą przyjaciółką napili się Świętej Wody, która obdarzyła ich nowymi mocami. Stwierdził, że nie jest to jeszcze ten moment. To jeszcze nie był ten czas, kiedy mógł opowiedzieć o tym Kurisu. Postanowił, że wstrzyma się z tym przez jakiś czas. Jeżeli nie zapomni to opowie mu o tym innym razem.
- Wybacz, ale mogłem coś pominąć. Nie pamiętam tego już zbyt dobrze.
Kiedy już osiemnastolatek opowiedział o wszystkim brunetowi to nadszedł czas, aby to on zabrał głos. Zaczęło się niewinnie. Nie zaskoczył on naszego bohatera, niczym nowym. Ryu już wcześniej doskonale wiedział, że powstał on na podobieństwo ''Saiyanina Idealnego’’. Tu jednak pojawiły się nowe fakty. Był on niedokończonym projektem, jakichś innych, szalonych ogoniastych, którzy przeprowadzali swój eksperyment na błękitnej planecie. Dlaczego niedokończonym? Ze względu na fakt, iż placówka, w której przebywał została zaatakowana. To, co całkowicie zaskoczyło chłopaka był moment, kiedy brunet oznajmił, iż jest on połączeniem trzech najsilniejszych Saiyan w galaktyce, a jednym z nich był… mistrz Haricotto! Co takiego? Że jak? Co? Jak to było możliwe? Mało tego, okazało się, że imię jego zostało nadane mu przez staruszka Kame, a tak naprawdę, już wcześniej został nazwany, jako ''Obiekt N7’’. To wszystko wydawało się być tak niezwykłe, że aż nieprawdopodobne do uwierzenia. Jednakże młodzieniec miał w głowie przypadek Fabu, który także powstał w nienaturalny sposób. Mimo to, nie były to wszystkie rzeczy, jakich można było dowiedzieć się o Saiyaninie, ponieważ on sam wszystkiego nie wiedział o sobie, a próby przypomnienia sobie czegokolwiek nie pomagały. Brunet zadeklarował, że zamierza on chronić Ziemię, a w zasadzie to naturę znajdującą się na niej. Mimo to, chronienie natury szło w parzę z ewentualnym chronieniem planety. Określił on Ziemianina swoim przyjacielem, któremu ufał i pozwolił mu zadać, jakieś pytania. Brunet wstał i zaczął się rozciągać, a uczeń Haricotto podszedł do niego.
- Słuchaj, nie obchodzi mnie to, że ktoś jest kosmitą lub nie. Nigdy nie obchodziło mnie to, że Ty lub mistrz Haricotto jesteście Saiyanami. Nie obchodzi mnie to, że zostałeś stworzony przez, jakichś naukowców. Nie obchodzi mnie też to, że zostałeś nazwany, jako ''Obiekt N7’’, bo dla mnie zawsze będziesz sobą. Dla mnie zawsze będziesz po prostu ''Kurisu''. Mnie obchodzą czyny i słowa i dlatego cieszę się, że chcesz chronić Ziemię. Wygląda na to, że mamy wspólny cel. Jestem pewny, że jeżeli będziesz ciężko trenował i stawał się coraz silniejszy to jeszcze nie raz będziesz mógł ochronić ją przed wieloma zagrożeniami. Zapamiętaj sobie, nie jest ważne to, kim się rodzimy, ale to, kim zostajemy.
Na twarzy jego zagościł uśmiech, lecz wciąż nie mógł zrozumieć tego, czemu chłopak traktował go, jak swego przyjaciela. Nie znali się przecież długo. Ta zagadka nie zostanie prawdopodobnie, kiedykolwiek rozwiązana. Można było jednak spróbować rozwiązać inną. Brunet postanowił skorzystać z okazji i zapytać wojaka o tych pozostałych Saiyan. Była to po prostu czysta ciekawość.
- Mówiłeś, że powstałeś z trójki Saiyan. Skoro mistrz Haricotto jest jednym z nich to mógłbyś mi powiedzieć, kim są tamci dwaj?
Fakt, nie przyszli tutaj, aby sobie rozmawiać, ale po to, aby urosnąć w siłę. Mieli jednak jeszcze trochę czasu nim rozpoczną swój trening, więc nie zaszkodzi wyjaśnić tej kwestii. Parę sekund później Ryu także zaczął przygotowywać się do treningu.
avatar
Kurisu
Liczba postów : 146

Re: Komnata Ducha i Czasu

on Sob Sie 25, 2018 2:14 am
Ryu trochę się zdziwił, ale to było celowe działanie. Wszystko było przez saiyanina zaplanowane, bo już wcześniej przed wejściem tutaj tak szczerze zastanawiał się nad tym, jak działa ta komnata ducha i czasu, dlatego nie mógł się przed tym powstrzymać. Lekko zaśmiał się drapiąc się po głowie, kiedy słuchał opieprzu od swojego przyjaciela, aby go następnym razem uprzedził przed takim działaniem.

Ryu myślał tylko o treningu i nie obchodziło go to gdzie się aktualnie znajdują. To podejście jak najbardziej pasowało saiyaninowi i postanowił, że on również tak zacznie myśleć. Przyszli tutaj tylko po to, aby trenować. Nie mniej, nie więcej. Należało się skupić tylko i wyłącznie na tym. Kurisu nie chciał, aby podczas ich treningu coś ich dezorientowało albo nie pozwalało im na pełne skupienie na swoim celu. W tym momencie liczy się tylko i wyłącznie trening.

Ryu nie potraktował chyba słowa swojego kolegi poważnie i olał kwestię sądząc, że powinni dać sobie radę. Kurisu mówił to na poważnie. Nie miał pojęcia, czy da radę wytrzymać tutaj wzmożony wysiłek na podstawowej formie. Będzie musiał ćwiczyć prawdopodobnie w formie super saiyanina, a co za tym idzie - będzie musiał oszczędzać na swojej energii ki, bo transformacja wszystko z niego wyparuje w parę chwil i będzie potrzebował chwili na regenerację. Może medytacja oraz trening lepszej kontroli ki pomoże w powiększeniu pokładów energii? Warto będzie spróbować, póki nie znajdzie lepszego rozwiązania.

Kurisu uważnie słuchał chłopaka. Dowiedział się już, że córka Haricotto ma na imię Aymi. Niby nic, ale jednak warto wiedzieć. Co ciekawe - dowiedział się, że istnieje jakiś kolejny poziom super saiyanina. Po krótszym namyśle doszedł do wniosku, że to przecież nie jest dla Kurisu żadna nowość. W jego umysł była wpojona informacja, że naturalną reakcją saiyan jest transformacja na kolejny, nowy poziom, kiedy nie dają sobie rady z silniejszym przeciwnikiem i to się sprawdzało. Haricotto musiał wtedy właśnie to przejść. Niestety saiyanin nie pamiętał już tamtego momentu i nie wiedział nawet jak ta transformacja wyglądała, ale musiała być cudowna. Kurisu zdziwił się, gdy usłyszał, że zaatakował Ryu i Aymi. Czy to naprawdę miało miejsce? Ale dlaczego niby miałby to robić? Cholera, niczego nie pamiętał z tamtej chwili. Najważniejsze było to, że nikomu krzywda się nie stała, bo Kurisu zaraz po ataku stracił przytomność. Czy to dlatego Aymi uważała, że pokonała chłopaka jednym ciosem? Chyba tak. Gdy saiyanin to zrozumiał - zaśmiał się lekko pod nosem, bo dziewczyna ma błędne informacje i niedługo może zostać przez Kurisu zaskoczona. W każdym razie nadal był zdziwiony, że po pierwszej przemianie zachowywał się w ten sposób i niczego z tego nie pamięta. Miał tylko nadzieję, że sytuacja się nie powtórzy i chłopak zachowa samokontrolę nad sobą.

Po opowieści Kurisu jego przyjaciel zareagował miło, czego saiyanin się nie spodziewał i zdziwił się na tę sytuację. Przez chwilę stanął zaskoczony analizując słowa chłopaka. Nie wiedział co powiedzieć mu, dlatego tylko przytaknął z delikatnym uśmiechem na twarzy, a następnie zajął się dalej rozciąganiem mięśni. Za chwilę Ryu mu przeszkodził swoim pytaniem, więc Kurisu stanął prosto.
- Jasne. Wiem, że nie wykorzystasz tego przeciwko mnie, dlatego nie jest to dla mnie żadną tajemnicą. Pozostali saiyanie to Ant... Ante... Antu... Cholera. - Chłopak wypowiadał jakieś dziwne słowa co chwilę przerywając, w tym czasie mocno główkując i drapiąc się po głowie. Wyglądało to tak, jakby chciał mu powiedzieć, ale nie mógł tego zrobić. O co chodziło?
- Rozmawiałem z nimi kiedyś wewnątrz swojego umysłu, ale już nie pamiętam jak się nazywają. W każdym razie kwestia tych dwóch saiyan jest nieco skomplikowana, dlatego wolałbym to zostawić na drugą rozmowę, kiedy znajdziemy czas na odpoczynek. Może do tego czasu więcej sobie przypomnę. - Chłopak po tych słowach coś sobie przypomniał. Chciał porozmawiać z Ryu o czymś ważnym związanym z Aymi, ale zapomniał o tym, a teraz było już za późno na to. Postanowił, że na razie z tym odpuści i zostawi to na później. Teraz trzeba było skupić się na treningu.

Rozgrzewka była już skończona, tak więc można było przejść do ćwiczeń. Tylko... od czego by tu zacząć? Spojrzał się na Ryu z pytającą miną na twarzy, ale on chyba również się nad tym zastanawiał.
- Może zaczniemy od podstaw, aby nie wypalić się z całych sił od razu? - Saiyanin zaproponował chłopakowi swój pomysł, po czym sam przeszedł do ćwiczeń. Położył swoje dłonie do podłogi, a następnie zaczął robić pompki odliczając na głos kolejne. Przez to przyszło mu na myśl fałszywe wspomnienie z Vegety, gdzie któryś z saiyan robił dokładnie tak samo pompki, a nad nim stał jakiś masywny mężczyzna w saiyańskim pancerzu oraz pelerynce. Zapewne jakaś ważniejsza osoba, a może po prostu trener. Możliwe, że to było wspomnienie któregoś z dwójki saiyan, a może i nawet z trójki. Nie miał do końca pewności, bo nie znał przeszłości Haricotto. W zasadzie zna się z nim krócej niż z Ryu, a wie o nim dwa razy więcej, niż o ziemianinie. To było dosyć dziwne, ale też logiczne. Nie rozumiał tylko po co zostały przekazane mu te informacje, skoro są mu one niepotrzebne. Wewnątrz wciąż czuł coś dziwnego. Te dziwne uczucie nie mijało od momentu zbliżenia się do Aymi. Było widać gołym okiem, że Kurisu to trapi, ale musiał skupić się teraz na czymś innym. Tak, musiał ją teraz olać i skupić się na sobie. Czy rzeczywiście da sobie z tym radę? Chwila, która to już pompka? Ah, dobra - dwa tysiące dwieście osiemdziesiąt sześć, dwa tysiące dwieście osiemdziesiąt siedem, dwa tysiące dwieście osiemdziesiąt osiem, dwa tysiące dwieście osiemdziesiąt dziewięć...

W trakcie robienia pompek Kurisu na chwilę zatrzymał się spoglądając się na Ryu. Patrząc się na niego odpłynął na chwilę myślami gdzie indziej. Czy Ryu zdaje sobie z tego sprawę, że spędzimy tutaj cały rok? Czy na pewno sobie poradzi? Przecież jest ziemianinem, ma dziewczynę, to musi być dla niego dwa razy cięższe, niż dla saiyanina. W końcu musi pożegnać się ze wszystkimi na cały rok, z rodziną, z dziewczyną, z przyjaciółmi. A Kurisu? Jedyna rodzina Kurisu to Ci trzej saiyanie. A jego dom? Jego jedynym domem była wyspa Kamesenina, jeśli zboczony staruszek zechce pozwolić mu się u niego przespać. Praktycznie mówiąc nie ma dla kogo wrócić, dlatego nie odczuwał zbytnio żadnej więzi. No, prawie żadnej... bo wciąż ciągnęło go do lasu i zwierząt no i pozostawała wciąż ta jedna, niepewna sytuacja z pewną osobą. Cholera, Kurisu! Przestań o tym tak dużo myśleć i skup się! Masz trenować dalej! Jazda! W tym momencie saiyanin odbił się rękoma od powierzchni, robiąc zaraz po tym kilka salt w powietrzu nad podłogą, a następnie upadł na zgięte nogi, po czym od razu się położył na plecy i wziął się za robienie brzuszków. Zaczął to robić dwa razy energiczniej, niż przed chwilą pompki. Umysłem skupił się na swoich mięśniach brzucha. Robił to przez długi czas mając na twarzy niewyraźną minę, jakby jakieś myśli nie dawały mu spokoju. To aż takie trudne?

Minęło kilka godzin po tym, jak Kurisu skończył robić brzuszki, a potem zajął się serią niskich przysiadów. Po serii przysiadów trwających mniej więcej tyle samo co robienie brzuszków i pompek, saiyanin postanowił poćwiczyć swoje skoki, tym razem bez formy saiyanina. Chłopak już dyszał ze zmęczenia a po jego całym ciele spływał pot. Saiyanin ugiął się nisko podpierając się z przodu ręką o podłogę, a następnie zaczął wykonywać wyskoki w powietrze najwyżej, ile tylko miał sił w nogach. Bez używania ki, bez używania bukujutsu - tylko i wyłącznie praca nóg. Przy tym również rozglądał się wokół horyzontu, ale nie było czego tutaj podziwiać oprócz białej pustki panującej praktycznie wszędzie. W pewnym momencie poczuł, że coś przemieszcza się w jego brzuchu. Stanął na chwilę łapiąc się za brzuch ze zdziwieniem na twarzy. Wtedy z jego brzucha wydobyło się głośne warknięcie, a Kurisu ponownie poczuł ból. Saiyanin zgiął się w pół do przodu i złapał się obiema rękoma za swojego maćka.
- No nie, tylko znowu nie to. - Powiedział do siebie, po czym nastąpiło kolejne warknięcie i ból, jakby ktoś szarpnął go za jelito. W tym momencie musiał szybko udać się do toalety, więc bohater zniknął z kurtyny na około piętnaście minut. Po wyjściu od razu rzucił się do lodówki niczym drapieżnik na swoją zwierzynę, a następnie zaczął wyjadać ryż. Jego organizm domagał się pożywienia, tu i teraz, dlatego Kurisu nawet nie podgrzał sobie wcale jedzenia.

Pierwszy dzień Kurisu spędził na podstawowych ćwiczeniach, które miały posłużyć za rozgrzewkę przed rocznym treningiem. To dopiero początek i czeka ich całkiem sporo pracy, a Kurisu już czuł się ciężko. Położył się do łóżka, aby przespać noc i zregenerować siły na kolejny dzień. Niestety saiyanin leżał kilka godzin w łóżku i wsłuchiwał się w tykanie zegara, ponieważ nie mógł zasnąć. Mijały kolejne godziny, ale nic z tego. Męczyły go myśli oraz podekscytowanie tym, że czeka go bardzo wiele ciężkich prób, pokonywania barier oraz walk z samym sobą. Dodatkowo duchota nie dawała w nocy zasnąć, ale po pewnym czasie coś się zmieniło. Zrobiło się jakby... chłodniej? O co chodzi? Coś się zepsuło z komnatą? Klimat się nagle oziębił? Chłopak wstał po cichu, aby nie budzić Ryu i cichym krokiem wyszedł na zewnątrz. Nic nie widział, zrobiło się zewsząd ciemno i ponuro i po kilku sekundach można było odczuwać nieprzyjemnie niską temperaturę. Jak to możliwe? Saiyanin opatulił się za ramiona swoimi rękoma i zaczął ocierać skórę, aby nie zamarznąć i wyszedł kilka kroków dalej. To było dla niego totalnie dziwne, ponieważ w dzień była bardzo wysoka temperatura, a teraz było wręcz przeciwnie. Chłopak czuł, że normalnie zaraz zamarznie na kość. Wtedy daleko przed sobą zobaczył coś, jakiś ruch. Co jest, coś mi się przewidziało? Przecież to nie możliwe, aby był tutaj ktoś jeszcze oprócz nas. Kurisu dla pewności obejrzał się za siebie szukając wzrokiem Ryu, ale wciąż był na swoim miejscu. Niemożliwe! Chłopak postanowił sprawdzić o co chodzi i wolnym krokiem zaczął iść do przodu rozglądając się na boki. Im dalej szedł, tym odczuwał coraz większe zimno oraz widział coraz lepiej tajemniczy ruch białej postury. Gdy znalazł się wystarczająco daleko od pokoju - nagle wokół niego zerwał się silny podmuch wiatru, który o mało co nie sprawił, że go porwał wraz ze sobą. Saiyanin mocno zaparł się nogami o podłoże i zaczął się rozglądać. Mocna wichura panowała zewsząd tworząc mroźny huragan. Wtedy chłopak zdał sobie właśnie sprawę z tego, że nie widział osoby, a zobaczył białe, mroźne płatki przemieszczające się wraz z lodowatym powietrzem. Kurisu chciał zawracać, ale nie mógł ruszyć nogą. Przerażony spojrzał się na dół i zauważył, że jego stopa została zamrożona lodem do podłoża. Uświadomił sobie, że wpadł w poważne kłopoty. Noga zaczynała zamarzać lodem coraz wyżej, druga noga również. Nie mógł oderwać się od podłoża nawet techniką bukujutsu. Czy Kurisu za chwilę zamarznie na śmierć i zostanie pochłonięty przez komnatę na zawsze? Czy to właśnie tak skończy się jego los? Czyżby chłopak tak szybko przegrał? Zawsze pozostawała jeszcze pomoc Ryu, pod warunkiem, że usłyszy wołanie Kurisu. Nie! Nie mogę się poddawać! Dam sobie radę sam! Zebrał energię w dłoni i wystrzelił sobie ją w nogi, ale to nic nie dało. Czuł się jakby jego energia była w tej chwili osłabiona, słabsza niż zazwyczaj. Lód pokrywał jego ciało coraz wyżej dochodząc już do pasa oraz torsu. Próbował znowu wystrzelić falę ze swojej dłoni, ale również nic mu to nie dawało. Złapał się mocno rękoma za skrawki lodu i szarpiąc się próbował się wydostać, ale lód był już zbyt dobrze przylgnięty do ciała i pokrywał coraz więcej dochodząc już do torsu. Jedna ręka była już pozbawiona ruchu, czy to był koniec? Nie! Nie dam się zabić! Jego ręka mocno się napięła, aż wyskoczyło na niej kilka widniejących żył. Twardo ułożył pięść, którą zaczął uderzać z całej siły w zamrożoną klatę oraz brzuch, ale to na nic. W saiyaninie zaczęła narastać agresja i złość. Był bardzo zły, bo został uwięziony i nie mógł się uwolnić, nie mógł być wolny tak jak wcześniej był. W tym momencie przypomniała mu się chwila jego podróży, gdy spotkał żołnierzy RR, którzy więzili w klatce leśne zwierzęta, nad którymi się wyżywali. Nie mogły one opuścić swojej klatki, ponieważ nie miały one wystarczająco dużo sił, aby ją zniszczyć, aby pokonać swoją przeszkodę do bycia ponownie wolnym. Wtedy pojawił się Kurisu, który zniszczył sztab żołnierzy i uwolnił zwierzęta. Czy Kurisu także potrzebował czyjejś pomocy, tak jak tamte zwierzęta?
- AGHHH, NIE! - Wykrzyknął ze złości, a jego włosy zaczęły unosić się w powietrzu, gdy lód pochłonął już prawie całe ciało wojownika i teraz skupił się na szyi i głowie. Wojownik wydarł się wniebogłosy, gdy złota aura zaczęła spowijać zamrożone prawie w całości ciało wojownika. Aura zaczęła się zwiększać coraz bardziej poprzez narastającą energię oraz złość. Skupił mnóstwo energii w różnych częściach swojego ciała, po czym zaczął ją wypuszczać z siebie. Przez lód zaczęło wydobywać się światło w prostych, nieregularnych liniach, jakby ktoś zamocował imprezową kulę na suficie. Chłopak poczuł ciepło, a lód zaczął wydawać łamany dźwięk, po którym zaczęły pojawiać się pęknięcia. Zrobiło się nagle jaśniej, a w całym otoczeniu wokół zaczęło robić się jeszcze coraz cieplej. Kurisu nie przestawał wyrzucać ze swojego ciała energię, próbował rozwalić lodową powłokę od wewnątrz. Pęknięcia pojawiały się coraz większe i coraz więcej, a po pewnym czasie większe odłamki zaczęły spadać na ziemię i topić się. Super wojownik napiął wtedy całe swoje ciało i gwałtownym, energicznym ruchem pociągnął całym swoim ciałem w tył powodując całkowite zniszczenie lodu i rozsypania się go na wszystkie strony. Kiedy już się uwolnił, super wojownik wrócił do podstawowej formy, a następnie upadł na podłogę ze zmęczenia. Zrobiło mu się strasznie gorąco.
- Udało mi się? - Zapytał się samego siebie ocierając pot z czoła, kiedy próbował otworzyć oczy, by spojrzeć w niebo, znaczy się do góry. Wtedy opierając się rękoma z tyłu, siedział sobie rozglądając się wokół po jasnym pomieszczeniu.
- Nie... to poranek nastał.

Kolejny dzień nastał, ale nie raczej dla Kurisu, no bo on przecież w ogóle nie spał pierwszej nocy. Postanowił nie tracić czasu i wziąć się dalej za trening. Uznał, że musi jakoś wzmocnić swoje ramiona, dlatego postanowił spróbować chodzić wokół budynku komnaty używając samych rąk. Używając samych rąk chodził tylko na rękach robiąc kolejne, coraz większe okrążenia wokół komnaty. Później nabrał w tym już takiej wprawy, że robił to przy używaniu kilku palców. Dodatkowy ciężar butów dodawał mu większego trudu w tym.
- Uważaj, aby nie oddalać się za daleko. Im dalej odejdziesz, tym trudniejsze warunki do przeżycia znajdziesz. - Poradził nową poradą dla Ryu, kiedy go tylko zobaczył następnego dnia. Kontynuował jeszcze chodzenie na rękach, kiedy doszedł już do robienia wystarczająco dużych okrążeń, a następnie zaczął je zmniejszać do coraz mniejszych. W końcu mu się to znudziło, więc postanowił potrenować ''parkour'' wokół komnaty w podobny sposób robienia okrążeń, co przy chodzeniu na rękach. Kurisu zaczął robić wyskoki z nóg i rąk na przemian, czasami między tym wykonując po kilka salt w powietrzu. Zwinność podczas walki jest bardzo ważna do umiejętnego wykonywania uników. Tak więc cały kolejny dzień spędził znowu na gimnastyce. Musiał zregenerować swoje siły po ostatniej nocy. Po zakończeniu tego dnia podgrzał jedzenie, a potem przygotował lepszą kolację, aby wojownicy mogli się najeść, chociaż nie był to jakiś majstersztyk, ponieważ saiyanin nie był wybitnym kucharzem. Umiał tylko tyle, co pokazał mu kiedyś Kamesenin. Oczywiście saiyanin nałożył sobie cztery razy większą porcję niż ziemianinowi. Chyba nie trzeba było tłumaczyć dlaczego tak zrobił. Następnie cały spocony poszedł się umyć do wanny. Napełnił ją całą po brzegi chłodną wodą, a następnie rozebrał się i wszedł do środka. Zauważył wtedy, że od tej temperatury oraz potu miał poparzone nadgarstki od tych kilkunastu kilogramowych frotek oraz stopy od tych kilkuset kilogramowych butów. Zanurzył się głową pod wodą i wstrzymując powietrze przebywał w tym stanie kilka minut.

Kolejny dzień nastąpił szybko. Kurisu był bardzo zmęczony, więc dosyć szybko zasnął. Następnego poranka postanowił podzielić się ze swoim przyjacielem nowym doświadczeniem.
- Zauważyłem, że w nocy temperatura w komnacie spada do drastycznie niskich temperatur. Możemy wykorzystać jakoś ten zmienny klimat, ale lepiej uważajmy, żeby nie dać się zamrozić w kostki lodu. - Po saiyaninie było widać wciąż, że coś go trapi, coś go męczy i nie daje spokoju, ale wciąż trzymał to na później. Dzisiaj postanowił potrenować walkę z cieniem - podstawowe ataki, bloki, uniki, chwyty. Pomyślał, że dobrze jest przećwiczyć podstawy jeszcze raz i znaleźć w nich ewentualne luki, które później można zastąpić czymś nowym. Saiyanin odczuwał już coraz większe zmęczenie, dlatego musiał przejść w stadium super wojownika, aby móc kontynuować swój trening. W tej formie dał radę wytrzymać tylko pół dnia, gdyż forma super wojownika pobierała z niego wiele energii. Skończył swój trening w połowie dnia, po czym poszedł się zdrzemnąć. Po drzemce obudził się lekko przed nocą, kiedy jego siły zostały już zregenerowane. Wstał i wyszedł na zewnątrz, gdy temperatura zaczynała już drastycznie spadać w dół. Przemienił się w super wojownika i zaczął kontynuować swój trening w nocy walcząc z cieniem, gdy jego ciało było katowane przez mróz. Tym razem postanawiał nie powtórzyć swojego poprzedniego błędu, dlatego nie miał żadnego zamiaru wyruszać dalej.

Kolejnego dnia... w sumie nie wiadomo już którego, bo po pierwszym dniu Kurisu przestał już liczyć, saiyanin odkrył pewną zależność. Postanowił przez cały dzień potrenować medytację, która miała oczyścić jego umysł oraz wczuć się w chwilę. Jednak jego głowa była dręczona myślami, dlatego wkurzył się i wszedł w poziom super saiyanina. Podczas medytacji poziom super wojownika sam się wyłączał, gdy Kurisu osiągnął odpowiedni poziom uspokojenia.
- To bez sensu. Nie dam rady teraz trenować bez super saiyanina, to bardzo trudne. Jak mam zwiększyć swoje pokłady energii, gdy super saiyanin sam mi się wyłącza? - Szukał jakiegoś sposobu, ale niestety sam nie mógł sobie z tym poradzić. Miał nadzieję, że jego przyjaciel wpadnie na jakiś pomysł, który mógłby pomóc saiyaninowi. Kurisu próbował medytować dalej, ale szło mu to coraz ciężej. Nie dość, że ciągle go męczyły myśli, to w dodatku wkurzał się na siebie za tego super saiyanina. Nie potrafił się już skupić, przez co czasami odpuszczał sobie na chwilę medytację, aby poszwendać się zastanawiając się nad sytuacją oraz żeby ochłonąć czy znaleźć inne zajęcie, które sprawi, że chociaż na chwilę przestanie o tym myśleć. Może to była już odpowiednia pora na rozmowę, którą Kurisu tak ciągle odkładał na później?

Trening 1 z 8.
Wybacz Ryu za tego posta-zabójcę, ale ciężko jest tak po prostu nagle przejść ze szczegółowego treningu w opisowy trening kilkudniowy.
avatar
Ryu
Maskotka
Liczba postów : 294

Re: Komnata Ducha i Czasu

on Pon Sie 27, 2018 12:37 pm
Kiedy bohater nasz przekazał uczniowi staruszka Kame, żeby ten ostrzegł go przed kolejną taką akcją to ten drugi po prostu zaśmiał się nieco głupio drapiąc się przy tym po głowie. Jeżeli coś takiego trafi się następnym razem i chłopak także ówcześnie nie oznajmi swoich działań to Ziemianin najzwyczajniej w świecie uderzy go w głowę, w celu wbicia mu nieco rozumu i zapamiętania sobie tego raz na zawsze.
W momencie, w którym młodzieniec skończył opowiadać Saiyaninowi całe zajście na wyspie to właśnie wtedy osiemnastolatek uświadomił sobie jedną rzecz. Skoro wojownik nic nie pamiętał po przemianie w dziewczynę to w zasadzie nawet nie był świadom tego, że chłopak obiecał mu walkę. Nie zmieniało to jednak faktu, iż chłopak zamierzał dotrzymać tej obietnicy. Miał to być w końcu tylko pojedynek, nic istotnego. Póki co, wolał jednak powstrzymać się od zaproponowania tego swemu znajomemu. Uczeń Haricotto doskonale wiedział, iż jego nowa transformacja była zbyt dużym wyzwaniem dla standardowego Super Saiyana. Nikt nie miałby z nim szans na tym zwykłym poziomie. Nie chciał on powtórzyć sytuacji, która wydarzyła się podczas jego sparingu z Aymi. Właśnie dlatego postanowił wstrzymać się i poczekać, na moment, w którym wojownik urośnie bardziej w siłę.
Po wypowiedzi bruneta, w której stwierdził, że nie obchodzi go czy Kurisu powstał w naturalny sposób lub nie, ten drugi wyglądał na zaskoczonego. Po chwili jednak uśmiechnął się przytakując na usłyszane słowa. Z pewnością było to miłe uczucie, kiedy wyjawiasz, że nie powstałeś tak jak każdy, a druga osoba nie zaczęła Cię traktować, jak zwykłego odmieńca. Tak jak zostało to już powiedziane, chłopakowi nie robiło różnicy to, że ktoś mógł być znacznie inny od niego samego. Nic dla niego nie znaczyło to, że ktoś powstał w nienaturalny sposób, stworzony przez, jakichś tam naukowców.
Uczeń staruszka Kame starał się wypowiedzieć imię jednego z tych Saiyan, lecz z jakiegoś powodu nie był w stanie tego zrobić. Wyglądało na to, iż jakimś sposobem rozmawiał już z tamtą dwójką wewnątrz swego umysłu, lecz nie potrafił sobie przypomnieć ich imion. Zaproponował odłożenie tego, na kiedy indziej do czasu, aż sobie coś przypomni.
- W porządku. Mamy sporo czasu, więc prędzej czy później na pewno sobie coś przypomnisz.
Nie było sensu o tym rozmawiać skoro nie mógł on sobie o niczym przypomnieć. Należało więc czekać, aż pojawi się w jego głowie, jakieś wspomnienie związane z tamtymi ogoniastymi. Zresztą, mieli tutaj siedzieć rok. Było to wystarczająco dużo czasu na głowienie się nad tą kwestią.
Ryu wciąż przygotowywał się do treningu, zaś Kurisu już miał swą rozgrzewkę za sobą. Zaproponował on Ziemianinowi zaczęcie od najprostszych ćwiczeń, aby nie stracili oni wszystkich sił zbyt szybko. Było to bardzo dobre posunięcie, pomysł ten bardzo spodobał się brunetowi. Czekał ich strasznie ciężki trening, tak więc nie powinni tracić wszystkich sił w zasadzie na samym starcie. Należało odpowiednio zagospodarować swoimi zapasami energii wykorzystując je, w jak najlepszy sposób. Spojrzał na swego znajomego przytakując głową.
- Dobry pomysł. Możesz już zacząć trening, zaraz do Ciebie dołączę.
Trenujący póki co rozdzielili się. Osiemnastolatek kątem oka dostrzegł, iż jego znajomy przemienił się w Złotowłosego Wojownika. Dopiero po tym przeszedł do ćwiczeń. Pytanie brzmiało: Dlaczego? Nawet nie zszedł ze schodków. Mieli oni przecież odpowiednio zarządzać swoją energią, a nie korzystać z niej już na samym początku i to w taki sposób. Przecież utrzymanie tej transformacji nie należało do najprostszych. Musiał on wciąż uważać, iż nie poradzi sobie bez swej przemiany, pomimo tego, że nawet nie spróbował ćwiczyć bez niej.
Bohater nasz zakończył swą rozgrzewkę i mógł przejść do właściwego treningu. Drugi z trenujących właśnie wykonywał pompki, lecz Ziemianin zamierzał na początku przebiec się wokół ich domostwa przez kilkadziesiąt minut. Tu jednak nastąpiło coś, czego absolutnie się nie spodziewał. W momencie, w którym zszedł z ostatniego schodka poczuł, jak jego nogi automatycznie zginają się. Poskutkowało to tym, że padł na oba kolana podpierając się rękoma. Chciał wstać, jednakże nie mógł. Czuł, jakby coś powstrzymywało go przed wstaniem. Czuł się ociężale, strasznie ociężale. Zdawałoby się, że w jednej, tak krótkiej chwili przybyło mu dodatkowych kilogramów i to wcale nie kilka.
- Co jest?!
Chciał wstać, jednakże jego wysiłki były daremne. Dodatkowo, duchota panująca tutaj absolutnie nie pomagała, a wręcz przeciwnie. Przy kolejnej próbie wstania zaczynało brakować mu powietrza.
- Dlaczego…  Dlaczego nie mogę wstać?
Nic z tego nie rozumiał, lecz teraz zaczął pojmować, dlaczego Saiyanin przetransformował się. Najwidoczniej musiał wcześniej także zejść ze schodków i doświadczyć tego samego. Z całą pewnością, gdyby i uczeń Haricotto dokonał transformacji to nie miałby takich problemów. On jednak chciał tutaj trenować w swej podstawowej formie. Chciał wzmocnić swoje ciało bez żadnych wspomagaczy. Jednakże na razie musiał wstać, a przynajmniej wrócić na schody. Zaczął powolnymi ruchami obracać się w stronę pałacyku. Napiął wszystkie mięśnie i zacisnął zęby, po czym rozpoczął kolejną próbę podniesienia się z ziemi.
- Uda… mi się… Uda mi się.
Dopingował samego siebie próbując odnaleźć nową siłę, która pomogłaby mu w tym trudnym zadaniu. No i faktycznie, zaczęło mu się udawać podnosić, a parę sekund później znalazł się już na obu nogach. Nie potrafił jednak wyprostować ich na sto procent, więc zmuszony był stać na lekko ugiętych. Podniósł swą lewą nogę, jednakże czuł, jakby ważyła ona kilkaset kilogramów. Po chwili postawił ją na schodku. Następnym zadaniem było oderwanie drugiej kończyny. Kiedy już się to stało znalazł się z powrotem na schodach. Usiadł sobie w siadzie skrzyżnym opierając się dłońmi z tyłu, próbując złapać oddech.
- Ten trening… będzie o wiele cięższy niż… myślałem.
Nie było, co do tego wątpliwości. Żaden dotychczasowy trening nie będzie mógł się równać z tym, czego doświadczy tutaj. Musiał jednak wytrzymać, nie mógł wyjść. Musiał urosnąć w siłę. Jednakże, aby do tego doszło musiał tam wrócić, musiał tam zejść. Kiedy już uspokoił oddech mógł ponownie wstać. Spojrzał na Saiyanina, zdawałoby się, że radzi sobie bez najmniejszych problemów podczas wykonywania ćwiczeń. Mimo wszystko znajdował się on pod postacią Super Saiyana, tak więc był zdecydowanie silniejszy. Czyżby po prostu znajdowała się tutaj zwiększona grawitacja? To by wszystko tłumaczyło. Być może to dlatego Kurisu radził sobie tak dobrze, ponieważ nie robiła ona na nim wrażenia podczas przebywania pod postacią Złotowłosego Wojownika? To mogła być odpowiedź na to pytanie zważając na fakt, iż przemienił się on jeszcze przed samym treningiem.  

Trening Statystyk ( 1/8 )

Postanowił w końcu zejść ze schodków, bo przecież nie urośnie on w siłę, gdy będzie tylko przyglądał się. Był już przygotowany, więc, kiedy jego lewa noga zeszła ze schodów to napiął wszystkie mięśnie znajdujące się w niej. Mógł utrzymać się na niej tylko chwilę, lecz to wystarczyło, aby postawić drugą odpowiednio szybko i nie stracić równowagi. Postanowił zrobić to, co zamierzał na samym początku. W tym jednak przypadku nie mógł sobie pozwolić na bieg, a powolne chodzenie. Przynajmniej do czasu, aż nie stanie się silniejszy. Tak więc, ruszył. Z bardzo wielkim trudem przychodziło mu stawianie kolejnych kroków. Poruszał się, jak najzwyklejsza mucha w smole, zaś duchota tylko utrudniała oddychanie. Zaciskał zęby podczas stawiania każdego, pojedynczego kroku. Był skupiony na samym sobie i treningu. Dbał o to, aby utrzymać się na nogach, ponieważ ponowne wstanie kosztowałoby go wiele energii. Stwierdził, że piętnaście minut takiego ''spaceru’’ wystarczy.
Położył się na ziemi, po czym przybrał odpowiednią pozycję do wykonywania pompek. Robił je na otwartych dłoniach, bo jeszcze nie był gotowy, aby je wykonywać na pięściach. Każda pompka była niesamowitym wyzwaniem. Opadnięcie i podniesienie się było nieprawdopodobnie ciężkie. Za każdym razem, gdy czuł, że jest już na skraju swoich możliwości, starał się odnajdować w sobie nową siłę. Po zrobieniu pompki starał się wykonać jeszcze, jeszcze jedno powtórzenie.
Był tak zaabsorbowany treningiem, że dopiero teraz zauważył, iż biała powierzchnia służąca im do trenowania nie odbijała jego sylwetki. Nie odbijała ona absolutnie niczego. Po ośmiu setnym powtórzeniu padł.
Uspokoił oddech, po czym z trudem przeturlał się na plecy w celu rozpoczęcia pracy nad mięśniami brzucha. Wykonywał brzuszki długo, a każdy z nich – tak jak w przypadku poprzedniego ćwiczenia – był niesamowicie ciężki, wręcz niszczycielski dla jego mięśni. Kiedy doszedł do liczby dziewięciuset dziewięćdziesięciu dziewięciu powtórzeń, zdawałoby się, że mięśnie jego płoną żywym ogniem. Zacisnął oczy, zęby i zmusił się do wykonania tego jednego, ostatniego brzuszka.
Odczuwał potworne zmęczenie, wiedział, że był to dopiero początek. Czekała go prawdziwa męczarnia. Ćwiczenia, które w teorii miały odpowiadać za rozgrzewkę wycisnęły z niego siódme poty i to dosłownie. Był cały cuchnący i spocony. Leżąc na plecach ściągnął ze swego prawego nadgarstka frotkę, aby przetrzeć twarz z kropel potu.
Postanowił wstać. Nie znajdował się wcale daleko od schodów, więc kiedy tylko udało mu się podnieść swe cztery litery to w bardzo krótkim czasie znalazł się z powrotem na kafelkach. Mógł nareszcie poruszać się bez jakichkolwiek przeszkód. Kurisu wciąż trenował, a on sam postanowił udać się do łazienki w celu zażycia kąpieli. Wtem drzwi prowadzące do pomieszczenia zamknęły się przed jego nosem. Zapukał i od razu rozległ się głos Saiyanina.
- Byłem pierwszy!
Nieco go to wkurzyło, bo przecież chciał ochłodzić zmęczone ciało. Chciał on wziąć od razu kąpiel po całym dniu treningu i nawet nie mógł tego zrobić. Był zmuszony czekać, bo przecież chłopak wbił się przed nim zwyczajnie bez słowa. Nawet nie zapytał czy mógł wejść przed nim. W momencie, w którym opuścił on pomieszczenie, młodzieniec podszedł do niego i walnął go w czachę.
- Następnym razem czekaj na swoją kolei!
Po kąpieli przygotował sobie posiłek w kuchni, a następnie udał się do sypialni. Spojrzał na zegar sprawdzając godzinę, a potem położył się na wolnym łóżku i zasnął. W taki sposób minął mu pierwszy dzień wewnątrz Komnaty.

Nastał kolejny, drugi już dzień. Noc ta pozwoliła mu zregenerować nieco siły, więc postanowił nie tracić czasu i dołączyć do Saiyanina, który musiał już wcześniej rozpocząć swój trening. Osiemnastolatek nie mógł odnaleźć go wewnątrz domku, więc stwierdził, że poszuka go na zewnątrz. Faktycznie, wojownik przechadzał się – oczywiście w formie Złotowłosej – wokół pałacyku, jednakże używając do tego samych rąk. Ten poradził Ziemianinowi, aby nie oddalał się za bardzo, ponieważ odnajdzie znacznie trudniejsze warunki. Młodzieniec nie miał zamiaru tego robić. Nie zamierzał podnosić poprzeczki jeszcze wyżej. Warunki te były wystarczające, a z jeszcze cięższymi mógł sobie już w ogóle nie poradzić. Tak więc stwierdził, iż w jego przypadku nie ma sensu poszukiwać nowych wyzwań.
- Spokojnie, nie mam zamiaru się oddalać. Dla mnie ten trening już jest ciężki, więc nie chce sobie go bardziej utrudniać.
Odpowiednio rozgrzał się, po czym przystąpił do treningu. Zaczął od tego samego, co wczoraj, czyli przechadzaniu się wokół domku. Tym razem jednak wykonywał o wiele dłuższe kroki. Każdą ze swych nóg podnosił najwyżej jak tylko mógł, a potem opuszczał ją najdalej jak było to tylko możliwe. Było to jeszcze cięższe od takiego normalnego spaceru, lecz z całą pewnością da to pozytywne efekty. Podczas wykonywania tego ćwiczenia obok niego przechodził Kurisu, który wciąż chodził na rękach, jednakże używał do tego już tylko kilku palców. To dało naszemu bohaterowi, więcej chęci do pracy i pokazania, że nie musi on korzystać, z jakichś tam transformacji. Był pewien, że poradzi sobie bez nich. Po kilkudziesięciu minutach stwierdził, że czas na coś nowego.
Stanął sobie w miejscu i zaczął unosić nogę zgiętą w kolanie najwyżej, jak tylko mógł. Podpierał się dzięki drugiej nodze, lecz używając do tego tylko palców. Robił to na zmianę. Stał raz na prawej, raz na lewej nodze. Było to o znacznie cięższe niż stanie na pełnej stopie. W tym przypadku musiał jeszcze bardziej starać się, aby łapać równowagę. Nie było to tak proste, jak mogłoby wydawać się.
W momencie, w którym doszedł do wniosku, że wystarczy przeszedł do przysiadów. Jednakże postanowił je sobie nieco utrudnić i po każdym powtórzeniu wykonywał długi krok do przodu. Po kilkudziesięciu okrążeniach wokół domku postanowił udać się w końcu do łazienki.
Gdy zakończył kąpiel zauważył, że uczeń staruszka Kame także zakończył swój trening. Przygotował on posiłek dla wojaków, lecz nie był on najwyższych lotów. Gdyby Ryu miał porównywać umiejętności kulinarne ich obu to dania Ziemianina wypadały nieco lepiej. Przez fakt, iż jego matka nieraz znajdowała się poza domem, musiał przygotowywać posiłki dla swoich sióstr. Dzięki temu po jakimś czasie nabrał pewnym zdolności kulinarnych, jednakże wciąż mu bardzo wiele brakowało do bycia, jakimś kulinarnym Guru.

Wstał i przetarł swe oczka dłońmi. Saiyanin przekazał mu nowe informacje odnośnie warunków wewnątrz Komnaty Ducha i Czasu. Wyglądało na to, że występowały tutaj wahania temperatur. W dzień panowała duchota, ogólny gorąc, w nocy zaś temperatura spadała w dół. Młodzieniec zaproponował, iż mogli oni wykorzystać to do swego treningu, jednakże dał naszemu bohaterowi przestrogę, aby uważał przed zamarznięciem. Uczeń Haricotto miał wciąż w głowie poprzednią przestrogę, którą dał mu poprzedniego dnia brunet. Gdyby tak teraz połączyć to wszystko to można było dojść do wniosku, że chłopak już wcześniej wiedział o tym zmiennym klimacie, lecz dopiero teraz postanowił podzielić się tym. Idąc dalej tym tokiem rozumowania można było dojść do wniosku, że trafienie na ekstremalne upały lub mrozy mogło ich spotkać tylko wtedy, gdyby znacznie oddalili się.
- Wystarczy, że nie będziemy się zbytnio oddalać.
Postanowił, że cały dzień poświęci na regenerację i wykorzysta ten nocny chłód do swego treningu. Będzie to zawsze, jakieś urozmaicenie, a przy okazji wzmocni to jego ciało. Wzmacnianie swej odporności na skrajne temperatury powinno być ważne podczas treningu sztuk walki. Dzięki temu w przyszłości będzie mógł sobie lepiej poradzić w cięższych warunkach.
- Odpuszczę sobie dzisiaj trening w tym upale i poczekam na noc.
Dostrzegł, iż chłopaka coś trapi, dało się to wywnioskować po jego twarzy. Czyżby martwił się sprawą tamtych ogoniastych? Może niepokoiło go to, czego mógł się dowiedzieć, gdyby w jego głowie pojawiły się informacje, które były zablokowane? W każdym razie, coś go martwiło i było to widać.
- Wszystko w porządku?
Praktycznie cały czas leżał w łóżku. Wstawał tylko czasami, aby wrzucić coś na ząb lub poobserwować, jak trenuje jego znajomy, sprawdzał jednak zawsze godzinę.
Usiadł sobie na schodku opierając głowę o lewą rękę, znajdującą się na udzie. Prawica zaś była oparta o drugie z nich. Gapił się na białe kafelki. Ciałem był tutaj, lecz duchem przebywał gdzieś indziej. Rozmyślał o tym, co wydarzyło się na Papayi. W jego umyśle krążyła odbyta rozmowa z jego przyjaciółką na wyspie staruszka Kame.

Wyszedł z chatki rozglądając się. Poszukiwał ogoniastej, chciał w końcu zapytać o to, co zaszło na wyspie, bo wciąż miał pustkę w głowie. Tak, jakby ktoś bardzo mocno uderzył go w czaszkę i tamte wspomnienia zostały wyrzucone z jego mózgu. Parę razy starał się solidnie wytężyć umysł, jednakże na nic się to zdało. Nie potrafił niczego sobie przypomnieć. Nie pozostało nic innego, jak odnaleźć dziewczynę i ją wypytać o to. Wcześniej nie miał okazji, więc liczył, że tym razem nic nie stanie mu na przeszkodzie. Równie dobrze mógł zapytać o to Jirriego, lecz ten oddawał się medytacji, więc brunet stwierdził, że nie będzie mu przeszkadzał. Nigdzie nie mógł znaleźć swej przyjaciółki, więc postanowił skierować swe kroki za dom. Jego oczom ukazała się rudowłosa oddająca się swojemu treningowi. Ta od razu spostrzegła naszego bohatera idącego w jej stronę.
- Aymi, możemy porozmawiać?
Młodzieniec podszedł do niej, a ona w międzyczasie przerwała wykonywanie ćwiczenia.
- O co chodzi?
- Możesz mi powiedzieć, co się stało na Papayi po mojej przemianie? – wzrok jego powędrował w stronę oceanu - Próbowałem sobie coś przypomnieć, ale nic nie pamiętam.
- Zaatakowałeś nas…
Po usłyszeniu tych dwóch słów, głowa naszego bohatera od razu powędrowała w stronę jego przyjaciółki. Nie mógł uwierzyć w to, co usłyszał. Dla niego wydawało się być to coś niemożliwym. Przecież nie mógł tego zrobić. Nie mógł ich zaatakować. Nie mógł zaatakować Jirriego. Nie mógł zaatakować Aymi. Jak mogło to być możliwe? Nie chciał w to wierzyć. Wolał myśleć, że to się nie stało. Może tak naprawdę nie miało to miejsca? Może teraz po prostu śni? Może to wszystko było jedną wielką iluzją? Niestety, była to rzeczywistość. Dziewczyna spojrzała w ziemię.
- Czekaj, co?
- To nie byłeś Ty…
Jak to nie on? To niby kto? Czyżby ktoś go kontrolował? Chwila, to było w zasadzie możliwe? O co tutaj chodziło? Co ona miała na myśli? To wszystko nie miało sensu. Rudowłosa odeszła nieco od Ziemianina i stanęła nad brzegiem wpatrując się w ten zdawałoby się bezkresny ocean.
- O czym ty mówisz?
Nie odpowiedziała. Po prostu otuliła się ramionami i patrzyła przed siebie. Chłopak podszedł do niej. Dlaczego nic nie powiedziała? Co stało na przeszkodzie? Co tam się stało? Teraz jeszcze bardziej chciał się dowiedzieć. Nie miał zamiaru odpuszczać. Musiała mu wszystko wyjaśnić.
- Aymi, posłuchaj mnie. Nic nie pamiętam i chce wiedzieć, co tam się stało.
- Po prostu… Nie kontrolowałeś się. Zachowywałeś się, jak… jak dzikie zwierzę. Próbowałam Cię uspokoić, ale ty mnie nawet nie poznawałeś. Nie zrobiłeś mi krzywdy, wyrzuciłeś mnie z dala od Ciebie i Jirriego. Potem zaczęliście walczyć.
Bohater nasz nie potrafił uwierzyć w to, co słyszał. Było to jeszcze bardziej abstrakcyjne niż to, co wcześniej dotarło do jego uszu. Jak mogło do tego dojść? Jak mogło być to możliwe? Dlaczego to zrobił? Nie rozumiał tego wszystkiego. Chciał, aby ktoś mu to wszystko wytłumaczył. Dlaczego niczego nie pamiętał? Dlaczego zachowywał się w takowy sposób? Co się tam z nim stało? Nie potrafił tego pojąć. Coś musiało wtedy opętać go, ponieważ on sam nigdy by tak nie postąpił. Aymi spojrzała na niego zeszklonymi oczyma.
- Próbowałam Ci pomóc... potem zemdlałeś.
Przytulił ją. Cieszył się, że miał przy sobie taką przyjaciółkę, jak ona. Był jej wdzięczny. Gdyby nie ona to nie wiadomo było, jak mogły się potoczyć dalsze wydarzenia. Mógł przecież uciec stamtąd, a następnie skrzywdzić, jakichś niewinnych ludzi. Na całe szczęście chyba nikomu nic się nie stało.
- Dziękuję, gdyby nie Ty to nie wiem, co by się stało. Już nigdy nie dopuszczę do takiej sytuacji.


Coś było z nim nie tak. Tylko nie miał pojęcia, co. Dlaczego tak zachowywał się? Czyżby miało to, jakiś związek z jego nową mocą? Nigdy wcześniej nie doświadczył, czegoś takiego. Było to coś całkowicie nowego. Coś całkowicie nieznanego. Spojrzał na swą prawą dłoń, zmarszczył brwi, po czym zacisnął ją w pięść.
- Muszę się dowiedzieć, o co chodzi.
Nie mógł tego pozostawić. Nie było wiadomo, jak jeszcze wiele razy zdarzy mu się to. Zamierzał dowiedzieć się prawdy. Już wkrótce wszystko zrozumie.
Położył się na łóżku, a po chwili Kurisu zakończył swój trening i udał się na spoczynek.
Czas nieco dłużył się naszemu bohaterowi podczas oczekiwania na jego trening. Zdawałoby się, że te wszystkie godziny przeciągały się w nieskończoność. Dużo rozmyślał o sobie. Starał się zrozumieć to, co wydarzyło się na wyspie. W końcu udał się na trening.
Faktycznie, było zimno, bardzo zimno. Pomimo tego straszliwego mrozu nie zmienił zdania i po prostu zaczął przygotowania do treningu. Gdy był gotowy zszedł ze schodków i zaczął od tego, co zawsze. Czyli przechadzki wokół pałacyku. Tym razem jednak w kuckach.
Następnie zaczął wykonywać uderzenia najszybciej, jak tylko mógł. Potem przeszedł do kopnięć. Ćwiczenie to miało na celu zwiększenie jego szybkości. Właśnie tym zajął się przez resztę swojego treningu. Zwiększaniem swej prędkości. Młodzieniec przez cały czas zastanawiał się nad tym, co było w tym wszystkim gorsze. Upał czy mróz?

Kiedy kolejnego dnia znów męczył się z grawitacją – a przynajmniej tak myślał, bo jeszcze do końca nie ogarniał, czemu miał takie problemy z poruszaniem się - zauważył, iż jego znajomy zajął się medytacją. W którymś momencie przemienił się on w Super Saiyana, jednakże nie na długo. Zaczął zastanawiać się, jak mógłby on przedłużyć czas przebywania w tej transformacji. Ryu wszedł na schody i zaczął drapać się prawym palcem wskazującym po policzku. On także próbował wpaść na pewien pomysł, aby pomóc mu z  tym. Przypomniał sobie, że mistrz Haricotto miał podobny problem. Spróbował on wtedy udoskonalić, w jakiś sposób tę przemianę, jednakże brunet nie miał pojęcia, co dokładnie on zrobił.
- Mistrz Haricotto miał kiedyś podobny problem. Mówił wtedy coś o udoskonaleniu Super Saiyana. Nie jestem Saiyanem, ale wiem, że ta wasza transformacja pobiera dużo energii. Wydaje mi się, że chciał on, w jakiś sposób zmniejszyć wydzielanie energii czy coś takiego.
Były to tylko jego domysły, jednakże tylko to przychodziło mu teraz do głowy.
avatar
Kurisu
Liczba postów : 146

Re: Komnata Ducha i Czasu

on Czw Sie 30, 2018 10:13 pm
Kurisu zauważył na samym początku treningu, że Ryu ma poważne problemy z poruszaniem się. Cóż, Kurisu również miał z tym duży problem, ale nie było tego po nim aż tak widać, ponieważ wspomagał się swoją formą super wojownika oraz udawał ukazując przed swoim przyjacielem, że jego to w ogóle nie rusza i nie sprawia żadnego kłopotu. Nie posiadał w tej chwili żadnej świadomości, że w późniejszym etapie treningów saiyanin bardzo pożałuje swojej decyzji.

Podczas kolejnego dnia treningu saiyanin został zapytany przez swojego przyjaciela, czy coś się stało. Kurisu spojrzał się z lekkim zaskoczeniem na twarzy, po czym odwrócił zmartwiony wzrok na bok. Zastanawiał się, czy powiedzieć mu o tym wszystkim, co zadręczało jego umysł. Nie był pewny, czy wypadało mówić o tym Ryu. Czuł się z tym głupio i zarazem żałośnie. Dłuższa chwila milczenia sprawiła, że chłopak uznał, że nie ma już sensu o tym mówić. Odwrócił się na pięcie i zaczął iść.
- Nieważne, zapomnij o tym.

Saiyanin w pewnym momencie treningu musiał go przerwać na rzecz rozwijania swojej energii, ponieważ jego ciało dostawało coraz bardziej w kość. Piekły go niektóre miejsca na skórze przez obcieranie sobie jej przez ubranie ważące więcej, niż te normalne ciuchy. Chodziło tutaj głównie o buty oraz frotki na nadgarstkach. Kurisu bardzo zachciał powiększyć swoje pokłady mocy lub zniwelować jakoś pobieranie energii przez transformację. Wtedy Ryu postanowił mu nieco pomóc i dał mu małą wskazówkę, że Haricotto też kiedyś miał ten sam problem i że jakoś sobie z nim poradził. Chłopak zaczął chodzić w kółko z założonymi rękoma na piersi zastanawiając się głęboko i intensywnie nad tym, co chwilę wypowiadając ze słów słowa ''Zmniejszyć wydzielanie energii?''. Chodził tak przez kilka godzin wymyślając jakieś sensowne pomysły, aż w końcu postanowił, że musi wejść ponownie do swojego umysłu i poszukać jakiś informacji, które naprowadziłyby go chociażby na jakiś trop, którym mógłby się powoli udać, aby w końcu dotrzeć do wymierzonego celu. Saiyanin usiadł sobie blisko przed schodkami, odwrócony w stronę białej nicości. Ułożył się w wygodną pozycję po turecku, a następnie złożył wygodnie ręce i przymknął swoje powieki powolnym ruchem. Wziął głęboki wdech, a następnie wydech. Kurisu mógł wejść w ten stan tylko w dwóch przypadkach - w bardzo skrajnych przypadkach czyhających na jego życie, oraz w momencie, gdy osiągnie wysoki poziom skupienia i koncentracji, co do łatwych nie należało, dlatego potrzebował nieziemskiego skupienia, aby znowu to wykonać. Skupił się na oddychaniu - wdech, wydech, wdech, wydech, wdech, wydech i tak cały czas w kółko. Skupił się na tym, aby odczuwać całe te powietrze wewnątrz swoich płuc, następnie skupił się dodatkowo na swoim biciu serca oraz krwi, które krążyło po całym organizmie. Po kilku godzinach medytacji w bezruchu, tylko oddychanie, zaczął odczuwać wszystko bardzo intensywnie w swoim organizmie, a najbardziej chyba ból, który był spowodowany poprzecieraną skórą w niektórych miejscach na ciele. Czuł, jak jego krew pompowana jest po całym jego ciele, od stóp aż po głowę, czuł również każdy ruch swojego sztywnego włosa na głowie. Będąc przez długi czas w tym stanie, w pewnym momencie stracił świadomość i przeniósł się do swojego umysłu. Poczuł po prostu w pewnym momencie, że zmieniło się otoczenie na o wiele przyjemniejsze niż te, w którym aktualnie przebywał. Otworzył swoje oczy i ujrzał przeciwieństwo komnaty ducha i czasu - czarny bezkres. Jednak było tutaj coś, co nie występowało w ogóle w pałacu Wszechmogącego (no, może w niektórych miejscach przy wejściu), a mianowicie... kwiaty. Miał wrażenie, jakby przebywał w jakimś ciemnym ogrodzie pełnym kwiatów. Czerwona roślinność była w wysokości do kostek i występowała w tym miejscu tak intensywnie, że nawet nie było widać co jest powierzchnią tego miejsca. Rozglądając się po tym miejscu zauważył, że w niektórych miejscach kwiaty są zwiędłe i wyschnięte. Po dotknięciu ich zamieniały się w proch, który po chwili znikał unosząc się do góry.
- Jest tutaj ktoś? - Zapytał głośno, ale po miejscu rozeszło się tylko echo. Po chwili rozglądania się i namysłu przypomniał sobie, że poprzednim razem miejsce to wyglądało nieco inaczej, było o wiele bardziej bogate w różną roślinność, no i wtedy przecież przepędził tego saiyanina ze swojej głowy. Walnął facepalma, po którym pokręcił tylko głową na nie.
- No tak, przecież ostatnim razem przepędziłem go ze swojej głowy, gdy tutaj byłem. W takim razie muszę poszukać iluzji Haricotto, albo tego trzeciego. A może uda mi się jakoś dostać tutaj do tych informacji? - Saiyanin zastanawiał się, w jaki sposób się tutaj poruszać, ponieważ po prostu nie wiedział. Chciał unieść się w powietrze, ale okazało się, że technika bukujutsu nie działa w tym miejscu. Będzie musiał w takim razie poruszać się na pieszo? Tylko w którą stronę? Kurisu zaczął iść więc naprzeciwko siebie. Może po jakimś czasie gdzieś w końcu dojdzie? Szedł tak depcząc po czerwonych kwiatach w stronę czarnej nicości. Co jakiś czas widział w oddali jakieś postacie, a raczej zdarzenia, które miały już miejsce, tylko bez żadnego tła za sobą ani niczego innego. Same postacie i ich ruchy oraz głosy. Wtedy na chwilę zatrzymywał się, aby obejrzeć krótkie przedstawienie, po czym kontynuował.

Ciężko było określić, ile czasu mu to zajęło, ponieważ pojęcie czasu w tym miejscu było naprawdę dziwne. Kurisu czuł się, jakby pojawił się w tym miejscu dopiero sekundę temu, a przecież miał tę świadomość, że przecież błąka się tutaj o wiele dłużej. Więc jak to było możliwe? Może było to spowodowane efektem komnaty ducha i czasu? To było bardzo prawdopodobne. W pewnym momencie usłyszał szelest za sobą, po którym stając w bok odwrócił się wzrokiem w tę stronę. Wtedy zauważył że leci na niego jakaś brodata postać z pięścią. Kurisu bez problemu wykonał szybki unik w bok w prostej pozycji. Był to jakiś saiyanin w czarno-czerwonym pancerzu oraz czerwonej pelerynie. Tajemniczy saiyanin kontynuował atak szybką serią ciosów, które Kurisu bez żadnego problemu ze spokojem na twarzy wykonywał uniki na boki w prostej pozycji, nawet nie podnosił swoich rąk. Po ostatnim ciosie brodacza Kurisu złapał go mocno za jego nadgarstek, a następnie wykręcił mu rękę. Tajemnicza postać upadła na kolana z jękiem spowodowanym przez ból.
- Kim jesteś? Nie przypominam sobie, abym kiedykolwiek Ciebie widział. - Spoglądał na niego z góry cały czas ze spokojem na twarzy. Postać próbowała się uwolnić, ale była o wiele słabsza od Kurisu. Z bólem na twarzy wypuścił słowa ze swych ust.
- Wiem, po co tu jesteś i czego szukasz, ale nie znajdziesz tutaj tego. Nie nadszedł jeszcze odpowiedni moment! Nie możesz się dowiedzieć! - Kurisu w tym momencie zacisnął mocniej swoją dłoń, którą trzymał za nadgarstek tajemniczego saiyanina. W tym momencie rozległ się odgłos zaciskanych mięśni.
- Nie Ty decydujesz o tym. Jestem wolny i mogę robić to, co chcę. Odpowiadaj na moje pytania, zanim zrobię ci większą krzywdę. - Saiyanin był w pełni świadom, że nie rozmawia z żywą osobą, a jedynie z iluzją, która tak naprawdę nie istnieje, dlatego nie zamierzał wahać się przed swoimi działaniami, lecz w tej chwili puścił spokojnie rękę, aby postać mogła powstać na proste nogi.
- Jestem jednym z twoich stwórców. To my decydujemy o twoim losie, nie możesz tego zmienić. Nie możesz mnie zranić, jesteś w pełni pod naszą kontrolą. - Wypowiadając te słowa macał się po swojej bolącej kończynie. Kurisu wciąż z anielskim spokojem rozglądał się w bok, po czym wyciągnął swoją dłoń wprost na klatkę piersiową swojego stwórcy. Wypuścił ze swojej dłoni energię, która przebiła ciało saiyanina na wylot. Zamiast krwi, pojawił się błyszczący pył, który zaczął unosić się do góry. Całe jego ciało zaczynało stopniowo zamieniać się o ów pył.
- To bez sensu. Muszę szukać w inny sposób. Co robiłby Haricotto, gdyby był w mojej głowie? - Saiyanin zaczął mocno się nad tym zastanawiać. Potrzebował dużego skupienia, ale szybko wpadł na pomysł. Odpowiedź mogła być tylko jedna. Teraz pojawił się kolejny problem - jak dostać się w odpowiednie miejsce? Kurisu zaczął nad tym bardzo intensywnie myśleć, zaczął bardzo mocno myśleć o tym, jak dostać się na Wyspę Żółwia. Bardzo się na tym skupił, ponieważ bardzo chciał się tam szybko dostać i to sprawdzić, aby nie tracić więcej czasu wewnątrz swojego umysłu. Kiedy już miał się poddać i spojrzał przed siebie - ujrzał tajemnicze drzwi bez żadnej framugi, które łudząco przypominały te same, co do wejścia mieszkania Kamesenina. Bez namysłu podszedł do nich i je otworzył, a po tym znalazł się wewnątrz domku. W tle było słychać cichą, hawajską muzyczkę lecącą ze starego radia oraz szum morza. Czy to możliwe? Rozejrzał się po mieszkaniu i zobaczył Haricotto, który zrobił sobie przerwę z treningu na jedzonko. Haricotto po chwili go zauważył, a następnie przełykając jedzenie machnął do niego.
- Yo, Kurisu! Usiądź i mów, co cię tutaj sprowadza. - Na twarzy Haricotto było widać szczęście i beztroskę. Kurisu stał jak wryty, nie wiedział co o tym myśleć, aż po chwili zdał sobie sprawę, że to przecież jest tylko iluzją prawdziwego świata. Kurisu bez słowa usiadł naprzeciwko swojego krewniaka, który odsunął puste mise na bok, aby lepiej widzieć nowego gościa.
- Potrzebuję twojej pomocy. Super saiyanin zabiera mi zbyt wiele energii z ciała. Jak mogę temu zapobiec? - Młody saiyanin spojrzał się na głodomora z nadzieją, że w końcu się dowie, jak temu zaradzić.
- A więc o to Ci chodzi! To bardzo proste! Musisz tylko ograniczyć pobór energii ze swojego ciała... - Coś nagle przerwało. Haricotto wyglądał, jakby zaczęło go coś blokować. Kurisu nie wiedział co się dzieje z początku i lekko się wystraszył, przez co wstał. Zaraz jednak zrozumiał sytuację.
- No tak... blokada. To wszystko jest tak realne, że aż sam się już pomyliłem. Tracę tutaj tylko czas. Powinienem już wracać. - Po tym zdaniu iluzja Haricotto wstała, a następnie klepnęła po ramieniu Kurisu, aż pod naporem jego siły lekko zgięło saiyanina w bok. Kurisu lekko wyszczerzył oczy, gdy stracił na chwilę równowagę.
- Kurisu! Wiem, co poczułeś do Aymi. To bardzo miłe i urocze, że troszczysz się o nią tak samo mocno, jak ja. Co chcesz z tym teraz zrobić? - Kurisu zdziwił się, gdy iluzja wypowiedziała to, co saiyanina męczyło od kilku dni. To była prawda, Kurisu wtedy poczuł tę samą więź do Aymi, która łączyła ją z Haricotto. Czy to było możliwe? Tak, ponieważ cząstka Haricotto wciąż była gdzieś tam wewnątrz saiyanina i dawała o sobie znać. Nasz bohater znalazł się w kropce. Nie wiedział, co z tym zrobić, nie wiedział co powiedzieć, nie wiedział co myśleć.
- Nie przejmuj się tym, należysz do naszej rodziny. Jeżeli czujesz do niej to samo, co ja, to po prostu rób to samo, co zrobiłbym ja. Nie myśl o tym tak dużo. - Kurisu po tym zdaniu spojrzał się na bok zastanawiając się głęboko nad tym. Zaczął zastanawiać się nad tym, jak Aymi zareagowała wtedy na chłopaka. Ona musi go bardzie nie lubić. A Ryu? Przecież to jego dziewczyna. To on powinien zająć się jej opieką, a nie jakiś chłopak, co ma trochę krwi Haricotto i myśli, że może od tak o wprosić się do tej rodzinki. Kurisu pokręcił głową przecząco, po czym spojrzał się na Haricotto robiąc krok do tyłu.
- Nie. To nie było moje uczucie, tylko twoje. To ty powinieneś coś z tym zrobić, ale nie dałeś rady i zostawiłeś ich wszystkich samych. Jeszcze nie wiem co z tym zrobię, ale sam o tym zdecyduję. Żegnaj. - Saiyanin odwrócił się, a następnie wyszedł przez drzwi. Tylko pojawił się problem, bo nie znalazł się w tym samym miejscu, co wcześniej, tylko na plaży. Rozejrzał się, a następnie zobaczył samego siebie. To było wspomnienie z wakacji u Kamesenina, dobrze to pamiętał. Był wtedy zamoczony w wodzie po pas i próbując skupić swoją energię w ciele, starał się nią również odpychać od siebie całą wodę, przez co powodował sztuczne fale. To były pierwsze treningi z lepszego korzystania ki. Wtedy usłyszał tajemniczy głos zza siebie. Dobrze już znał ten głos.
- ''Ostatnim razem przepędziłem go ze swojej głowy...'' Ojej, naprawdę myślisz, że tak łatwo się mnie pozbędziesz? Spójrzmy na to z mojej perspektywy. - Złowrogi saiyanin zaczął iść do Kurisu, a gdy znalazł się już za jego plecami, złapał go za głowę, aby nie mógł nią obracać na boki. Saiyanin i tak nie zamierzał się ruszać. Dobrze wiedział, że nic mu się tutaj nie stanie. Chciał tylko wyjść stąd. Przed oczami widział obraz, jak iluzja Kurisu zabija z zimną krwią Kamesenina oraz Aymi, a następnie pojawia się ten sam złowrogi saiyanin, który zabija Haricotto.
- Wszystko mogło potoczyć się inaczej, gdybyś tylko od samego początku mnie posłuchał. - Zły saiyanin złapał mocniej za głowę chłopaka, a następnie podniósł go wyżej, aby mógł go obrócić na bok. Wtedy obraz przed nim zmienił się, pojawili się na... Papayi? Widział przed sobą obraz Sakan. Jednak ta sytuacja wyglądała kompletnie inaczej, bo na ziemi leżały ciała jego przyjaciół, którzy pomagali walczyć z Sakanami. Kurisu miał na rękach krew i wyglądał nieco inaczej. Jego wszystkie włosy były uniesione ku górze, a wokół jego ciała pojawiały się wyładowania elektryczne. Czy to była kolejna forma super wojownika? Zły saiyanin stał obok niego naprzeciwko Sakan i wyglądało to tak, jakby obaj przylecieli w to miejsce, aby zabić wszystkich, którzy się tam zgromadzili.
- Gdybyś tylko stanął po mojej stronie, pokazałbym Ci moc, o której możesz sobie tylko pomarzyć. Zdajesz sobie z tego sprawę, jak wiele straciłeś? - Kurisu dalej wisiał w bezruchu, a na twarzy miał spokój i obojętność. Wmawiał sobie, że to jest tylko wizją, która nigdy by się nie wydarzyła. Wmawiał sobie, że te zło próbuje go tylko wyprowadzić z równowagi. Po chwili podziwiania spektaklu znowu został przeniesiony na bok, jednak tym razem znowu do czarnej nicości. Zły saiyanin złapał teraz mocno za gardło Kurisu, aby go przydusić. Widział, jak wszystko wokół zaczynało płonąć. Po chwili bezruchu został jednak on rzucony na ziemię. Odleciał kawałek i upadł na delikatne kwiaty. Wizualizacja płomieni i ognia zaraz zniknęła tak samo, jak się pojawiła. Wtedy zły saiyanin stanął nad Kurisu, który ze spokojem spoglądał w górę. Nie na twarz złego saiyanina, nie na bok, po prostu do góry przed siebie.
- Kiedy w końcu zrozumiesz, że najlepszą opcją jestem ja?! - Krzyknął do saiyanina, który w żaden sposób nie zareagował na jego słowa.
- Ty? Najlepszą opcją? Nie. Obaj wiemy, że to ja jestem dla Ciebie najlepszą opcją, nie na odwrót. - Po tym zdaniu zły saiyanin mocno zdziwił się. Kurisu obrócił głowę na bok, aby zobaczyć, jak czerwone, piękne kwiaty zamieniają się szare, brzydkie i wysuszone, a następnie zaczęły przemieniać się w pył.
- Te kwiaty, ten ogród. Co one symbolizują? - Po tym zdaniu zły saiyanin nieco się uspokoił, po czym stanął prosto.
- Ty naprawdę o niczym nie wiesz, co? W takim razie musisz być wciąż zbyt słaby... - W tym momencie Kurisu zaczął podnosić się z ziemi. Włosy Kurisu zaczęły unosić się coraz wyżej.
- Jestem w tej chwili o wiele potężniejszy, niż kiedykolwiek indziej. Potrzebuję tylko wiedzy, która została mi ukrycie przekazana. - Saiyanie stali naprzeciwko siebie, kiedy kolejne kwiaty wokół nich zamieniały się w unoszący pył. Zły saiyanin wtedy postukał się palcem po głowie.
- Tutaj znajduje się wszystko, czego potrzebujesz. - Kurisu nie za bardzo zrozumiał ten przekaz. Uznał, że niestety niczego więcej się tutaj nie dowie. Dlatego postanowił nie tracić więcej czasu i przemienił się w super saiyanina, po czym powrócił umysłem znów do komnaty ducha i czasu - również w formie super saiyanina.

- Widziałem... piękny ogród. Nigdy bym się nie spodziewał, że spotkam w nim żniwiarza... - Powiedział do siebie po cichu. Kurisu nawet nie zdał sobie sprawy z tego, że w tym stanie medytacji przebywał przez kilka dni, które Ryu prawdopodobnie wykorzystał na trening, aby nie przeszkadzać swojemu przyjacielowi w medytacji. Kurisu wstał, a następnie rozciągnął swoje ciało. Czuł w swoim ciele duże pokłady energii, gdy spoglądał na swoje dłonie. Ta medytacja musiała odnowić mu energię. Zastanawiał się tylko co teraz? Musi jakoś zacząć trening, który sprawi, że pobór ki z super saiyanina spadnie do minimum. Zastanawiał się, aż sobie przypomniał znowu tę sytuację, kiedy trenował na wyspie Kamesenina. Wtedy używał wody, aby dzięki energii odpychać ją od siebie. Teraz może wykorzystać ten sam motyw, ale w odwrotny sposób! Genialny pomysł! Chwila... Kurisu porozglądał się po bezkresnej bieli, kiedy uświadomił sobie, że tutaj przecież nie ma plaży ani wody. Ależ tak! Przecież mają ogromną wannę w łazience! Saiyanin postanowił najpierw powiadomić swojego przyjaciela, że łazienka będzie przez długi czas zajęta.
- Jeżeli chcesz skorzystać z toalety, to lepiej zrób to teraz, bo zamierzam wykorzystać wannę do treningu. - Po tym zdaniu ewentualnie jeszcze poczekał, aż Ryu skorzysta z okazji, a następnie wszedł do łazienki i wlał sporą ilość wody do wanny. Następnie rozebrał się do majtek i wszedł do środka zanurzając się cały pod wodą w postaci super saiyanina. Zauważył wtedy pod wodą, że z jego ciała wydobywa się energia zamknięta w małych bąbelkach, które wydostają się na powierzchnię. Na początku było bardzo sporo strumyków bąbelków wydobywających się na taflę. Kurisu potrzebował znowu medytacji pod wodą, aby próbować powstrzymywać wydobywanie się energii. Dzięki wodzie mógł idealnie obserwować to zjawisko. Tak bardzo się na tym skupił, że często zapominał o oddychaniu. Muszę przyzwyczaić swoje ciało do przebywania w tej formie. Super saiyanin musi stać się moją nową formą podstawową. W ten sposób trenował przez kilka godzin.

Następnie postanowił zmienić rodzaj treningu. Musiał nauczyć się kontrolować swoją siłę w tej transformacji. Podczas spożywania posiłku zauważył, że podczas złapania za szklankę użył zbyt wiele siły, przez co ją stłukł. Dzięki temu wpadł na pewien pomysł, dosyć głupi ale skuteczny. Kurisu wziął z kuchni wszystkie szklanki i filiżanki, a następnie poustawiał je w różne miejsca w odpowiednich odległościach od siebie (oczywiście na zewnątrz, nie w środku). Wtedy przy wykonywaniu wyskoków, salt i uników brał w swoje ręce szklanki, które w szybkim tempie przestawiał gdzie indziej lub na inne szklanki, tworząc z nich stabilną piramidę. Oczywiście robił to w bardzo szybkim tempie, chodziło tutaj o prędkość wykonywania ruchów oraz o rozdysponowanie odpowiednią ilością używania siły. Czasami się zdarzało, że złapał za mocno i szklanki pękały mu w rękach, a czasami się zdarzało, że złapał je zbyt słabo i wypadały mu z rąk. Przez to powstało na ziemi trochę szkła, przez które saiyanin pokaleczył sobie dłonie. Na podłodze można było znaleźć mniejsze ślady krwi, którymi wojownik wcale się nie przejmował. Odpowiednie używanie idealnie wymierzonej siły to kolejny krok do zniwelowania wydobywanej energii niepotrzebnej do wykonywania aktualnej czynności. Trenował w ten sposób przez kolejne kilkanaście godzin, przez co zaczął nabierać w tym coraz większej wprawy.

Potem znowu wykonywał swój trening w wannie pod wodą. Tym razem zauważył, że wydobywana energia z jego ciała znacząco się zmniejszyła. Dało mu to do świadomości, że idzie w prawidłowym kierunku. Miał satysfakcję na myśl, że oszukał swoje przeznaczenie. ''To jeszcze nie odpowiedni moment na to.'' Bzdura! O tej chwili saiyanin zamierzał sam wyznaczać sobie swoje limity. Wtedy Kurisu postanowił dalej kontynuować swoją medytację pod wodą, oczywiście tym razem się przygotował lepiej i do oddychania wziął ze sobą słomkę, dzięki której mógł oddychać. Trzeba było nałożyć na swoje ciało mentalne koreczki, dzięki którymi mógłby zatrzymać wydzielanie tych bąbelków... znaczy się energii! Dzięki temu treningowi pod wodą chyba najłatwiej można było dostrzec postępy w wymierzonym przez saiyanina celu, ponieważ mógł on stale obserwować wydzielanie energii z ciała i skupić się na tym, aby była wydzielana w coraz mniejszych ilościach. Czas pobić kolejny limit i zniwelować wydzielaną energię z ciała do zera!

Ryu mógł zauważyć, że w Kurisu coś się zmieniło. Zrobił się jakiś bardziej cichy i spokojniejszy. Już nie dręczyły go żadne myśli ani nie rozpraszało go nic od treningu. Pytanie tylko, czy to była zmiana na gorsze, czy na lepsze? Saiyanin był tak pochłonięty swoim treningiem, że nie miał czasu na zastanawianie się nad tym. Trzeba było trenować dalej. Kurisu tym razem zamierzał potrenować walkę z cieniem - uderzenia, kopnięcia, bloki, uniki, kontry i to wszystko bez używania ki. Wykonywał każde uderzenie, cios, każdy swój ruch skupiając się na tym, aby z jego ciała była pobierana jak najmniejsza ilość energii. Zauważył również to, że dzięki temu treningowi, czas, w jakim mógł przebywać w super wojowniku, bardzo znacznie się wydłużył. Dzięki temu mógł już sprawniej się poruszać nie skupiając się aż tak bardzo nad tym, że z jego ciała znika energia. Mógł poruszać się już coraz sprawniej, dzięki czemu nie męczył się aż tak dodatkowo przez swoje skupienie. To oznaczało, że czuł się coraz bardziej swobodnie w tej formie. Trenował bardzo długo i opłacało mu się to. Super wojownika wyłączał tylko w momencie, gdy szedł spać. Czasami nawet o tym zapominał i zasypiał z włączonym super wojownikiem, jednak on potem sam przechodził do podstawowej formy i rano musiał znowu przemienić się w złotowłosego, co przychodziło mu już naprawdę łatwo. Czy to oznaczało, że chłopak przyzwyczaił się już to tej transformacji?

Kolejny trening. Zgadnijcie gdzie - w wannie! Kurisu rozpoczął kolejną medytację w wannie obserwując znowu w ten sam sposób wydzielanie swojej energii. Zauważył, że jest już blisko swojego celu, ale jeszcze troszeczkę mu brakuje. Z niektórych miejsce w ciele energia wydobywała się małymi ilościami. Próbował to jakoś powstrzymać, ale woda zaczęła mu już przeszkadzać, przez co nie mógł się przez nią całkowicie skupić. Także wyszedł na zewnątrz i usiadł po turecku za schodkami, aby przejść do medytacji. Skupił się na swoim ciele oraz energii wewnątrz jego ciała. Czuł znaczącą poprawę. Wcześniej czuł, jak przepełniająca ki w jego ciele wydostaje się przez skórę na zewnątrz. Teraz czuł kompletnie co innego - energia zachowywała się, jakby została zamknięta w dzbanie, z którego nie może się wydostać. Powodowało to, że saiyanin czuł w sobie całą tą zwiększoną energię, którą mógł teraz dowolnie wykorzystywać, manipulować a przede wszystkim - oszczędzać w walce na ataki energetyczne. Po kilku godzinnej medytacji czuł już, że jego energia nie przenika przez jego ciało, a kumuluje się w nim i swobodnie przemieszcza się po nim. Saiyanin wstał w pozycji do gotowości, a następnie skupił w sobie całą tą energię skupiając się na tym, aby nie wydobywała się z jego ciała. Wokół chłopaka pojawiła się ogromna, wysoka i silna złota auta, która powodowała silny wiatr. Kurisu już po chwili przestał to robić, ponieważ przestraszył się, że rozwali przez to pomieszczenie znajdujące się za nim. Stanął zdziwiony patrząc się na swoje dłonie. Nigdy by się tego nie spodziewał, że można osiągnąć taki poziom skupienia w tej formie. Czuł się w niej już całkiem swobodnie i mógł śmiało rzecz, że przystosował się już do niej całkowicie.
- Teraz forma super saiya-jin'a stała się dla mnie moją nową formą podstawową. Nazwę to... Sūpā Saiya-jin Furu Pawā.

Trening MSSJ 2 z 8.
avatar
Ryu
Maskotka
Liczba postów : 294

Re: Komnata Ducha i Czasu

on Nie Wrz 02, 2018 4:04 pm
Brunet zapytał wojownika o myśli zadręczające jego umysł. Ten najzwyczajniej w świecie odwrócił się i ruszył przed siebie. Doszedł do wniosku, iż nie jest to coś ważnego, o czym można byłoby porozmawiać. Młodzieniec przyglądał mu się przez kilka chwil, kiedy odchodził zastanawiając się nad tą sprawą. Coś go martwiło, lecz nie chciał podzielić się tym. Skoro uważał on Ziemianina za swego przyjaciela to mógł mu przecież o tym powiedzieć. Bohater nasz dał sobie już z tym spokój, ponieważ Saiyanin pewnie i tak mu nie powiedziałby o tym.
Chłopak postanowił pomóc swemu znajomemu z problemem zbyt dużego poboru energii podczas przemiany w Złotowłosego Wojownika. Kiedy uczeń staruszka Kame chodził sobie tak próbując odnaleźć rozwiązanie problemu, chłopak powrócił do treningu.

Trening Statystyk ( 2/8 )


Stwierdził, że wykorzysta ćwiczenie, któremu poddawał się Saiyanin, jakiś czas temu. Stanął na obu rękach i próbował utrzymać pion podczas przechadzania się wokół pałacyku. Podniesienie każdej z rąk oraz przeniesienie jej do przodu było niezwykle trudne. Poruszał się powoli, a fakt, iż starał się trzymać pion tylko zwiększał poziom trudności tego ćwiczenia.
Zatrzymał się, po czym zaczął wykonywać swego rodzaju pompki, lecz nadal utrzymywał swe ciało w powietrzu. Pot lał się z niego bardzo intensywnie, a słone krople skapywały z jego ciała na białą powierzchnię. Po kontakcie z podłogą - która nagrzała się od tej całej temperatury - wyparowywały.
Wciąż był za słaby, aby wyjść ponad tysiąc powtórzeń. Teraz mógł wykonać ich tylko siedemset pięćdziesiąt. Poza Komnatą był w stanie wykonać więcej, to wszystko przez te warunki.
Zabrał lewą ręką i starał się utrzymać, jak najdłużej w powietrzu przy pomocy swej prawicy. Lewicę zaś trzymał blisko nóg. Kiedy czuł, że już nie może się utrzymać to zmieniał rękę. Czasami musiał przerywać, ponieważ czuł jak krew uderzała mu do głowy. Nie miał on zamiaru korzystać tylko i wyłącznie z kilku palców, ponieważ nie było to jeszcze w zasięgu jego możliwości. Po jakimś czasie z pewnością będzie mógł przejść level wyżej.
Ostatnim ćwiczeniem na dziś miała być ''deska’’. Położył się na ziemi, a w następnej kolejności oparł całe ciało na zgiętych w łokciu rękach oraz palcach stóp. Starał się, aby całe jego ciało było wyprostowane. Czuł wszystkie mięśnie zaangażowane w to. Postanowił spoglądać na zawieszony zegar skupiając się na poruszających się wskazówkach. Chciał on być skupiony na czymś całkowicie innym, aby oddalić od siebie to uczucie bolących mięśni, które pojawiło się z czasem.
Uznał, że wystarczy na dzień dzisiejszy i kroki swe skierował ku pałacykowi. W momencie, w którym wracał zauważył, iż Kurisu postanowił ponownie oddać się medytacji. Być może chciał on w takowy sposób zaradzić swemu problemowi? Gdyby się tak nad tym zastanowić to mogło być to faktyczne rozwiązanie kwestii zbyt dużego wydzielania energii. Mistrz Haricotto często powtarzał, że siła umysłu ma wpływ na energię ki, więc może poprzez medytację dało się, jakoś ograniczyć jej wydzielanie? Były to tylko spekulacje, nie było do końca wiadomym czy rzeczywiście mogło na tym polegać to. Postanowił pozostawić Saiyanina i nie przeszkadzać mu w medytacji.

Nastąpił piąty dzień. Wyglądało na to, że wojownik musiał wstać nieco wcześniej, ponieważ, gdy tylko Ziemianin wyszedł przed domek to zastał go oddanemu medytacji. Wyglądało na to, że wciąż nie mógł sobie on poradzić z problemem dotyczącym Super Saiyana. Uczeń Haricotto nie zamierzał mu przeszkadzać, a zająć się swym własnym treningiem. Odpowiednia rozgrzewka to podstawa, więc od niej zaczął.
Pierwszym ćwiczeniem na dziś miały być przysiady pistoletowe. Starał się schodzić na prawej nodze najniżej, jak tylko potrafił. Doszedł do wniosku, iż utrudni sobie nieco to ćwiczenie. Przy każdym zejściu pozostawał w takim stanie przez kilka sekund i dopiero potem wykonywał kolejne powtórzenie. W momencie, w którym czuł, iż jego noga wysiada po prostu ją zmieniał.
Przybrał pozycję do robienia pompek, lecz nie to było jego celem. Przyciągał on kolana do swej klatki piersiowej najszybciej, jak tylko mógł. Wciąż nie potrafił znieść tego powietrza, które tylko utrudniało mu cały trening. W pewnym momencie był zmuszony przestać, ponieważ czuł, jakby jego płuca miały za chwilę eksplodować. Podczas tego zdawałoby się prostego ćwiczenia musiał robić przerwy, bo wydawało się, że za chwilę miał odwalić kitę.
Wszedł na kafelki i podleciał sobie do pałacyku wieszając się rękoma na jedynej krawędzi tego wielkiego wejścia. Cel był oczywisty, chciał potrenować podciąganie. Nie miał on jednak problemów podczas wykonywania tego ćwiczenia. Nie czuł się wcale ociężale, tak jak zawsze, więc może i nie przyniesie to takich samych skutków, jak inne ćwiczenia, lecz zawsze warto było wykorzystać elementy otoczenia do treningu.
Brunet wciąż był zajęty medytacją. Wyglądało na to, że miał zamiar póki co w całości poświęcić się temu. Było to mądre posunięcie, jeżeli chciał on ograniczyć pobór ki. Chociaż nic nie stało na przeszkodzie, aby w międzyczasie także wzmacniać swe ciało.
Młodzieniec przeszedł do łazienki i wziął kąpiel. Poczuł, że zaczął łapać go głód, więc kiedy tylko opuścił pomieszczenie od razu udał się w stronę kuchni. Przygotował sobie posiłek, a gdy go skonsumował skierował swe kroki ku sypialni. Spojrzał na zegar w celu sprawdzenia godziny, po czym położył się na łóżku.

Dzisiejszy dzień postanowił poświęcić w całości medytacji, aby mięśnie jego mogły się zregenerować. Celem jego jednak nie było ograniczenie poboru ki. Uznał, że będzie mógł w taki sposób odnaleźć błędy, które popełniał w czasie dotychczasowych walk, sparingów, a i może odkryć całkiem nowe taktyki, które będzie mógł zastosować podczas przyszłych starć?
Usiadł sobie na schodach w siadzie skrzyżnym nieco dalej od ucznia staruszka Kame spoglądając w tę nieskończoną pustkę. Oparł ręce na udach kładąc palce lewej dłoni na tych prawej łącząc kciuki. Zamknął oczy koncentrując się na swym oddechu. Zaczął odtwarzać w swym umyśle obrazy swoich dotychczasowych sparingów ze swym nauczycielem. Chciał wyciągnąć z nich jak najwięcej, aby nie popełniać tych samych błędów lub popełniać ich, jak najmniej. Analizował krok po kroku każdą z nich.
Czas mijał, lecz jego zdawało się to nie obchodzić. Był tym tak mocno zaabsorbowany, że nawet nie zauważył, gdy minęło kilka godzin od momentu, kiedy zaczął medytować.
W momencie, w którym przeanalizował ów sparingi i doszedł do wniosku, iż wyciągnął z nich dostateczne wnioski mógł przejść o level wyżej. Rozpoczął sparing ze swym nauczycielem w swoich myślach.

Obaj wojownicy znajdowali się przed chatką w górach przyjmując odpowiednie pozycje. Dzieliło ich jakieś dziesięć metrów. Po kilku chwilach Ziemianin ruszył na swego mistrza. Za swój cel obrał sobie jego głowę, więc zamierzał kopnąć ją, lecz została ona zablokowana. Wymierzył uderzenie w brzuch, które niestety nie doszło do skutku ze względu na to, że zostało zbite. Schylił się w celu podcięcia swego przeciwnika, lecz Saiyaninowi udało się uniknąć zagrożenia odskakując do tyłu i lądując kilka metrów dalej. Młodzieniec nie tracąc więcej czasu wstał i posłał z obu swoich dłoni dziesięć pocisków ki w stronę mężczyzny. Ogoniasty uniknął większości, lecz nie wszystkich. Dopadły go cztery, które podniosły tumany dymu.
Właśnie tak spędził cały dzień. Na odgrywaniu pojedynków ze swoim nauczycielem.

Minął dokładnie tydzień odkąd wojownicy weszli do Komnaty Ducha i Czasu. Tego dnia Ryu postanowił, iż znów postara się zwiększyć swoją szybkość. Uderzenia oraz kopnięcia wykonywał najszybciej, jak tylko potrafił. W pewnym momencie zauważył, iż Kurisu właśnie zakończył swą medytację. Czyżby mu się udało? Jednakże nie próbował on przemienić się w Super Saiyana, więc czyżby nadal miał problemy z tym? Wtem chłopak stwierdził, że wykorzysta on znajdującą się w łazience wannę w celach treningowych. Chwila, co? Niby w jaki sposób? Co on zamierzał? Tyle pytań, a brak odpowiedzi.
- Nie rozumiem, co chcesz zrobić?
Dla niego była to czysta abstrakcja. Nie wyobrażał sobie, jak można byłoby wykorzystać to do treningu. Czego brunet by nie powiedział to Ziemianin po prostu przerwał trening i udał się na stronę. W momencie, w którym zrobił to co miał zrobić, po prostu kontynuował ćwiczenie, które przerwał.
Kiedy oboje byli zajęci spożywaniem posiłku Saiyanin stłukł szklankę najzwyczajniej w świecie chwytając za nią. Czyżby nie potrafił kontrolować swojej siły podczas przebywania w Złotowłosej formie? Nagle i niespodziewanie chłopak zaczął wynosić na zewnątrz wszystkie filiżanki i szklanki. Uczeń Haricotto wyszedł przed pałacyk i zobaczył je poustawiane w różnych odległościach od siebie. Była to kolejna rzecz, której w ogóle nie rozumiał.
- Co ty robisz?
Jaki był w tym wszystkim cel? Czy był w tym jakikolwiek sens? Może mu się zwyczajnie nudziło i stwierdził, że zamiast dziś potrenować to poustawia sobie szklanki? Zdawało się jednak, że mógł być w tym jakiś sens. Blondyn był niestety zbyt szybki dla naszego bohatera, jednakże udało mu się zaobserwować, że szklanki były przestawiane w inne miejsca. Nie raz można było także ujrzeć piramidy utworzone z ów szklanek. Ryu postanowił nie tracić czasu i także zająć się treningiem.
Wykonywał te najbardziej podstawowe ćwiczenia. Pompki, brzuszki oraz przysiady.
Gdy usłyszał dźwięk tłuczonego szkła zaczął się rozglądać i zobaczył rozbitą na podłodze szklankę. Wyglądało na to, że musiała ona wypaść z rąk ucznia staruszka Kame. Oczywiście nie był to pojedynczy przypadek. W pewnym momencie Ziemianin przestał zwracać na to uwagę i po prostu zajmował się treningiem.

Podczas kolejnego dnia młodzieniec zajął się tym co zawsze, czyli ćwiczeniami. Nie był do końca pewny, lecz zdawało mu się, że z jakiegoś powodu w Kurisu coś się zmieniło. Zdawałoby się, iż już nic nie zaprzątało jego myśli. Nie do końca było wiadomo czy te dwie rzeczy mogły mieć jakiś związek ze sobą. Jednakże już nie zastanawiał się nad tym tylko zajął się tym, co planował od początku.
Stanął na prawej ręce i napinając wszystkie mięśnie znajdujące się w niej starał utrzymać się, jak najdłużej w bezruchu.
Po raz kolejny przechadzał się wokół domku w kuckach.
Postanowił poczekać na noc, a gdy ona nadeszła to wykorzystywał ten cały chłód do treningu.

Postanowił dzisiejszego dnia odpocząć, aby jego mięśnie mogły się zregenerować. Postanowił ponownie poświęcić się medytacji odgrywając różne pojedynki. Siedział nieco dalej od ucznia staruszka Kame, który zajmował się dokładnie tym samym, co on. W pewnym momencie zgłodniał, więc ruszył do kuchni. Po przygotowaniu i zjedzeniu posiłku skierował swe kroki na zewnątrz. Kiedy wracał został odrzucony przez wiatr prawie pod same drzwi, ponieważ nie zdążył w jakimkolwiek stopniu zaprzeć się nogami. Nie był przygotowany na to. Zobaczył przemienionego Saiyanina, który po raz kolejny wyzwalał ze swego ciała energię. To przez wiatr, potężny podmuch uczeń Haricotto został odrzucony do tyłu. Tego było już za wiele. Już raz Ryu powiedział mu coś na ten temat. Wyglądało na to, że nie wziął sobie tego po prostu do serca. To zirytowało bruneta na tyle, że podbiegł do niego od razu, gdy tylko skończył wydzielać tę swoją energię. W momencie, w którym znalazł się przy nim zwyczajnie w świecie uderzył go w głowę najmocniej, jak tylko potrafił.
- Już Ci coś mówiłem na ten temat!

Po tym wydarzeniu minął dokładny miesiąc odkąd weszli do środka. Ziemianin był ciekaw, jak wiele czasu minęło na zewnątrz. Kilka sekund, minut, a może godzin? To była zagadka, której nie potrafił rozwikłać.


Ostatnio zmieniony przez Ryu dnia Wto Wrz 04, 2018 5:06 pm, w całości zmieniany 1 raz
avatar
Kurisu
Liczba postów : 146

Re: Komnata Ducha i Czasu

on Nie Wrz 02, 2018 7:17 pm
Saiyanin oznajmił przyjacielowi, że zamierza wykorzystać wannę do swojego treningu. Chłopak jednak nie wiedział, co jego przyjaciel zamierza zrobić. Nie chciało mu się już tego wszystkiego mu tłumaczyć, bo było to nieco skomplikowane, dlatego uznał, że wystarczy, jak mu pokaże.
- Jeśli jesteś ciekawy, to chodź ze mną. Pokażę Ci. - Po tym zdaniu poczekał, aż jego kumpel zrobi w toalecie swoje, a następnie wszedł do środka i zaczął napełniać wannę wodą. Saiyanin rozebrał się do gaci i przemienił się w super saiyanina, a następie wskoczył do wanny i rozpoczął swój nad wyraz dziwny trening.

Podczas posiłku, który spożywali razem (załóżmy, że tym razem przygotował go Ryu), saiyanin wchłonął spore ilości jedzenia, które naprawdę mu posmakowało. Jedzenie przygotowane przez Ryu było naprawdę dobre, a na pewno o wiele lepsze niż te, które saiyanin potrafił przygotować na szybko.
- Było przepyszne. Jesteś dobrym kucharzem. - Pochwalił swojego przyjaciela, gdy wzrokiem był skupiony na stole. Wtedy chciał się napoić i chwytając za szklankę, użył zbyt wiele siły, przez co ją stłukł. Wpadł na pewien pomysł z wykorzystaniem filiżanek, za który od razu się zabrał. Jego przyjaciel nie wiedział do końca, co chłopak chce uczynić z całą tą porcelaną.
- Jak to co? Trenuję samokontrolę. - Po tym zdaniu od razu zajął się swoim treningiem.

Saiyanin był tak bardzo skupiony na swojej mocy, zapatrzony w swe dłonie, że nawet nie usłyszał, że ktoś za nim biegnie w jego stronę. W pewnym momencie poczuł uderzenie w potylicę, przez które jego głowa przestawiła się w bok, a na jego twarzy pojawiła się złość. Kurisu od razu odwrócił się w jego stronę ze wściekłą miną na twarzy.
- Możesz przestać mnie bić? Sam się nie spodziewałem, że przez te kilka dni medytacji moja energia aż tak wzrośnie. - Po tym zdaniu chłopak się uspokoił, a następnie znowu zaczął spoglądać na swoje dłonie spowijane złotą aurą. W zasadzie to całe ciało wojownika było spowijane aurą, ale saiyanin przed swoimi oczami miał w tej chwili jedynie swoje dłonie. Spoglądał na nie ze zdziwieniem przez pewien czas, aż w końcu zacisnął je w pięści, po czym rozluźnił swoje ręce wzdłuż ciała. Swoim wzrokiem był skierowany w biały bezkres. Kurisu wyszedł przed siebie kilkanaście metrów dalej. Był teraz w znacznej odległości od komnaty. Jeżeli był gdzieś blisko niego Ryu, to postanowił ostrzec swojego przyjaciela.
- Uważaj, bo zamierzam teraz pójść na całego. - Stanął w pozycji do gotowości i zaczął mocno napinać mięśnie w całym swoim ciele, na twarzy saiyanina pojawiła się złość. Aura wzrosła, a wokół niego zaczął falować sztuczny wiatr. Saiyanin skupiał cały czas energię w swoim ciele, coraz bardziej, coraz więcej. Złota aura ponownie wzrosła do dużych rozmiarów, ziemia zaczęła się trząść, a na mięśniach wojownika pojawiły się pulsujące żyły.
- HAA! - Krzyknął głośno, po czym wszystkie, groźne anomalie zaczęły powolnie znikać. Aura zmalała do minimalnych rozmiarów. Saiyanin odczuwał w sobie nadmiar energii i postanowił ją wykorzystać. Nigdy by się nie spodziewał, że można osiągnąć taki poziom skupienia w formie super saiyanina, co sprawiało mu niemałą satysfakcję. Uważał, że ten poziom na obecną chwilę mu wystarczy, więc przeszedł od razu do treningu, coby nie marnować dalej czasu na stanie i sprawdzanie swojej siły. Kurisu przez kilka godzin trenował uderzenia oraz kopnięcia. Jego ciało trochę dziwnie się zachowywało, ale jeszcze nie zwracał na to zbytniej uwagi i co jakiś czas po prostu rozciągał swoje mięśnie. Potrenował tak przez pół dnia, po czym postanowił zdrzemnąć się w dzień, aby wznowić swój trening pod wieczór aż do połowy nocy - standardowo tak jak wcześniej. Wieczorem postanowił sam olać swoją złotą radę o nie oddalaniu się zbyt daleko, przez co wyruszył trenować nieco dalej. Jego ciało zaczynało zamarzać prawdziwym lodem, ale Kurisu dzięki bardzo szybkim ruchom, czyli między innymi atakami, kopnięciami, unikami, przeskokami i saltami, był w stanie uniknąć całkowitego zamrożenia, ponieważ przy tak szybkich ruchach lód zaczął kruszyć się tak samo szybko, jak się pojawiał. Ten trening był dobrym rozwiązaniem do ćwiczenia kondycji i nie tylko, ponieważ warunki nie pozwalały na to, aby wojownik zatrzymał się chociaż na chwilę, bo w przeciwnym razie zaraz zacząłby zamarzać, tak jak to miało miejsce kilka dni temu. Kiedy czuł, że ma dosyć, na chwilę uciekał z miejsca treningu na schodki, aby odsapnąć, by po chwili znowu wrócić do treningu.

Następnego dnia Kurisu zastanawiał się nad tym, dlaczego jego przyjaciel wciąż ma takie problemy z poruszaniem się? Przecież Ryu wcale nie był od niego ani trochę słabszy. A może Kurisu przez ten czas aż tak bardzo się wzmocnił? A może to jego coś osłabiło? Mogło to być również przez warunki panujące w tym miejscu. Saiyanin jednak nie zamierzał dalej zaprzątać sobie tym głowy. Wierzył, że ziemianin jest silny i poradzi sobie. Kurisu kontynuował swój trening, tym razem postanowił potrenować ponownie zwinność swoich ruchów. Kurisu w szybkim tempie wykonywał różne uniki, przeskoki, wyskoki oraz salta. Trenował tak przez kilka godzin, aż w końcu poczuł duży ciężar na rękach oraz nogach. Co się stało? Czyżby ciało wojownika się zmęczyło. Postanowił zrobić sobie przerwę, więc poszedł do komnaty. Zaczynał odczuwać coraz większe pieczenie na nadgarstkach oraz stopach. Jego skóra przecierała się od nadmiernego ciężaru jego ubrania. Wziął misę i nalał do niej lodowatej wody, aby ochłodzić sobie stopy oraz ręce. Zdjął swoje buty oraz frotki i wtedy zauważył, że były na nich ślady krwi. Jego kostki były poprzecierane, przez co lekko krwawił, ale postanowił to olać. Po jakimś czasie wrócił do treningu i kontynuował to, co zaczął robić wcześniej. Saiyanin tak się skupił na swoim treningu, że kompletnie zapomniał oddzielić czas dnia, aby pozostawić jego część na trening w nocy. Jego ciało zaczynało piec coraz mocniej, co denerwowało go coraz bardziej, potęgowało złość oraz chęć dalszego, turniejszego treningu, pokonania wyzwania, jakim jest limit jego własnej wytrzymałości. Pod koniec dnia skończył upadając na tyłek. Chciał wstać, ale nie mógł. Bardzo bolały go stopy oraz nadgarstki. Rozglądając się wokół siebie zauważył, że na ziemi znajduje się dużo kropel krwi. Jedne były mniejsze, drugie większe, ale wielkością nie dorównywały małej kałuży. Wtedy zauważył, że jego buty oraz frotki są przesiąknięte jego krwią. Za pomogą bukujutsu musiał unieść się w powietrze, a następnie dolecieć do komnaty. Każda próba stanięcia na nodze kończyła się potwornym bólem. Wtedy unosząc się w powietrzu zdjął z siebie buty oraz frotki, które z impetem uderzyły o białe kafelki. Chłopak nie mógł odłożyć ich normalnie, ponieważ trochę one ważyły, a sam Kurisu miał problemy ze ściągnięciem z siebie ciężkiej części garderoby. Musiał udać się do kąpieli, dlatego tak też zrobił unosząc się nieco nad podłożem. Czuł, że już nie da rady dalej trenować z dodatkowym obciążeniem na nogach oraz rękach.

Kolejny dzień był nieco cięższy dla saiyanina. Wciąż nie mógł on poruszać się za pomocą nóg, ponieważ większy ruch powodował otwarcie rany, ból i krwawienie. Dlatego Kurisu jeszcze przec treningiem owinął sobie poparzone części ciała bandażem, który znalazł wcześniej w małej apteczce w łazience. Chłopak nie zamierzał przestawać trenować tylko dlatego, że przetarł sobie skórę na kostkach. Jego motywacja mu na to nie pozwalała. Oddalił się znacznie od komnaty i zaczął zastanawiać się, w jaki sposób mógłby trenować i po pewnym czasie wpadł na fajny pomysł. Saiyanin będąc w powietrzu tworzył ki blasta, którego następnie wyrzucał przed siebie. Następnie bardzo szybkim tempem leciał w tym samym kierunku, aby wyprzedzić lecący pocisk, a następnie zatrzymać się przed nim, żeby odbić go w bok. Było to wymagające ćwiczenie, ponieważ trzeba było użyć trochę energii i skupienia, a następnie być bardzo szybkim, by nadążyć za lecącym ki blastem. Kurisu powtarzał tę czynność przez kilka godzin. Czasami zdarzało się, że saiyanin nie zdążył się odwrócić i oberwał energią w plecy, a czasami się zdarzało, że nie udało mu się prawidłowo odbić blasta, przez co wybuchał mu tuż przy odbijaniu go nadgarstkiem. Jego ciało było po tym kilkugodzinnym treningu trochę podrapane, ale nie były to żadne, poważne obrażenia. Tym razem pamiętał, aby zrobić przerwę w środku dnia, którą wykorzystał na schłodzenie swoich stóp oraz nadgarstków w misie pełnej lodowatej wody. Pod wieczór postanowił potrenować trochę strzelanie, więc oddalił się ponownie nieco dalej, do momentu, gdzie na podłodze zaczynał pojawiać się przeklęty lód. Kurisu wtedy strzelał do zamrażającego przed nim lodu za pomocą energy wave, aby powstrzymywać ten proces lub całkowicie rozwalać ściany lodu. Zużywał przy tym mnóstwo energii, ale to nie było już dla niego żadnym problemem.

Kurisu podczas kolejnego dnia wciąż miał problemy z poruszaniem się. Zaczynało go to denerwować, że regeneracja zajmuje mu tak długo czasu, przez co zaczął rozmyślać o wzięciu fasolki Senzu, ale z drugiej strony szkoda mu było marnować mu Senzu na taką błahostkę. Tego dnia postanowił ponownie potrenować to samo, co wcześniej, tym razem jednak nie przy pomocy ki blasta, ale za pomocą energy wave. Te fale uderzeniowe poruszały się znacznie szybciej oraz były silniejsze. Saiyanin robił to samo, co wcześniej - wystrzeliwał falę, po czym zaczął za nią gonić wyprzedzając ją, a następnie starał się ją odbić przy użyciu jednej ręki. Energy wave było bardziej wymagającą techniką, przez co Kurisu znacznie się męczył. Tym razem jednak nie dawał rady odbijać uderzeniowych fal na bok. Łapiąc je jedną ręką, bywał odrzucany do tyłu przez siłę ataku, lub kiedy zapierał się mocno w powietrzu - fala uderzeniowa wybuchała mu w dłoni. Po tym kilkugodzinnym treningu saiyanin był dwa razy bardziej zmęczony, niż wcześniej. Miał podrapane dłonie od wybuchów fal, ale to nie były również poważne obrażenia, które miałyby mu zagrozić czy przeszkadzać w dalszym treningu, Ot, zwykłe zadrapania. Potrzebny mu był długi odpoczynek po tym wymagającym treningu, przez co nie obudził się pod wieczór i przespał swój nocny trening.

Następnego dnia Kurisu był bardzo uparty i próbował jakoś poruszać się za pomocą nóg. Z dużym bólem mógł już to robić, lecz tylko na palcach stóp. Uznał, że potrzebuje małej rozgrzewki, dlatego zastanawiał się nad tym, co zrobić teraz. A może by tak... sprint? Sprint byłby dobrym treningiem na tę chwilę, ponieważ dobrze by posłużył jako rozgrzewka, Kurisu aż tak bardzo by nie nadwyrężał okaleczonych miejsc no i mógłby przy tym potrenować swoją kondycję. Saiyanin tak więc ustawiał się w pozycji do biegu, a po chwili ruszał wprost białej nicości, po czym zatrzymywał się na danej odległości i niezwłocznie zaczynał sprint w drugą stronę - powrotną do miejsca startu przy schodkach. Kurisu początkowo trochę bał się wybiegać dalej, ale stopniowo zwiększał coraz bardziej odległość pokonywaną w jedną stronę. Gdy wybiegał coraz dalej, po powrocie jego ciało oraz ubrania zaczynały coraz bardziej parować, a sam saiyanin odczuwał coraz większe uczucie pieczenia. Po pewnym czasie uczucie pieczenia wzrastało do takiego stopnia, że Kurisu czuł się, jakby się oblał jakimś kwasem, który zaczyna wyżerać jego skórę. Musiał przy tym robić sobie większe przerwy przed następnym biegiem. W pewnym momencie osiągnął taką odległość, że po powrocie saiyanina, jego kosmyk włosa oraz niektóre części ubrania zaczynały się lekko palić. Chłopak od razu zajął się gaszeniem ognia klepiąc mocno rękoma po płonących częściach. W tej chwili postanowił, że już więcej nie będzie tego robić, ponieważ jest to zbyt niebezpieczne, dlatego udał się w chłodną kąpiel, ponieważ odczuwał na swojej skórze odczucie poparzenia. Zrobił sobie do wieczora przerwę, a potem zaczął drugą część treningu w nocy. Wtedy niedaleko schodków trenował swoje kata wykonując wolne, ale złożone i dokładne ruchy. Mógłby rzec, że wręcz perfekcyjne. Dlaczego tylko nie wychodziło mu to podczas walki. Każda jego walka odrywała go od rzeczywistości. Czuł się wtedy, jakby wszystko inne przestało być ważne, przestało istnieć. W takich momentach liczyła się tylko ta chwila walki. Saiyanin sam nie mógł jeszcze do końca tego zrozumieć. Czy każdy saiyanin ma to samo?

Kolejnego dnia Kurisu mógł już normalnie poruszać się, choć wciąż odczuwał ból i pieczenie. Mimo tego jednak wciąż był zdania, że póki co nie będzie zakładał na siebie obciążenia. Wolał poruszać się dalej gołą stopą, mimo tego, że rozgrzane podłoże nieco piekło skórę. A może lepiej będzie w ogóle zrezygnować z obciążenia ciała? Ten trening i tak nie przynosił mu już żadnych korzyści, a jego ciało przystosowało się już do tego ciężaru. Być może dlatego właśnie Kurisu aż tak nie odczuwał tutaj tej grawitacji? Mniejsza z tym. Saiyanin wyszedł na zewnątrz i łącząc ze sobą dłonie, przymknął swoje powieki i zaczął się koncentrować. Cała ta atmosfera, całe warunki panujące w tym miejscu bardzo utrudniały chłopakowi wszystko, ale chyba zaczynał się już powoli do tego przyzwyczajać, dlatego przestał zwracać na to uwagę. Niby przebywał dosyć sporo czasu w pałacu Kami-samy, ale warunki panujące tutaj, a tam, to różnica jak pomiędzy niebem, a piekłem. Mimo tego uważał, że da się do tego przywyknąć, a forma super saiyanina znacznie mu to ułatwiała. Kurisu zaczął wyobrażać sobie siłą umysłu jakiś przeciwników. Po powolnym otworzeniu swoich powiek zobaczył, że jest okrążony przez Sakan, którzy wcześniej przylecieli na Papayę i stoczyli walkę z obrońcami Ziemi. Kurisu ustawił się w pozycji do ataku. Niezwłocznie ruszył na pierwszego przeciwnika, którego zaatakował pięścią w tors. Ten jednak zrobił unik w bok, a następnie łapiąc rękę wojownika pod pachę, ograniczył znacznie jego możliwość ruchu. Wtedy zauważył, że pozostali Sakanie znajdujący się za nim, rzucili się prosto na niego. Kurisu zwiększył wtedy swój poziom i zapierając się nogami, wykonał mocny wymach, który sprawił, że atak Sakan został odparty do tyłu. Następnie lekko wyskoczył i wykonał silne kopnięcie obiema nogami w przeciwnika, który wciąż trzymał go za rękę. Po tym ataku odleciał na znaczną odległość. Następnie ruszył na kolejnego i wymierzył mu silny cios w szyję, po którym padł na podłogę. Reszta Sakan postanowiła wykonać synchroniczny atak, który im się powiódł, ale Kurisu dał radę zablokować wszystkie ataki. Złapał dwóch przeciwników za ręce, po czym wykonał zwinny obrót, po którym obaj Sakanie zderzyli się ze sobą głowami i padli. Ostatni, przestraszony wróg zaczął uciekać, ale na nic było jego staranie, gdyż saiyanin wykonał energy wave, po którym ostatni Sakan padł na ziemię, a następnie wszystkie iluzje ciał wrogów zniknęły rozpływając się w powietrzu. Kurisu mocno zacisnął zęby oraz swoje mięśnie, jego aura wzmocniła się. Kurisu wydawał z siebie przerażający odgłos oddychania. Jego ciało zaczęło się trząść, Kurisu złapał się rękoma za swoją głowę. Co się stało? Działo się podobnie to co na Papayi. Walka się skończyła, a Kurisu czuł, że nie może przestać walczyć. Musi kontynuować swoją walkę, nie może teraz przestać. Nie da rady jej skończyć, zwycięstwo padło mu zbyt łatwo. Odwrócił się w stronę Ryu i zaczął na niego spoglądać groźną miną, ale po chwili coś się wydarzyło. Aura osłabła, a saiyanin padł na kolana ciężko oddychając. Czyżby już się uspokoił? Chyba tak. Saiyanin uspokoił oddech, a następnie wstał.
- Wybacz... zbyt długo z nikim nie walczyłem. To się więcej nie powtórzy. - Po tym zdaniu od razu zaczął iść w stronę komnaty kończąc ten monolog smutnym akcentem. Po tym wydarzeniu Kurisu wydawał się być cały czas smutny. Usiadł na swoje łóżko i zaczął spoglądać na swoją dłoń, która po chwili zaczęła drżeć. Wsadził ją między kolana, aby to zatrzymać. Bardziej skulił się patrząc się prosto na podłogę. To była tylko durna wizualizacja walki, a saiyanin tak bardzo się w nią wczuł, że przez chwilę pomyślał, że była ona naprawdę. Co było z nim nie tak? Dlaczego tak ciężko było mu zrezygnować z walki? Dlaczego nie potrafił tego zrozumieć? Satysfakcja z walki oraz podniecenie nią sprawiało dla niego przyjemne uczucie, którego nie potrafił sobie odmówić. To go uzależniało. Jego ciało wciąż się trzęsło, nie potrafiło odmówić sobie tej przyjemności? Nie zamierzał sprawiać krzywdy swojemu przyjacielowi. Wiedział, co musi zrobić i postanowił zrobić to wieczorem, aby uchronić go przed niebezpieczeństwem, jakie wynikało ze strony uczuć saiyanina. Tak, musiał to zrobić. Nie było innej opcji. Jeśli tego nie zrobi, to sam nie będzie mógł skupić się na późniejszym treningu. Zrobił przerwę do wieczora, a następnie zaczął swój nocny trening. Kurisu udał się na zewnątrz, a następnie na tyły komnaty, aby jego przyjaciel nie musiał oglądać męczarni saiyanina. Kurisu skupiał energię w dłoni, a następnie ją wystrzeliwał, po czym ponownie ją przeganiał wyprzedzając ją, a następnie swój pocisk przyjmował na siebie. Cały czas powtarzał tę czynność, odczuwając z każdą próbą coraz to większy ból. Przy okazji odkrył, że jest to dobry motyw na trening wytrzymałości. Cały czas ponawiał kolejne próby. Z czasem przez ból oraz zmęczenie robił to coraz gorzej i raz oberwał w rękę, raz w ramię, czasami w głowę lub w plecy. Ból przez odniesione obrażenia sprawiał, że dalsza część walki stopniowo malała, dlatego nie zamierzał przestawać i kontynuował swój trening. W końcu doszedł w pewnym momencie do takiego stopnia wykończenia, że zaczynał odczuwać problemy z poruszaniem się. Zaczynały boleć go wszystkie mięśnie. To uczucie sprawiało, że mógł przestać o tym myśleć. Po kilku godzinach postanowił przerwać, bo czuł, że już nie wytrzyma. Wracając do środka przez główne wejście, po pomieszczeniu rozlegał się odgłos kapania krwi na podłogę. Kurisu był znacznie ranny, jego ciało było wszędzie podrapane, a z niektórych miejsc leciała krew, która potem kapała na podłogę. Z jego czoła również ściekała krew dwoma, małymi strumyczkami po bokach, jedno oko miał przymknięte, a na twarzy widniał grymas bólu i smutku. Z jego ramienia również ciekła krew wzdłuż ręki. Jego obcisła koszulka była do połowy zdarta, a spodnie miały dziury na kolanach. Wszedł do środka podpierając się jedną ręką o framugę, a drugą trzymając się za bolący brzuch. Chciał dojść do toalety, aby pójść po jakąś szmatkę czy ręcznik, aby wytrzeć krew na podłodze, niestety przechodząc obok swojego łóżka stracił siły w nogach i padł na podłogę. Dał radę jedynie doczołgać się do łóżka, na które się wciągnął, a następnie położył i zasnął. Jego włosy powróciły wtedy do naturalnego koloru.

Trening 3 z 8.
avatar
Ryu
Maskotka
Liczba postów : 294

Re: Komnata Ducha i Czasu

on Sob Wrz 08, 2018 3:47 pm
Ryu nie rozumiał, w jaki sposób można było wykorzystać wannę do treningu. Tak naprawdę pierwszy raz spotkał się z takowym pomysłem. Uczeń staruszka Kame zaproponował mu, aby ten poszedł wraz z nim, jeżeli był ciekaw, co dokładnie miał na myśli. Najpierw jednak bohater nasz zamierzał pozbyć się ze swego ciała zbędnego ''balastu’’. W momencie, w którym zakończył tę czynność, brunet mógł pokazać, na czym dokładnie polegać miał jego tajemniczy trening. Saiyanin zdjął z siebie wszystkie ubrania poza swoimi gatkami, po czym przybierając postać Złotowłosego Wojownika zanurzył się w wodzie ówcześnie napełniając nią wannę. Uczeń Haricotto przyglądał się temu całemu zajściu przez chwilę. Widział, jak na powierzchni wody pojawiały się bąbelki, w których znajdowały się fragmenty energii jego znajomego. Zdawałoby się, że ten niecodzienny trening miał pomóc mu w okiełznaniu mocy swej transformacji. Tak więc wyglądało na to, że sama medytacja nie wystarczała. Musiał się on poddawać także treningowi tego rodzaju.

Młodzieniec postanowił, że tym razem to on przygotuje coś dla ich dwójki. Stwierdził, że skoro chłopak wcześniej ugotował posiłek dla nich to Ziemianin wyjdzie z taką samą inicjatywą. W innym przypadku prawdopodobnie nie miałby chęci, aby to zrobić. Nie miałby ochoty, aby przygotować tak wielką porcję jedzenia. Tym właśnie był ten Saiyański apetyt. Kiedy to osiemnastolatek nałożył porcję wystarczającą dla samego siebie, zdawałoby się, iż Kurisu można było ledwo zobaczyć przez tę górę jedzenia. Znikła ona jednak tak szybko, jak się pojawiła. Po skonsumowaniu posiłku, wojownik pochwalił swego przyjaciela za jego zdolności kulinarne. Na twarzy młodzieńca pojawił się delikatny uśmiech.
- Dziękuję. Ty też nienajgorzej gotujesz.
Ich zdolności w tym aspekcie nie różniły się, aż tak bardzo.
Kurisu zabrał całą porcelaną z kuchni ustawiając szklanki i filiżanki na zewnątrz. Wyglądało na to, że miało to na celu pomóc mu w kontrolowaniu swej siły. Był to całkiem dobry pomysł. Dzięki temu mógł się przyzwyczaić do przyrostu siły i przy okazji nauczyć się rozważnie ją stosować.

Po tym, gdy blondyn nie poinformował naszego bohatera o tym, co zamierzał, ten wkurzył się i po prostu go uderzył. Chciał mu w końcu wbić nieco rozumu do głowy, ponieważ już o tym rozmawiali. Gdyby od razu poinformował o swoich zamiarach to nie byłoby żadnego problemu, aby mógł to zrobić. On jednak wolał zachować to dla siebie, a w dodatku miał pretensje o to, że osiemnastolatek go w zasadzie walnął. Tego uczeń Haricotto postanowił nie komentować. Blondyn spoglądał na swe dłonie będąc zaskoczonym efektem oddawania się medytacji. Nie zdawał sobie sprawy, że mogłaby ona w dużym stopniu powiększyć zapasy jego ki. Nasz bohater także czuł, jak pokłady jego własnej energii zwiększyły się. Przez jego ciało przepływała teraz znacznie potężniejsza ki. Czuł bardzo dobrze tę różnicę. Było to jak najbardziej dobre. Dzięki temu mógł pozwolić sobie na używanie większej ilości ataków energetycznych podczas swych walk. Złotowłosy odszedł nieco od pałacyku, zaś brunet postanowił się nie oddalać. Uczeń staruszka Kame po raz kolejny wyzwolił swą moc, a aura – początkowo małych rozmiarów – powiększyła się. Wytworzony został wiatr, który stopniowo stawał się coraz bardziej porywczy. Ryu zaparł się nogami, bo tak naprawdę tylko tyle był w stanie zrobić.
- Znowu to samo…
Gdyby nawet chciał powstrzymać Saiyanina to nie mógł tego zrobić. Zwyczajnie by nie zdążył. Wiedział, iż poruszał się ociężale i nim by się przy nim znalazł to zostałby odrzucony, tak jak wcześniej. Zwłaszcza, że chłopak nie zamierzał przestać, a tylko jeszcze bardziej wydzielać swą energię. Aura urosła do gigantycznych rozmiarów, a sam wiatr przeistoczył się w wichurę. Dało się odczuć drgania pochodzące z podłoża. W pewnym momencie naprawdę ciężko było utrzymać się na nogach. Taki stan rzeczy nie trwał jednak zbyt długo. Po chwili wszystko zaczęło wracać do normy. Ziemianin już nie miał ochoty znów zwracać mu uwagi odnośnie całego zajścia. Wyglądało na to, iż zwyczajnie rzucał grochem o ścianę. Westchnął i wrócił do medytacji.

Trening Statystyk ( 3/8 )


- HAAA!!!
Niebieska fala pomknęła w kierunku młodzieńca, lecz ten odskoczył w lewy bok unikając zagrożenia. Korzystając z okazji, która mu się nadarzyła wystrzelił pięć pocisków energetycznych z obu dłoni w kierunku swego oponenta. Dotarły one do swego celu, co sygnalizowały wybuchy oraz chmura dymu. Ruszył tam wykorzystując umiejętność latania. Zamachnął się prawą ręką, lecz nie zrobił niczego poza rozwianiem dymu. Tak naprawdę celował na ślepo licząc, iż trafi swego przeciwnika. Tak się jednak nie stało. Mało tego, okazało się, że nie było tam nikogo poza nim. Jego oponent najwidoczniej musiał wylecieć z chmury, czego on sam nie zauważył. Zaczął się rozglądać na boki, jednakże nikogo nie dostrzegł. Nim udało mu się spojrzeć w górę to poczuł, jak coś z wielką siłą uderzyło go w głowę. Momentalnie powędrował w glebę wbijając się w nią. Po chwili wyskoczył obok dziury, którą wytworzył spoglądając w górę i starając się wypatrzeć ogoniastego. Kątem prawego oka dostrzegł zbliżającego się od boku mężczyznę. Przymierzał się on do kopniaku w głowę, który został zablokowany. Młodzieniec zamierzał sprzedać mu trzy ciosy w brzuch, jednakże zostały one zbite. Chciał zaatakować swą prawą nogą jego bok, lecz została ona zablokowana. Co więcej, po bloku Haricotto zdecydował się złapać oburącz ów kończynę i wykonując solidny zamach wyrzucił swego ucznia w powietrze. Po kilku sekundach takiego lotu, Ziemianin opanował sytuację i zatrzymał się. Jednakże dopiero teraz zauważył promień mknący w jego kierunku, którego niestety nie zdążył uniknąć.

Jeszcze wiele mu brakowało. Jeszcze wiele treningu przed nim. Wciąż popełniał błędy, których nie powinien popełniać. Musiał się ich wyzbyć, ponieważ mogło go to bardzo wiele kosztować. Nie było to jednak proste. Należało wykazać się cierpliwością i ciężką pracą, ponieważ sukces nie przyjdzie od razu. Jasne, byłoby świetnie, gdyby nie musiał zbyt wiele robić, – a najlepiej to nic – żeby stawać się coraz lepszym, lecz mógł o tym jedynie pomarzyć. Samo nic nie przychodzi. Jeżeli chciał on być coraz lepszym wojownikiem to musiał się temu poświęcić. Musiał szukać błędów. Co z tego, że będzie wzmacniał swe ciało, jeżeli będzie beznadziejnie walczył? Sama siła fizyczna to nie wszystko, liczyły się także umiejętności, a i one musiały stać na najwyższym poziomie. Postanowił odegrać jeszcze kilka walk i dokładnie je przeanalizować, po czym mógł udać się na spoczynek.
Otworzył oczy i wstał odwracając się w stronę pałacyku spoglądając na zegar w celu sprawdzenia godziny. Było już późno, więc powinien położyć się spać, aby móc wyspać się przed kolejnym dniem. Kolejnym ciężkim dniem. Nigdzie nie mógł dostrzec swego znajomego, tak więc musiał on już znajdować się w domku lub jeszcze trenować.
Wszedł do sypialni i wyglądało na to, że był tutaj sam. Wszystko wskazywało na to, że Kurisu musiał gdzieś trenować.

Minęło sporo czasu. Wystarczająco dużo, aby mógł on urosnąć w siłę i grawitacja znajdująca się tutaj nie była dla niego już tak ogromnym wyzwaniem, jak na początku. Może po prostu zaczął się do niej powoli przyzwyczajać? Może wzmocnił swoje ciało na tyle, aby mógł już sobie lepiej radzić z nią? Nie potrafił odpowiedzieć na to pytanie, jednakże stał się znacznie silniejszy odkąd tu wszedł. To było najważniejsze.
Zszedł ze schodów, po czym postawił swe nogi na białej powierzchni. Nie czuł się szczególnie ciężko, nie czuł, jakby zaraz miał upaść. Wręcz przeciwnie, stał wyprostowany i całe to obciążenie, jakie było nakładane na jego ciało było teraz znacznie mniejsze niż wcześniej. Przeszedł się kawałek. Nie czuł, aż tak bardzo tego ciężaru, który był nakładany na każdą jego nóżkę. Nadal czuł, jakby ktoś doczepił do nich kilkadziesiąt odważników, jednakże nie miał już problemów z postawieniem kilku kroków pozostając wyprostowanym. W takiej pozycji mógł wytrzymać naprawdę długo. Nie dało się tego jednak porównać do grawitacji znajdującej się na Ziemi, która mogłaby tam nawet nie istnieć, lecz było na odwrót.
Rozgrzał się odpowiednio, dzięki czemu mógł przejść do treningu.
Na początku zaczął od biegu wokół pałacyku. Podczas tego ćwiczenia był jednak zmuszony poruszać się w dość pokraczny sposób. Grawitacja nie pozwalała mu na normalny bieg i najzwyczajniej w świecie gibał się na boki. Dla osób trzecich mogło to poniekąd wyglądać tak, jakby przeskakiwał z nogi na nogę.
Padł na glebę przygotowując się do robienia pompek. Jednakże nie miały one być takimi standardowymi. Wykonywał je na zaciśniętych pięściach, co było zdecydowanie trudniejsze. Wcześniej powstrzymywał się od nich, ponieważ po prostu nie był na odpowiednim poziomie, lecz teraz było inaczej. Stał się silniejszy, a ten ciężar nie sprawiał mu już takiego problemu. Nie było tak więc problemu, aby przejść na kolejny level. Po wykonaniu ostatniego powtórzenia zauważył, iż z obu jego dłoni zeszła skóra w miejscu knykci. Syknął, kiedy oderwał ją, a następnie pozbył się cząstki samego siebie rzucając ją na ziemię.
Położył się wyprostowany na lewym boku, po czym zaczął unosić do góry swój tułów, nogi zaś pozostawały w bezruchu. Chciał on wzmocnić mięśnie boczne swego brzucha ze względu na to, iż one także były ważne. Starał się wzmacniać wszystkie mięśnie swego ciała, więc nie mógł o nich zapominać.
Uniósł lewą nogę zgiętą w kolanie najwyżej, jak to było możliwe. Stanął sobie tylko i wyłącznie na palcach przeciwnej stopy. Utrzymanie się w takim stanie przez dłuższą chwilę było niesamowicie ciężkie. Bardzo ciężkie. Każdy, nawet najmniejszy ruch skutkował momentalną utratą równowagi. Tak więc należało panować nad swoim ciałem wręcz w mistrzowskim, perfekcyjnym stopniu. Na całe szczęście nie musiał się martwić o to, że wzbierze się wiatr, który tylko utrudniałby mu całe ćwiczenie. Wewnątrz Komnaty Ducha i Czasu nie można było na to liczyć podczas dnia, tylko i wyłącznie w nocy. Tak więc korzystał z okazji.
Leżał już na łóżku przygotowując się do snu, kiedy nagle usłyszał, jakiś huk. Rozległ się on przed domkiem, tak więc postanowił natychmiast wybiec na zewnątrz w celu obadania tego zjawiska. Okazało się, że znajdujący się w powietrzu Saiyanin po prostu ściągnął z siebie swe ciuchy, które zaliczyły spotkanie z kafelkami. Dlaczego nie mógł tego zrobić w tradycyjny sposób? Dlaczego po prostu nie mógł sobie wylądować? Przecież mógł sobie po prostu usiąść na podłodze i pościągać je. On jednak z niewiadomego powodu tylko utrudniał sobie to. W dodatku, dlaczego w ogóle je zdjął? Przecież nigdy wcześniej tego nie robił. Odkąd tu weszli to Ziemianin pierwszy raz widział, aby się ich pozbywał z ciała.
- Coś się stało, Kurisu? Nigdy wcześniej nie zdejmowałeś swoich butów i frotek. W zasadzie to dlaczego używasz latania? Przecież możesz sobie usiąść na schodach.

Podczas następnego dnia swój trening rozpoczął od skoków wokół pałacyku. Starał się wykonywać najdalsze i najwyższe skoki, do jakich był zdolny. Szczególnie, że wciąż nie mógł sobie pozwolić na skoki, którymi mógłby przewyższyć pałacyk. Wybił się z lewej nogi, po czym wylądował na prawej. Od razu wykonał skok z prawej.
Stwierdził, że najwyższy czas poćwiczyć walkę z cieniem, bo nie miał on już tak wielkiego problemu z poruszaniem się. Być może jego szybkość wciąż była ograniczona, lecz był już zdolny do wykonywania uników i jako takich skoków. Uderzenie, uderzenie, kopnięcie, blok, kopnięcie, unik, uderzenie, blok, wyskok, kopnięcie.

Wpadł na pomysł jak mógłby sobie utrudnić trening. Potrzebował jednak pomocy ucznia staruszka Kame, który właśnie wracał do domku.
- Kurisu, mógłbyś mi pomóc w treningu? Chciałbym, żebyś usiadł na mnie, gdy będę robił pompki.
Padł na glebę i przybrał odpowiednią pozycję do wykonywania ów ćwiczenia. Poczekał, aż brunet wejdzie na niego (zakładając, iż ten się zgodził) i zaczął. Było to bardzo wymagające ćwiczenie zważając na fakt, iż wykonywał te pompki takim samym sposobem jak ostatnio, a przy okazji miał na sobie dodatkowe obciążenie, jakim był chłopak. Odczuwał dyskomfort w miejscu, gdzie zeszła jego skóra, lecz starał się wytrzymać.
- No dobra, wystarczy. Możesz już zejść ze mnie.
Poczekał chwilę, aż Kurisu wstanie z niego, po czym podniósł się z podłoża. Tu jednak pomoc chłopaka miała się nie skończyć. Uczeń Haricotto postanowił go wykorzystać do jeszcze jednego ćwiczenia.
- Pomożesz mi z jeszcze jednym ćwiczeniem? Potrzebuję dodatkowego obciążenia, kiedy będę robił przysiady.
Przykucnął sobie i (jeżeli młodzieniec się zgodził) poczekał, aż ten wskoczy mu na plecy. Złapał go mocno za nogi, aby nie spadł i przeszedł do wykonywania głębokich przysiadów. Poziom trudności tego ćwiczenia można było porównać do tego poprzedniego, choć teraz nie odczuwał żadnego dyskomfortu.
- Wystarczy. Dziękuję Ci za pomoc, nie będę Ci już zawracał głowy.
Ostatnim ćwiczeniem na dzień dzisiejszy miał być spacer na rękach wokół domku. Nie zapominał oczywiście o tym, aby łapać pion.

Musiał nieco odpocząć, aby mięśnie jego mogły się zregenerować. Mimo wszystko postanowił nieco się poruszać, a dokładniej mówiąc - porozciągać. Następnie przeszedł do medytacji, na którą poświęcił resztę dnia siedząc sobie na schodkach. Od czasu do czasu przerywał, aby coś zjeść lub zajść do toalety.

Noga została zablokowana, lecz osiemnastolatek natychmiast wycofał ów kończynę i zaatakował drugą bok swego mistrza. Ona także została zatrzymana przed dotarciem do swego celu. Chłopak chciał sprzedać mężczyźnie trzy ciosy w brzuch, które zostały jednak zbite. Bohater nasz wyciągnął lewą nogę ku górze, aby trafić nią swego nauczyciela, jednakże ten odchylił się nieco do tyłu, dzięki czemu uniknął jej. Po tej nieudanej akcji, brunet wręcz natychmiast wykonał obrót w celu trafienia jego głowy piętą drugiej stopy. Wręcz milimetry dzieliły ją od swego celu, jednakże i w tej sytuacji udało się wyjść ogoniastemu obronną ręką. Blok powiódł się, więc Ryu musiał spróbować czegoś innego. Odskoczył do tyłu wykonując salto w powietrzu. Wylądował parę metrów dalej, po czym momentalnie wzbił się w powietrze oddalając się po linii prostej od swego sparingpartnera. Posłał w jego stronę sześć pocisków ki, kiedy tworzył dystans między nimi.  Jednakże Saiyanin i z tym poradził sobie. Najzwyczajniej w świecie uniknął ich wszystkich. Znalazł się tuż przy swym uczniu. Chciał kopnąć Ziemianina w głowę, lecz ten zablokował to. Haricotto wymierzył pięć ciosów – dwa w głowę oraz trzy w brzuch. Młodzieńcowi udało się parę z nich zbić lub zablokować, lecz nie wszystkich. Dosięgły go dwa ciosy, które padły na jego brzuch. To poskutkowało tym, iż brunet zgiął się nieco, jednakże jego nauczyciel nie zamierzał przestawać. Sprzedał mu jeszcze dwa ciosy w twarz, co nieco otumaniło wojaka. Brunet spróbował zaatakować prawą pięścią głowę mężczyzny, lecz niestety jego prawa ręka powędrowała kilkanaście centymetrów obok, czego ogoniasty nawet nie musiał blokować bądź zbijać. Sytuację tę wykorzystał jego oponent, który chwycił go za rączkę i przerzucił za siebie posyłając w glebę.
- HAAA!!!
Fala Uderzeniowa zderzyła się z Ziemianinem wpychając go w ziemię.

Podstawą treningu jest odpowiednia rozgrzewka przed samym jego początkiem. Właśnie od tego zaczął. Po skończonych przygotowaniach mógł już przejść do pierwszego ćwiczenia tegoż dnia. Zaczął dość standardowo, czyli od biegu wokół pałacyku. Już nieco przyzwyczaił się do powietrza panującego tutaj. Nie było ono dla niego już taką przeszkodą jak na samym początku. Już nie męczył się tak szybko po kilku minutach, jak podczas pierwszych dni pobytu tutaj. Było mu już nieco łatwiej trenować wewnątrz Komnaty. Miejsce, którego warunki można było porównać niczym do Piekła nie były już, aż tak nieznośne. Całą tę duchotę mógłby porównać teraz do warunków panujących na pustyni. W zasadzie to nigdy tam nie był, jednakże z tego co zapamiętał ze szkoły to musiało być tam strasznie gorąco. Cóż, warunki panujące tam na pewno nie były tak potworne jak te tutaj.
Położył się na ziemi, a następnie uniósł swe ciało o kilka, wręcz dziesięć centymetrów nad nią i ruszył przed siebie okrążając domek. Ręce trzymał blisko tułowia. Starał się utrzymać tę wysokość przez cały czas. Dla osób trzecich mogło to wyglądać tak, jakby starał się on naśladować sposób poruszania się krokodyla z tą jednak różnicą, iż nogi jego nie były oddalone na boki. Trzymał je w miarę blisko siebie. Znaczy się, stopy nie były złączone ze sobą tak jak podczas wykonywania pompek, a rozłączone. Dzielił ich dystans piętnastu, może dwudziesty centymetrów, Było to jednak mierzone na oko. W każdym razie, między stopami znajdował się mały odstęp, aby bohater nasz mógł się w ogóle poruszać w jakiś sensowny sposób.
Kiedy poczuł, że już dłużej nie da rady poruszać się w takim stanie po prostu padł na białą powierzchnię. Musiał odpocząć chwilę nim postanowił przejść do kolejnego ćwiczenia. Próbując złapać oddech zdjął frotkę ze swego prawego nadgarstka, aby przetrzeć krople potu z twarzy.
Stanął sobie na rękach i trzymając pion przeszedł do pompek. W pewnym momencie zauważył powracającego z daleka Kurisu, któremu delikatnie paliły się ciuchy. Ten zdawał się nie przejmować tym i po prostu zaczął gasić ogień. Wyglądało na to, że uczeń staruszka Kame faktycznie miał rację, kiedy mówił o tym, aby lepiej się nie oddalać. Wyglądało jednak na to, że choć on sam dał taką przestrogę to nie za bardzo się do niej stosował. Być może szukał nowych wyzwań? Cóż, jeżeli warunki panujące dalej były o wiele cięższe od tych tutaj to mógł on chcieć zwiększyć poziom trudności swego treningu. Być może, gdyby ktoś oddalił się wystarczająco daleko to może mógłby on momentalnie stanąć cały w płomieniach? Może faktycznie można było zostać zamrożonym w nocy, gdyby tylko oddaliło się wystarczająco daleko? Cóż, Ryu na razie nie zamierzał tego sprawdzać. Może kiedyś sam oddali się nieco od pałacyku, lecz na razie musiał w całości przywyknąć do tutejszych warunków. Póki co nie było sensu, aby wybierał się w taką podróż.
Na koniec treningu zajął się walką z cieniem wyobrażając sobie jakiś przeciwników.

Kolejny dzień zaczął od skoków wokół pałacyku. Wyskakiwał z pojedynczej nogi najwyżej i najdalej jak potrafił, po czym lądował na drugiej.
Kolejnym ćwiczeniem było podciąganie. Używał do tego wciąż obu rąk, jednakże już niedługo chyba przejdzie o level wyżej, bo takim sposobem nie było to dla niego zbyt trudne. Już wkrótce powinien używać do tego tylko jednej ręki, co już z całą pewnością będzie trudniejsze, znacznie trudniejsze.
Następnie przeszedł do tych najbardziej podstawowych ćwiczeń, jakimi były pompki, brzuszki i przysiady. Podczas ćwiczeń poczuł na swoim ciele delikatny wietrzyk i momentalnie zaczął szukać wzrokiem swojego kolegi, który prawdopodobnie znowu wydzielał swoją energię. Nie mylił się. Odnalazł wojownika, a aura jego była znacznie większa, potężniejsza niż zwykle. Wydawał on przy tym dziwny, przerażający odgłos oddychania, który ciężko było przyrównać do czegokolwiek, co Ziemianin w życiu usłyszał. Wtem z chłopakiem zaczęło dziać się coś dziwnego. Zaczął się trząść, a następnie obiema rękoma złapał się za głowę. To było dziwne, bardzo dziwne. Brunet pierwszy raz widział, aby takie rzeczy działy się z nim.
- Kurisu, co się dzieje?
Jednakże w tym właśnie momencie wszystko wróciło do normy, a przynajmniej tak się wydawało naszemu bohaterowi. Uczeń staruszka Kame odwrócił się w jego stronę, a na jego twarzy nie gościł w żadnym stopniu przyjazny wyraz twarzy. Co tu się działo? O co mu chodziło? Czy miał się on za chwilę rzucić na ucznia Haricotto rozpoczynając walkę? Czy chciał on w końcu zmierzyć się z Ryu, ponieważ na Papayi nie miał okazji? To nie wyglądało zbyt dobrze.
- O co Ci cho…
Zamierzał przyjąć pozycję do walki, aby być gotowym na ewentualną walkę i nie dać się zaskoczyć. Nie zrobił tego, bo nawet nie dokończył swego pytania, ponieważ z Saiyaninem ponownie zaczęły się dziać jakieś tajemnicze, niezrozumiałe rzeczy. W mgnieniu oka aura osłabła, a wojak padł na kolano próbując złapać oddech. Co tu się działo? O co tutaj chodziło? Starał się odnaleźć odpowiedź na to pytanie, jednakże nie potrafił rozwiązać tego w logiczny sposób. Czyżby ciało jego kolegi nie mogło już wytrzymać całej tej energii i dlatego działy się z nim takie rzeczy? To raczej nie było rozwiązaniem tej zagadki, bo przecież nie tłumaczyło to jego zachowania. Przecież wyraz jego twarzy wskazywał na to, jakby chciał się zaraz rzucić na swego przyjaciela. Po chwili jednak Kurisu wstał i przeprosił za swoje zachowanie zapewniając, że już więcej tak nie postąpi. Usprawiedliwił się tym, iż już od dłuższego czasu nie walczył z nikim. Brunet jednak nie za bardzo wiedział, jak to ma się do siebie. Nie rozumiał całej tej sytuacji. Przecież nie mogły się z nim dziać takie rzeczy tylko dlatego, bo od dawna nie zmierzył się z kimś. Chłopak od razu ruszył ku pałacykowi nie mówiąc nic więcej na ten temat, lecz nasz bohater chciał się dowiedzieć, o co dokładnie chodziło.
- Nie rozumiem, co masz na myśli? Pierwszy raz widziałem, żeby działo się z tobą coś takiego.
Potem kontynuował swój trening już przez resztą dnia.
avatar
Haricotto
Admin/Time Patrol
Liczba postów : 1441

Re: Komnata Ducha i Czasu

on Nie Wrz 16, 2018 11:25 am
MG

Do Komnaty Ducha i Czasu weszliście 20 sierpnia (czas liczony od pierwszego posta Ryu). Zostało wam 4 dni do końca pierwszej tury.

_________________
avatar
Ryu
Maskotka
Liczba postów : 294

Re: Komnata Ducha i Czasu

on Pon Wrz 17, 2018 10:15 pm
Wyglądało na to, iż uczeń staruszka Kame nie był po prostu w stanie dłużej trenować ze swym dodatkowym obciążeniem w postaci butów oraz frotek. W zasadzie to można było łatwo to wywnioskować po tym, iż zrezygnował z nich parę dni temu. Cóż, najwyraźniej przedobrzył sprawę i nie wziął pod uwagę tego, że cała ta grawitacja w połączeniu z jego własnym obciążeniem może być dość tragicznym w skutkach połączeniem dla niego. Choć gdyby tak zastanowić się nad tym to nie powinien on mieć większych problemów z tym. Podczas swego treningu przebywał w formie Złotowłosego Wojownika, który znacznie ułatwiał mu wszystko. Wcześniej nie było widać, aby miał problemy przez to całe obciążenie, więc o co chodziło? Być może on także chciał trenować w swej podstawowej formie, jednakże nie był przyzwyczajony do tutejszej grawitacji i stwierdził, że zdejmie swoje własne obciążenie, ponieważ nie chciał sobie bardziej utrudniać treningu? To jednak nie wyjaśniało tego dlaczego wisiał w powietrzu podczas zdejmowania swoich ubrań zamiast sobie usiąść. Bohater nasz postanowił już nie zawracać sobie tym głowy. Nie było to w sumie nic, aż tak istotnego.

Saiyanin postanowił nie odpowiadać na pytanie zadane przez swego przyjaciela. Ziemianin chciał poznać dokładne szczegóły całego zajścia, ponieważ z chłopakiem działy się jakieś dziwne, niezrozumiałe rzeczy. To wszystko było dość niepokojące, tak więc nic dziwnego, że brunet chciał zrozumieć o co w tym chodziło.
- Możesz mi przecież powiedzieć.
On jednak milczał, najwidoczniej nie chcąc podzielić się tym, co sam o tym  myślał. Była to kolejna sprawa, której nie chciał wyjaśnić Ryu. Wojownik pozostawił to dla samego siebie, choć wiedział, iż mógł mu wszystko powiedzieć.

Bohater nasz wstał i jak to często bywało, przebywał sam w sypialni. Jego kolega najpewniej już trenował, tak więc i on powinien zabrać się za to jak najszybciej. Zauważył coś co zaniepokoiło go. Była to krew znajdująca się na podłodze. W zasadzie to wiele jej kropel, które prowadziły od wejścia do łóżka bruneta. A może było na odwrót? W każdym razie, było to dość zastanawiające, ponieważ gdy uczeń Haricotto kierował się na spoczynek to tej całej krwi tu nie było. Czyżby brunet trenował tak ciężko, co doprowadziło do tego, że ubyło z jego ciała nieco tejże cieczy? To mogło być wielce prawdopodobne. Chłopak widział jak pewnego dnia blondyn wystrzeliwał promienie energetyczne, które starał się prześcignąć, a następnie odbić w ramach treningu. To oczywście mu nie wychodziło, co z kolei skutkowało tym, iż był odrzucany do tyłu lub wybuchały mu one w dłoniach. Być może trenował on w takowy sposób tak zawzięcie, że w końcu jego ciało zaczęło zwyczajnie krwawić? To nie było zbyt dobre, bo potrzebował on zdecydowanie więcej czasu na regenerację niż zwykle. Powinien odpocząć przez parę dni, aby jego ciało mogło wypocząć w pełni. Jeżeli będzie dalej tak trenował to długo nie pociągnie wewnątrz Komnaty. Nie powinien, aż tak przemęczać swego ciała.
- Co ty ze sobą zrobiłeś, Kurisu?
Wojownik postanowił pójść po jakąś szmatkę i w końcu zetrzeć ciecz z podłogi.
Opuścił pałacyk, jednakże nigdzie nie mógł dostrzec chłopaka. Najwyraźniej znów oddalił się od domku w celach treningowych. Nie wzlekając, brunet rozpoczął rozgrzewkę.

Trening Statystyk ( 4/8 )

Zaczął od standardowego biegu wokół pałacyku. Zastanawiało go jak długo jeszcze zajmie mu przystosowanie się do warunków panujących wewnątrz Komnaty Ducha i Czasu. Przez kilka następnych miesięcy powinien urosnąć wystarczająco mocno w siłę, aby móc przezwyciężyć je w całości. Jeszcze odczuwał panującą tu grawitację, lecz małymi kroczkami zbliżał się do momentu, w którym będzie ona porównywalna dla niego do tej na jego rodzimej planecie. Temperatura z czasem także będzie sprawiała mu bardzo mało problemów, a może nawet wcale? Może w przyszłości nie będzie robiło mu różnicy to, że siedzi na pustyni, wysoko w górach czy wewnątrz Komnaty właśnie? W zasadzie to czy mógłby po swoim wyjściu spróbować wejść jeszcze raz? Może Wszechmogący pozwoli mu wejść ponownie na rok? Najpierw jednak należało pokonać Beliala. Gdy już się z nim rozprawią wtedy będzie mógł zapytać Boga o zezwolenie. Choć mógłby spróbować wejść od razu po wyjściu. Pytanie brzmiało: czy Kami-sama chciałby, aby wszyscy udali się wtedy w podróż. Gdyby tak było to mógłby on chcieć wysłać naszych bohaterów jak najszybciej przeciw Belialowi, a wtedy młodzieniec raczej nie mógłby liczyć na kolejne wejście tuż po swym pierwszym. Trzeba było też pamiętać o tych tajemniczych przybyszach. Skoro byli oni zagrożeniem to brunet nie mógł sobie pozwolić na drugie wejście zaraz po swym pierwszym. Przez dwa dni mogli dokonać straszliwego spustoszenia na planecie. Przecież nawet teraz mogli siać zniszczenie. Mogli zabijać wszystkich, którzy stanęli im na drodze. Nie, nie mógł wrócić do Komnaty. Na pewno nie od razu. Zbyt wiele zagrożeń pojawiło się w tym samym momencie. Należało najpierw rozprawić się z nimi, a dopiero potem można byłoby zastanawiać się nad ewentualnym powrotem do Komnaty.
Padł na ziemię i oparł ciało swe na dłoniach i stopach. Najszybciej jak tylko potrafił przyciągał kolana do klatki piersiowej. Najpierw dociągnął prawe i momentalnie cofnął je przyciągając drugie.
Przeszedł do głębokich przysiadów. Jednakże po każdym powtórzeniu wykonywał kopnięcie. Miało to na celu urozmaicić trening.
Stanął sobie na rękach, a następnie zaczął okrążać pałacyk. Zastanawiał się nad tym, aby używać do tego tylko kilku palców, lecz po krótkiej chwili rozmyślił się. Doszedł do wniosku, że jeszcze wstrzyma się przez pewien czas i dopiero potem będzie mógł wejść na wyższy level. Łapanie pionu było oczywistą sprawą.
Podczas swego dzisiejszego treningu ani razu nie spotkał swego kolegi. Przecież nie mógł on trenować bez przerwy nie zachodząc przynajmniej do toalety. Fakt, trenował on pod postacią Złotowłosego wojownika, więc był zbyt szybki dla naszego bohatera, gdy poruszał się ze swą maksymalną prędkością. Uczeń Haricotto nie mógłby go wtedy zobaczyć. Jednakże gdyby nawet skorzystał z toalety to Ziemianin mógłby przynajmniej usłyszeć dźwięk otwieranych oraz zamykanych drzwi. Trenował w zasadzie przed domkiem, więc nie miałby on problemów z usłyszeniem tego. Nic takiego jednak nie miało miejsca. A co jeżeli uczeń staruszka Kame ponownie trenował w taki sposób jak wcześniej tylko tym razem stracił przytomność przez znaczną utratę krwi? Brunet mógł to sprawdzić tylko nie wiedział jak bardzo Saiyanin mógł się oddalić. Doszedł do wniosku, iż jeżeli jutrzejszego dnia go nie spotka to zacznie go po prostu szukać. Choć gdyby się tak zastanowić to nawet jeżeli zemdlałby z powodu utraty krwi to przecież nie powinien być zbyt długo nieprzytomnym. Znaczy się, chyba.
- Nie, nie mogę czekać, muszę zacząć go szukać teraz.
Martwił się o niego, więc nie mógł czekać. Wcześniejsze postanowienie o tym, iż miał czekać do jutra poszło w zapomnienie. Nie mógłby spać spokojnie wiedząc, że jego koledze mogło się coś stać. Postanowił jednak wykorzystać swą przemianę, ponieważ był wtedy zwyczajnie szybszy. Dzięki temu mógł szybciej odnaleźć go. Stanął sobie wyprostowany, ugiął ręcę, zacisnął pięści, napiął wszystkie mięśnie. Zacisnął zęby i rozpoczął kumulację energii.
- HAA!!!
W jednej chwili ciało jego zostało obtoczone przez mleczną aurę w akompaniamencie krwistych wyładowań. Unosiła ona jego ciuchy delikatnie ku górze. Mięśnie zaś stały się większe. Wzniósł się kilka metrów nad podłożem za pomocą latania i po prostu ruszył przed siebie.
Stopniowo zaczął odczuwać złość, gniew. Z każdą sekundą uczucie to było potęgowane. Nie było wiadomym skąd się ono pojawiło, lecz było wiadomym co je powodowało. Zamiast odpoczywać musiał się uganiać za jakimś gościem, który stwierdził że będzie fajnie, kiedy oddali się tak daleko od pałacyku. Ziemianin nie miał ochoty na to. Chciał wziąć kąpiel i przekąsić coś po treningu, a zamiast tego latał i szukał Kurisu. Kim chłopak niby był, jego niańką? Po co on w ogóle go szukał? Przecież uczeń staruszka Kame nie był, aż tak lekkomyślny, aby doprowadzić się do stanu krytycznego w samotności. Choć, gdyby przypomnieć sobie sytuację z samego rana to można było odnieść inne wrażenie. To pokazywało, że nie można było być niczego pewnym odnośnie jego osoby. Ta cała niepewność drażniła naszego bohatera jeszcze bardziej.
Nie poruszał się ze swą maksymalną prędkością w celu łatwiejszego wypatrzenia Saiyanina. Kiedy to rozglądał się po tej białej powierzchni w poszukiwaniu drugiego z trenujących, poczuł jak całe powietrze ochłodziło się. Na swoim ciele czuł bardzo mroźny wiatr, który z każdą sekundą stawał się coraz bardziej porywczy. Mróz był zdecydowanie gorszy w tych rejonach niż przy domku. Nie było co do tego wątpliwości. Był on naprawdę ciężki do zniesienia. Bohater nasz czuł się tak, jakby zaraz miał zamarznąć na kość.
- Przeklęty mróz...
W pewnym momencie zaczął się trząść z zimna, dosłownie nim telepało na boki. Nie mógł tego powstrzymać. Miał dość. Po prostu dość. Nie pisał się na to. Nie wiedział, że będzie tutaj tak zimno, bo niby skąd miał to wiedzieć? Nigdy wcześniej nie zapuszczał się tak daleko. To, że Kurisu miał chęć oddalić się tak daleko nie oznaczało, że i młodzieniec tego chciał. Brunet był wściekły, że ten chłód był dla niego, aż tak ciężki do zniesienia.Tak bardzo urósł w siłę, a jakiś tam wiaterek robił z nim, co chciał. Z NIM! Przcież był na tyle mocny, że gdyby tylko ten wiatr mógł przyjąć postać cielesną to powinien się ukorzyć przed Ryu. Zamiast tego chłopak czuł, jakby za chwilę miał stać się latającą rzeźbą z lodu. Jego cierpliwość w tym momencie skończyła się.
- Mam tego dość!
Wyzwolił ze swego ciała jeszcze więcej energii co z kolei poskutkowało urośnięciem aury do gigantycznych rozmiarów.    
- Kurisu, obiecuję Ci, że jeżeli Cię następnym razem spotkam to już nigdy więcej nie wyjdziesz z łóżka! Słyszysz mnie?!
Wykrzyczał wprost w bezkres po czym ruszył w drogę powrotną na pełnej prędkości. Wtem przed nim wyrosła wielka lodowa góra. Nie zdążył się zatrzymać i zaliczył bliskie spotkanie z nią. Oczywiście przebił się przez nią, jednakże ta sytuacja sprawiła, że zaczął ją po prostu masakrować pociskami ki.
To była reakcja łańcuchowa. Wszystko zaczęło się od poszukiwania Saiyanina, co go dość nieźle zirytowało. Następny był chłód, z którym nie mógł sobie poradzić. To już przelało czarę goryczy. Po tym wszystkim najchętniej by kogoś uderzył. Kilka, nie, nie kilka. Kilkaset razy. Właśnie teraz nadarzyła się dogodna sytuacja na rozładowanie się. O dziwo jednak nie pomagało to. Dewastowanie tejże góry nie przynosiło mu wytchnienia, a wręcz przeciwnie. Jeszcze bardziej się wkurzał. Denerwował się dlatego, ponieważ przez to całe posyłanie kulek energetycznych tracił wiele energii. Wkurzało go to, że musiał marnować na nie tyle ki. Postanowił skumulować odpowiednią dawkę energii, a następnie uniósł ręcę wraz ze skrzyżowanymi dłońmi nad głowę.
- HAAA!!!!
Żółty promień pomknął w kierunku góry, z której nic już nie zostało. Stracił wiele ki, bardzo wiele. Cała ta podróż i teraz ta akcja kosztowała  go wiele jej zapasów. Doskonale wiedział o tym, lecz nie chciał wracać, nie chciał przerywać tego, co zaczął. Był wkurzony i najchętniej to by teraz połamał kręgosłupy i skręcił karki wszystkim, których spotkałby.
Wokół niego zaczęły wyrastać coraz to nowe góry, więc rzucił się na pierwszą lepszą i zaczął wbijać w nią swe pięści. Robił to najmocniej jak tylko potrafił. Wykonywał potężne zamachy, a ręka jego wchodziła naprawdę głęboko.
Uderzał, kopał. Dziurawił ją niczym jakiś ser. W pewnym momencie zaczął przebijać się przez nią. Odlatywał kawałek i po prostu leciał na czołówę z nią.
Uczeń Haricotto nie był świadomy tego, lecz w pewnym momencie jedno z jego oczu - dokładnie prawe - zmieniło się. Przybrało ono taką samą postać jak za pierwszym razem, gdy uaktywnił swą przemianę.
Odleciał i ze swej prawicy posłał promień przeciwko tej górze.
- HAAA!!!!
Kiedy z tą już skończył ujrzał jak na jej miejscu wyrasta całkiem nowa. Wyglądało na to, że nawet gdyby bardzo chciał to nie mógł zmienić ich liczby. Znaczy, nie obrał sobie za cel zmniejszenie ilości tych gór - a było ich tu naprawdę sporo - jednakże przez to czuł się całkowicie bezradny wobec nich. Czuł się tak jakby wszystko było przeciw niemu i pomimo swych wysiłków nie mógł z tym nic zrobić.Tak jakby ktoś chciał pokazać mu jak bardzo nieznaczący w tym wszystkim był. Była to kolejna rzecz, która drażniła go niemiłosiernie.
Rzucił się na swój następny cel, nie trzeba tłumaczyć co nim było. Nagle i niespodziewanie odezwał się jego żołądek, który domagał się jedzenia. W sporych ilościach. Kiedy on sam starał się jakoś uspokoić - co w ogóle nie wychodziło - walcząc z przeciwnościami losu, jego żołądek chciał zostać napełniony. Teraz? W takim momencie? Jakiś parszywy organ chciał mu powiedzieć, iż miał w tym momencie przestać dotychczasowych działań i udać się na posiłek? Nie, nikt mu nie będzie rozkazywał, nawet jego własny żołądek. Rozległo się głośne burczenie, które można byłoby prawdopodobnie usłyszeć w całej Komnacie, gdyby tylko istniało tu echo. Złapał się z całych sił za brzuch i nie był w stanie myśleć już o niczym innym jak o jedzeniu. Tym razem żołądek wygrał, lecz następnym razem nie pójdzie mu już tak łatwo. Aura opuściła ciało młodzieńca, a on sam zaczął się momentalnie uspokajać. Nawet nic nie musiał robić. W momencie wyłączenia przemiany powrócił jego spokój. Już nie był zły na kogokolwiek lub cokolwiek. To było dziwne, bardzo dziwne. Postanowił nad tym zastanowić się nieco później, ponieważ mróz oraz głód nie pozwalały mu na skupienie myśli. Biaława aura obtoczyła go i skierował się już do pałacyku. Leciał na pełnej prędkości, choć i tak zdecydowanie wolniej niż gdy miał odpalaną transformację. Mimo wszystko nie chciał już marnować ki, ponieważ i tak stracił jej bardzo wiele.
Dopiero teraz, kiedy zbliżał się do domku, jego gałka oczna powróciła do normalności.
Wyciągnął jedzenie z lodówki i przygotował coś na szybko.
Zajął się swoim żołądkiem, więc mógł zastanowić się nad tym co miało niedawno miejsce. Kiedy uruchomił swoją transformację zaczął zachowywać się inaczej. Zaczął po prostu denerwować się na wszystko bez w sumie większego powodu. Doszło przecież nawet do tego, że zagroził Kurisu - który dalej się nie pojawił - choć może nawet tego nie usłyszał. Co jednak ciekawe nie zaczął tak zachowywać się od razu. Dopiero z czasem jego złość urosła do takich rozmiarów. Nie miał pojęcia jak to wytłumaczyć. Nic z tego nie rozumiał. Domyślał się jednak, że transformacja ta miała bezpośredni wpływ na niego. Gdy nie przebywał w niej zachowywał się tak jak zawsze. Kiedy jednak ją odpalał stawał się bardziej agresywny. Dlaczego jednak teraz wszystko pamiętał, a za pierwszym razem nie? Aymi powiedziała mu, iż zachowywał się wtedy jak zwierzę. To by oznaczało, iż jego pierwsza przemiana znacznie różniła się od tej teraz. Jednakże to nie wyjaśniało tego, że nic nie pamiętał. Póki co najważniejszym było to, że nikomu nie zrobił krzywdy. Choć jedyną osobą, której mogłoby się coś stać był Saiyanin. Tego jednak nie spotkał. Może to i lepiej? Nie było wiadomym do czego mógł się posunąć nasz bohater w tamtym momencie. Trzeba było mieć także na uwadzę to, iż następnym razem brunet może chcieć w takim stanie wyjść z Komnaty. W stanie, kiedy nad sobą nie panuje. Miejmy jednak nadzieję, że nawet jeżeli doszłoby do takiej sytuacji to opamiętałby się za nim zrobiłby coś nierozsądnego. Co do ucznia Staruszka Kame. Prawdopodobnie opuścił on Komnatę Ducha i Czasu, kiedy Ryu spał. To by wyjaśniało dlaczego nie można było nigdzie go odnaleźć. To wydawało się być najpewniejszą opcją. Jeżeli tak było to mógł on chociaż powiedzieć o tym. Dzięki temu oszczędziłby Ziemianinowi tego całego zamartwiania się o niego. Młodzieniec był zły. Zmarnował bardzo wiele czasu na jakieś poszukiwania, które prawdopodobnie nawet nie były potrzebne. Postanowił jednak poczekać kilka dni. Jeżeli do tego czasu wojownik nie pojawi się to bohater nasz uzna, że opuścił Komnatę.

Nic, zero. Minął miesiąc i od tamtej pory Saiyanin nie dał żadnego znaku życia. Wyglądało na to, że opuścił on pałacyk pozostawiając swego przyjaciela samego. Pytanie brzmiało: dlaczego zdecydował się zrobić to? Czyżby po prostu nie wytrzymał dłużej? A może nie mógł on siedzieć tutaj, gdy na błękitnej planecie znajdowali się jacyś najeźdzcy? Cóż, Ziemianin zamierzał pozostać na całym treningu choć teraz na pewno będzie mu bardzo ciężko wytrzymać. Znajdował się tutaj całkowicie sam, nie było nikogo z kim mógłby porozmawiać. Był zmuszony trenować tutaj w samotności przez kilka następnych miesięcy. Minęło ich dopiero pięć, a miał wytrzymać dwanaście. Postanowił w końcu zabrać się za rozgrzewkę.
Kiedy zszedł z kafelków czuł się dosłownie tak, jakby grawitacja znajdująca się tutaj była dokładnie taka sama jak ta na błękitnej planecie. Czuł się lekko, bardzo lekko. Jakiekolwiek wcześniejsze obciążenie nie stanowiło dla niego aktualnie przeszkody. Ciężko było teraz powiedzieć o jakimś obciążeniu, ponieważ nie było ono wyczuwalne. Nie czuł już absolutnie niczego. Stał się bardzo silny. Zrobił olbrzymie postępy od czasu, gdy pierwszy raz tu wszedł. Na początku ledwo mógł ustać na nogach. Chodzenie zaś było niesamowicie trudne. Teraz stał dumnie wyprostowany z uśmiechem na twarzy. Podobało mu się to. Podobało mu się, że tak bardzo urósł w siłę. Stał się silniejszy jak nigdy dotąd. Jednakże musiał trenować dalej. Nie mógł osiąść na laurach. Musiał wciąż się wzmacniać, aby być coraz mocniejszym. Musiał być na tyle silny, aby móc ochronić tych, których kocha, lecz i nie tylko. Chodziło tutaj o całą Ziemię. Tak więc musiał być na tyle silny, aby móc chronić tę planetę. Planetę, która była jego domem. Stanie się silniejszy. Stanie się na tyle silny, aby już nikt nigdy, żaden przedstawiciel obcej rasy nie mógł jej zagrozić.
Zakończył rozgrzewkę, po czym zaczął sobie od biegu wokół pałacyku. Ciekawiło go co mogli robić pozostali w tym momencie. Mama razem z siostrami najpewniej siedziały w domu tak jak zawsze. Być może wuj Hiro złożył im właśnie wizytę? Kazuma najpewniej pomagał swym rodzicom zbierać plony na gospodarstwie. Aymi najpewniej poleciała do Tensy i już mogła wracać do Wszechmogącego. Sama lub nie. Na myśl o ogoniastej bohater nasz poczuł się dziwnie. Chociaż "dziwnie" to może nie zbyt dobre słowo do opisania jego odczuć. Czuł się po prostu inaczej. Czuł się tak samo, gdy leciał do pałacu Wszechmogącego. Tym razem jednak uczucie to było silniejsze. Czym ono dokładnie było? Nigdy wcześniej nie czuł czegoś takiego w stosunku do osoby, z którą nie łączyło go nic poza przyjaźnią. To było coś tajemniczego, coś czego nie potrafił wytłumaczyć. Tęsknił za swą rodziną, za przyjaciółmi. Najchętniej to by tak naprawdę wyszedł stąd w celu zobaczenia się z każdym. To był już piąty miesiąc, kiedy przebywał tutaj i pierwszy, od kiedy pozostał sam. Jednakże on miał wrażenie jakby był zamknięty już cały rok. Wcześniej mógł przynajmniej pogadać z Kurisu, lecz teraz nie miał już takiej możliwości. Był sam, nikt mu już nie towarzyszył. Nie miał do kogo się odezwać, z kim wymienić się jakimiś spostrzeżeniami. W pewnym momencie każdy dzień zdawał się trwać w nieskończoność. Ta cała samotność była okropna. Dałby bardzo wiele, aby móc się zobaczyć z kimkolwiek. W zasadzie to mógłby stąd zwyczajnie wyjść, nie musiałby się męczyć. Pomimo swych ogromnych chęci, nie mógł tego zrobić. Nie mógł wyjść, musiał zostać. Jeżeli wyszedłby teraz to byłby zbyt słaby. Fakt, jego siła znacznie wzrosła odkąd tu wszedł i był aktualnie na znacznie innym poziomie. Gdyby jednak zdecydował się wyjść teraz to mógłby później żałować takiej decyzji. Nie byłby tak silny jak wtedy gdy zostałby ten cały rok. Tak więc musiał zostać, aby nie zmarnować okazji do jeszcze większego urośnięcia w siłę. Mógł wyjść teraz i stracić okazję do dalszego treningu w Komnacie Ducha i Czasu, a co za tym idzie nie urósłby już w siłę lub mógł zostać i wykorzystać cały trening, aby stać się znacznie silniejszym. Innych opcji nie było. Teraz nie za bardzo odpowiadało mu zostanie tutaj samemu, lecz w przyszłości powinien być zadowolonym z tego, jaką podjął decyzję. Narazie jednak musiał mierzyć się z bólem samotności.
- Chciałbym już stąd wyjść. Odkąd nie widziałem się z Kurisu nie ma nikogo z kim mógłbym porozmawiać...
Nie wiedzieć czemu, lecz to brak rudowłosej chyba najbardziej dobijał naszego bohatera. Za innymi także tęsknił, lecz nie tak jak za nią. Chciał, aby chociaż ona tu była. Mogłaby uzupełnić tę pustkę, która się pojawiła. Dlaczego tego pragnął? O co w tym wszystkim chodziło? Czy miało to jakiś związek z tym uczuciem, którego nie rozumiał? Im dłużej o tym myślał to tym bardziej dochodził do wniosku, że była dla niego już kimś więcej niż tylko przyjaciółką. Odkąd go pocałowała zaczął czuć coś czego wcześniej nie doświadczał.
- Czy ja się... zakochałem?
A może po prostu zaczęło mu odbijać z tej samotności? Może zaczął wmawiać sobie rzeczy, które nie miały tak naprawdę miejsca? Postanowił w końcu potrenować, aby sobie już nie zawracać tym głowy. Jeżeli taki stan rzeczy będzie utrzymywał się jeszcze przez kilka dni to by oznaczało, że przyjaźń przeistoczyła się w coś więcej. W coś znacznie więcej.
Zaczął od biegu wokół pałacyku. Teraz, gdy już nie musiał martwić się tą grawitacją mógł biegać bez najmniejszych przeszkód. Nawet z temperaturą nie miał już takich strasznych problemów. Aktualnie czuł, że jest tu ciepło i nic poza tym. Tak jakby mieszkał tutaj od zawsze, a prawda była taka, iż przebywał tutaj tylko parę miesięcy. Cóż, to było oczywiste, że prędzej czy później organizm jego przywyknie do tychże warunków. Do grawitacji oraz duchoty bądź mrozu. Gdyby jednak zdecydował się oddalić od pałacyku to faktem było, że natknąłby się na temperatury wykraczające poza jego wyobrażenie. Przyzwyczaił się do tych tutaj. Gdyby chciał zwiększyć poziom to w każdym momencie mógłby wyruszyć w krótką podróż. Jednakże wciąż wolał pozostać tutaj.
Położył się na podłodze, rozstawił szeroko nogi i podniósł się używając tylko prawej ręki, lewa zaś położona była na plecach. Po wykonaniu pierwszej pompki przeszedł do kolejnej. W momencie, w którym ręka jego zaczynała wysiadać zmienił ją na drugą kontynuując ćwiczenie.
Przybrał pozycję do tak zwanej "deski" i spoglądając na zegar starał się wytrzymać określony czas, jaki sobie nadał. Postanowił zająć czymś swój umysł, aby nie być skoncentrowanym na bolących mięśniach, co z kolei pomagało mu wytrzymać nieco dłużej. Do jego głowy od razu wkradła się myśl o ogoniastej. Mimo, iż nie był do końca pewny co do swoich uczuć to wszystko wskazywało na to, że się zakochał.
Na koniec swego dzisiejszego treningu przystąpił do walki z cieniem.

Nastał kolejny już dzień, który poświęcony miał zostać treningowi. Nim jednak się za to zabrał zajął się rozgrzewką. Była ona niezwykle ważna, dzięki niej można było odpowiednio rozgrzać mięśnie przed wysiłkiem, który miał nastąpić.
Stanął sobie na rękach i - starając się łapać tak jak zawsze pion - zaczął okrążać domek. Na początku wykorzystywał do tego całe dłonie, lecz z czasem używał już tylko paru palców. Łapanie równowagi było teraz znacznie trudniejsze.
Zatrzymał się, zabrał lewą rękę i utrzymywał cały ciężar swego ciała w pionie przy użyciu tylko swej prawicy. Kiedy poczuł, że już dłużej nie będzie mógł się utrzymać, najzwyczajniej w świecie zmienił rękę. Wtem usłyszał charakterystyczny dźwięk otwieranych drzwi. Był on tak głośny, że z całą pewnością rozniósł się po całej okolicy.
- Huh?
Przecież jeszcze nie minął rok wewnątrz. Może zdarzył się jakiś niespodziewany wypadek i Ryu musiał być potrzebny na zewnątrz? Być może ktoś miał do niego dołączyć? Postanowił na razie przerwać ćwiczenie i sprawdzić o co chodziło. Jednakże to co zobaczył całkowicie zbiło go z tropu. Otóż, kiedy przeszedł do sypialni jego oczom ukazały się zamknięte drzwi. Jak to mogło być możliwe? Przecież doskonale słyszał jak otwierały się. Odpadała opcja tego, że mogły one zostać przed chwilą zamknięte, ponieważ gdyby tak się stało to ponownie rozległby się odgłos skrzypiących drzwi. Nic tu nie miało sensu. Dokładnie wszystko słyszał, więc nie mogło być opcji, aby się przesłyszał. Postanowił rozglądnąć się po pałacyku, aby mieć pewność czy na pewno był tutaj sam.
- Chyba naprawdę musiałem się przesłyszeć.
Do takiego wniosku doszedł, kiedy zrozumiał, że nie było tutaj nikogo poza nim. Zszedł na białą powierzchnię w celu kontynuowania swego treningu.
Kolejnym ćwiczeniem były przysiady pistoletowe. Były one znacznie trudniejsze od tych zwykłych, ponieważ w tym wszystkim udział brała tylko jedna noga, a poza tym należało zejść najniżej jak to było możliwe. Wykorzystywał ją tak długo jak potrafił, po czym zamienił nogi.
Podleciał sobie do pałacyku i złapał się prawą dłonią za krawędź nad wejściem i zawisł. Lewicę schował za plecami i zaczął się podciągać. Zmienił rękę w momencie, kiedy jego prawa miała już dość.
Ostatnią rzeczą na dzień dzisiejszy miało być zwiększanie swej szybkości. Uderzenia oraz kopnięcia wykonywał na pełnej szybkości. Nie przywiązywał dużej uwagi do tego, aby wykonywać je technicznie, ponieważ nie o to chodziło.

Tego dnia postanowił pomedytować, aby dać mięśniom czas na regenerację. Usiadł sobie na schodkach w siadzie skrzyżnym, ręce położył na udach, a dłoń na dłoni i połączył kciuki. Na sam koniec zamknął oczy.

Zbił pięść, która wymierzona została w jego głowę. Mężczyzna chciał kopnąć go w bok, lecz Ziemianin odskoczył do tyłu wykonując salto w powietrzu, lądując kilka metrów dalej. Młodzieniec podleciał do swego sparingpartnera z zamiarem sprzedania mu ciosu w brzuch. Haricotto zbił pięść, po czym sam chciał zaatakować uderzając w głowę naszego bohatera. Nie doszło to do skutku, ponieważ brunet zablokował uderzenie swego mistrza. Chłopak cofnął się do tyłu, po czym wykonał obrót w celu kopnięcia ogoniastego piętą. Saiyaninowi udało się zablokować stopę tuż przed tym jak spotkała się ona z jego głową. Młodzieniec wykonał wyskok po czym przymierzył się do kopniaka w głowę. To także się nie udało ze względu na to, że mężczyzna uchylił się przed zagrożeniem. Wojownik wykorzystał okazję i kiedy jego uczeń lądował to ten podbiegł do niego i sprzedał mu cios w głowę, czego ten drugi w ogóle się nie spodziewał. Głowa bruneta poleciała delikatnie w bok, a on sam podczas lądowania nie mógł złapać równowagi i mimowolnie wykonał delikatny obrót odwracając się plecami do swego oponenta. W tym samym czasie ogoniasty przeskoczył nad swym przeciwnikiem i wylądował tuż przed nim wbijając się kolanem w jego brzuch. Młodzieniec zgiął się nieco, a Saiyanin sprzedał podbródkowego Ryu przez co został delikatnie wyrzucony w powietrze. Mężczyzna podleciał do chłopaka i łapiąc go oburącz cisnął nim wzdłuż ziemi. Kiedy w końcu bohater nasz zatrzymał się w locie zauważył kilka pocisków ki, które po chwili spotkały się z nim.

Nastąpił wybuch, który zatrząsł całym domem. W miejscu, w którym wcześniej znajdowały się drzwi widniała teraz gigantyczna dziura. Za chmurą dymu można było usłyszeć stawiane powoli kroki.
- Kim jesteś?! Pokaż się!
Wykrzyczał mężczyzna będący od razu w gotowości do walki. Po chwili z dymu wyłoniła się postać bruneta odzianego w białe gi, a na czole jego znajdowała się niebieska chusta. Obtoczony był przez mleczną aurę w towarzystwie czerwonych wyładowań elektrycznych. Unosiła jego ciuchy delikatnie ku górze.
- Ryu?! Co ty wyprawiasz?!
On jednak zdawał się nie słyszeć jego słów. Tak jakby był na nie po prostu głuchy. Póki co jednak stał on jak najzwyklejszy słup soli przyglądając się Hiro. Do obu wojaków dołączyła kobieta, która chyba nie powinna tutaj być nawet przez sekundę. Możliwe, iż była zbyt ciekawa całym zajściem i postanowiła sprawdzić co tu się dzieje.
- Co ty tu robisz?! Miałaś się schować razem z dziewczynkami!
- Przecież to tylko Ryu, nic nam nie grozi.
- Nie, mylisz się.
- Co masz na myśli?
- Posłuchaj, nie wiem co mu się stało, ale nie wygląda to dobrze.
- Synku, wszystko w porządku?
- On Cię nie słyszy.
- Co?
- Policzę do trzech, a wtedy masz uciec i schować się w piwniczce, rozumiesz?
- Ja...
- Pytam czy rozumiesz?!
- T-Tak...
- Dobrze. Raz... Dwa...
Mężczyzna ruszył na swego dawnego ucznia rozpoczynając starcie.
- Trzy!
Kumiko natychmiastowo rzuciła się w ucieczkę opuszczając korytarz, pozostawiając wojowników samych. Kiedy to Hiro podleciał do swego bratanka w celu sprzedania mu ciosu w twarz, on sam został za nią złapany lewicą naszego bohatera, który w następnej kolejności wymierzył mu cios w brzuch. Uderzenie to było tak potężne, iż sprawiło że cała ręka Ziemianina bez najmniejszych problemów przebiła się przez ciało Hiro. Wypluł on spore ilości krwi, które wylądowały na dłoni chłopaka. Bestia wyciągnęła zakrwawioną rękę i odrzuciła na bok ciało, z którego powoli wyparowywało życie. Brunet przebił się przez sąsiednią ścianę docierając do kuchni. Pobiegł w stronę drzwi wbijając się w nie i wyrywając je z zawiasów. Zatrzymał się, drzwi zaś poleciały w ścianę zderzając się z nią. Zauważył kobietę, która otwierała właśnie jakąś klapę w podłodze. Bestia podleciała do swej ofiary, a następnie złapała ją za włosy i rzuciła w ścianę.
- Nie! Mamu...
W tym właśnie monencie klapa opadła. Przedtem jednak można było usłyszeć parę dziewczęcych głosów. Kumiko zderzyła się ze ścianą, następnie zaliczyła spotkanie z podłogą. Niestety było to dla niej zbyt wiele, ledwo mogła się podnieść. Oparta o ścianę zaczęła kierować się do innego pomieszczenia chcąc uciec przed napastnikiem. Jednakże to jej nie mogło się udać, ponieważ nagle i niespodziawanie przed nią pojawił się jej pierworodny.
- Nie! Zostaw mn...
Nie dokończyła ze względu na to, iż z jej twarzą spotkała się prawa pięść bruneta. Momentalnie wystrzeliła do tyłu niczym napięta strzała z łuku przebijając się przez ścianę i lodując kilkanaście metrów dalej. Parę sekund później w całym domu rozległ się potężny smoczy ryk, który mógłby przerazić niejednego człowieka. Młodzieniec miał już opuścić pokój, kiedy to do jego uszu dotarł cichy płacz niewiadomego pochodzenia. Po chwili ustał on, a bohater nasz zajął się poszukiwaniem źródła dźwięku. Podleciał do szafy, z której wyrwał lewe drzwi. Zajrzał do środka, lecz nie znalazł nic poza ubraniami. Podszedł do łóżka i podniósł je prawą ręką, jednakże niczego nie znalazł. Znowu. Wyrzucił je za siebie. Podszedł do miejsca, w którym znajdowała się klapa. Zamachnął się lewą ręką i przebił się przez drewno. W tym właśnie momencie do jego uszu zaczęły docierać krzyki, piski. Chwycił za klapę i ją wyrwał. Odrzucił ją na bok, a następnie zeskoczył do dziewczynek. Złapał je za głowy i rozstrzaskał je o siebie. Na ziemi znajdowała się spora ilość krwi oraz pozostałości po głowach.
Wyskoczył z dziury, a potem opuścił pomieszczenie. Zatrzymał się, kątem oka zauważył lustro, na które postanowił spojrzeć. Widział w nim jakiegoś mordercę, kogoś innego choć mogłoby się wydawać, że był to on sam. Oczy jego były zmienione na znacznie inne. U dłoni widniały pazury, a z rąk jego skapywała krew. Uderzył w lustro, które rozbiło się na drobne kawałki.

Obudził się zlany potem próbując złapać oddech. Rozglądnął się, nic się nie zmieniło. Wciąż przebywał wewnątrz Komnaty Ducha i Czasu. Wygląda na to, że musiał to być jakiś koszmar. Okropny koszmar. Dlaczego, dlaczego mu się to przyśniło? Dlaczego dopuścił się w nim czegoś takiego? Chwila, czy to był w ogóle on? Wyglądał podobnie, jednakże różnił się kilkoma cechami. Te oczy, wyglądały inaczej, bardziej dziko, złowrogo. Można było z nich wyczytać tylko jedną emocję. Gniew.Te pazury, kły, nic co mogłoby pasować do człowieka. Gdyby się nad tym zastanowić to być może właśnie tak wyglądała jego pierwsza przemiana? Aura i wyładowania elektryczne pasowały. Jego zachowanie zaś można było przyrównać do tego opisanego przez Aymi. Co miał oznaczać ten koszmar? Czy miało to być jakieś ostrzeżenie? Skoro za pierwszym razem zaatakował Aymi i Jirriego to mogło istnieć prawdopodobieństwo, że mógł się znów tego dopuścić, gdyby ponownie stracił nad sobą kontrolę. Nie, nie mógł do tego dopuścić, musiał  panować nad sobą. Jeżeli pozwoliłby znów objąć nad sobą władzę to mógłby zrobić coś czego napewno później żałowałby. To ta moc. Ta moc próbowała nad nim zawładnąć. Ostatnim razem podczas przebywania w swej transformacji popadał w coraz to większy gniew. Niepohamowany gniew. Chciał jakoś zaradzić temu wszystkiemu, jednakże nie miał pojęcia jak. Co miał zrobić? Nie chciał być zagrożeniem dla pozostałych. Dopóki jednak ta moc będzie panowała nad nim to on sam będzie krzywdził tych, na których mu zależało. Postanowił potrenować, bo i tak nie byłby w stanie zasnąć teraz. Przez ten koszmar nie zmrużyłby oka. Póki co jednak będzie mógł odgonić mroczne myśli.
Wyszedł na zewnątrz i rozpoczął rozgrzewkę. Było zimno, jednakże nie stanowiło to dla niego zbyt dużej przeszkody, przywyknął już do tego. Gdyby jednak zdecydował się oddalić od pałacyku to oczywiście miałby poważne problemy, aby trenować w tak okropnym mrozie, lecz tu nie miał takiego problemu.
Stanął sobie na rękach i zaczął zginać je w łokciach opuszczając  swe ciało do podłoża. Trzeba było pilnować tego, aby zachować pion, ponieważ każda utrata równowagi mogła skutkować upadkiem.
Padł na ziemię i zaczął iść do przodu okrążając domek. Trzymał się nad ziemią te kilka centrymetrów. Poruszanie się takim sposobem było bardzo trudne. Ćwiczenie to było bardzo wymagające. Być może przez fakt, iż nie był przyzwyczajony do takowego sposobu poruszania się.
Na sam koniec postanowił potrenować salta oraz obroty. Nie raz przydało mu się to w walce, więc warto było się skupić na tym elemencie. Najpierw wykonywał jedno salto, z czasem jednak przechodził do kilku. Jednakże musiał wybijać się bardzo wysoko. Z pozycji stojącej zaczął je ćwiczyć w trakcie turlania się po podłożu. W odpowiednim momencie wybijał się rękoma w górę i wykonywał salta.
Wybijał się z jednej nogi i wykonywał w powietrzu obrót trzystu sześćdziesięciu stopni lądując na drugiej nóżce. Na początku wykonywał je stojąc w miejscu. Po dostatecznej ilości powtórzeń wszedł na wyższy level. Przebiegł kawałek i wyskoczył nieco w górę robiąc obrót.
Poczuł, że zaczął łapać go sen, tak więc poćwiczył jeszcze chwilę i udał się na odpoczynek.

Wciąż niepokoił go ten koszmar. Nigdy wcześniej nie doświadczał czegoś podobnego. Dopiero, kiedy uaktywnił swą nową moc zaczęły dziać się z nim jakieś dziwne rzeczy. Było to nieco przerażające. Działo się z nim coś czego nie rozumiał, coś złego. Nie potrafił sobie wytłumaczyć tego wszystkiego. W głębi duszy liczył na to, że rozwiązanie samo się pojawi. Miał nadzieję, że ktoś mu powie o co w tym wszystkim chodziło. Może w trakcie treningu wpadnie na jakiś pomysł?
Zajął się rozgrzaniem swych mięśni.
Ruszył wokół domku. Stwierdził, że urozmaici sobie cały ten bieg. Liczył do dziesięciu i podczas wymawiania każdej cyfry po kolei padał na białą powierzchnię i wykonywał pięćdziesiąt standardowych pompek. Wstawał, biegł przez jakiś czas i ponownie padał. Takim sposobem zrobił ich łącznie pięćset.
Przybrał odpowiednią pozycję do wykonywania przysiadu pistoletowego, lecz nie miał zamiaru ich wykonywać. Zszedł sobie na prawej nodze najniżej jak mógł pozostając w takiej pozycji. Kiedy czuł, że jego mięśnie mają zaraz eksplodować stwierdził, iż jest to odpowiedni moment, aby wstać i zmienić nogę. Niestety nie mógł wstać przy pomocy pojedynczej nogi i przy próbie podniesienia się kończyna nie wytrzymała i padł na tyłek. Ponowił ćwiczenie tym razem jednak wykorzystując drugą nóżkę. Efekt końcowy był dokładnie taki sam, bez zmian.
Nagle przypomniał sobie jak to Kurisu podczas próby opanowania Super Saiyana poddawał się kilkudniowej medytacji. Cóż, Ryu nie zapytał go czy udało mu się, jednakże można było spróbować tego w celu zbadania tej całej mocy, która drzemała w naszym bohaterze. Tak jak to mawiał mistrz Haricotto "Siła umysłu ma wpływ na energię ki". To mogła być cenna wskazówka. Warto było odnieść się do niej i wykorzystać mądrość w niej zawartą.
avatar
Ryu
Maskotka
Liczba postów : 294

Re: Komnata Ducha i Czasu

on Pią Wrz 21, 2018 3:51 am
Do jego uszu dotarł tajemniczy oraz niespodziewany chichot. Wydała go jakaś przedstawicielka płci przeciwnej znajdująca się za nim. Obrócił się, lecz z początku nie zauważył nikogo. Dopiero po chwili dostrzegł czerwony ogon znikający za domkiem. Jak mogło być możliwe to, że był tutaj ktoś jeszcze? Przecież ostatnim razem się przesłyszał. Innej opcji nie było. Skoro w takim razie nikt nie otwierał tych drzwi to jakim cudem mógł się ktoś tu dostać? Była to strasznie dziwna sprawa. Może istniało jakieś inne wejście do Komnaty? A może ktoś wszedł tu przed nim oraz Kurisu? To mogłoby mieć sens, jednakże dlaczego nigdy wcześniej taka sytuacja nie miała tutaj miejsca? Chociaż, być może Saiyaninowi coś takiego się przytrafiło, kiedy to przebywał w nieco dalszych rejonach Komnaty lub gdy bohater nasz spał? Z drugiej strony, nawet jeśli coś takiego mu się przydarzyło to dlaczego o tym nie wspominał? Może nie chciał? Tylko dlaczego miałby tego nie zrobić? Co mogłoby stać na przeszkodzie? Cóż, skoro nikt wcześniej nie poinformował bruneta o czymś takim to zamierzał on obadać to na własną rękę. Wyglądało na to, iż był tu jednak ktoś jeszcze. Tak więc miał szczęście, ponieważ od jakiegoś czasu myślał, że będzie zmuszony trenować w samotności, a teraz miał kogoś z kim będzie mógł to robić wspólnie, a przynajmniej będzie mógł z kimś porozmawiać. Ruszył za pałacyk, jednakże nikogo już tam nie było. O co tu chodziło? Czyżby przed nim uciekała? Nie chciała pokazać się? Dlaczego? Może obawiała się, iż mógł zrobić jej krzywdę? Cóż, niewiadomo. Postanowił dłużej nie zwlekać tylko ruszyć w dalszą drogę. Okrążył domek, lecz nikogo nie spotkał. Co ona wyprawiała? Może bawiła się z nim w jakąś grę? Młodzieniec nie miał na to ochoty, miał ważniejsze rzeczy na głowie niż uganianie się za jakąś dziewczyną. Za dziewczyną, która sama przed nim uciekała. Mimo wszystko nie chciał rezygnować. Był tutaj zbyt długo sam,  aby zmarnować okazję, żeby z kimś porozmawiać. Ponownie okrążył pałacyk nie spotykając nikogo ani niczego na swej drodze. Doszedł do wniosku, iż mogła ona być szybsza od niego, więc nie uda mu się jej tak łatwo złapać. Stwierdził, że powinien zrobić coś czego mogłaby się nie spodziewać. Wzniósł się te kilkanaście metrów ponad pałacykiem, następnie przeleciał nad nim dokładnie wypatrując swego celu, jednakże nie było tutaj nikogo. Najwidoczniej musiała wejść do domku, kiedy był z tyłu. Wleciał do środka, porozglądał się po wszystkich pomieszczeniach, lecz ku ogólnemu zaskoczeniu chłopaka był tutaj sam. Jak to mogło być możliwe? Przecież nie mógł jej zgubić. Odpadała także opcja tego, że był tutaj sam. Doskonale słyszał śmiech oraz widział ten ogon. Nie było możliwości, aby mu się coś pomyliło. Wyszedł na zewnątrz.
- Wiem, że tutaj jesteś, pokaż się! Nie musisz się bać, nie zrobię Ci krzywdy!
Jednakże nikt mu nie odpowiedział. Tak jakby naprawdę nie było tutaj nikogo. Gdyby tak przeanalizować wszystko od początku to można było wysnuć wniosek, iż coś było tutaj nie tak. Mocno nie tak. Usłyszał czyjś śmiech oraz zobaczył jakiś ogon. Przeczesał teren dookoła domku, lecz nikogo nie spotkał. Wnętrze także, poza nim nikt się tam nie znajdował. Nie było nawet możliwości, aby ktokolwiek wszedł podczas ich obecności. Tak więc była tylko jedna możliwość. Ktoś mógł wejść przed nimi. Chociaż, gdyby tak było to przecież prędzej czy później, któryś z trenujących by zauważył jakieś oznaki obecności innej osoby. Takowych jednak nie było, a przynajmniej Ziemianin nic nie znalazł. Istniała także możliwość, iż uczeń staruszka Kame mógł coś wiedzieć na ten temat, jednakże nie wspominał o tym z jakiegoś powodu. Być może jego umysł zaczął płatać mu figle? Ostatnio wydawało mu się, że ktoś miał do niego dołączyć, co jednak nie miało miejsca. Złapał się za głowę prawą ręką starając się poukładać sobie wszystko w głowie.
- Chyba zaczynam tutaj wariować.
Mógł być w takim stanie, że zaczął widzieć i słyszeć rzeczy, które nie miały miejsca. Postanowił na ten czas uznać, iż był to tylko wymysł jego wyobraźni. Jeśli sytuacja taka powtórzy się to oznaczałoby, iż naprawdę miał kogoś do towarzystwa lub już całkiem nieźle zaczęło mu odwalać. To go nieco przygnębiło. Miał nadzieję, że będzie mógł nareszcie z kimś pogadać, a istniało dość duże prawdopodobieństwo, iż był to zwykły wymysł. Coś co nie miało prawa bytu. Potrzebował kogoś. Kogoś do kogo mógłby otworzyć usta. Kogoś kto umiliłby - a przynajmniej sprawił nieco znośnym - mu ten cały pobyt. Nie mógł być to jednak ktokolwiek. Potrzebował kogoś konkretnego. Potrzebował Aymi. Potrzebował jej. Tu i teraz. Pragnął usłyszeć jej głos, ujrzeć ją ponownie. Pragnął przytulić się do niej. Nie, nie przytulić. Dotknąć. Jeden dotyk. Wystarczyłby jeden jej dotyk. Pragnął jej ust. Chciał znów ich dotknąć. Chciał to powtórzyć. To było coś czego wcześniej nie doświadczył. To było coś nowego, a zarazem przyjemnego.
- Ja ją naprawdę kocham.
To nie ulegało żadnym wątpliwościom. Nie była już jego przyjaciółką tylko kimś więcej, znacznie więcej. Była jego ukochaną. Kimś bez kogo nie wyobrażał sobie swej dalszej egzystencji. Chciał przy niej być. Tak blisko jak nigdy wcześniej. Wszystkie dotychczasowe sprawy zeszły na boczny tor. Myślenie o czymkolwiek innym było dla niego niezwykle ciężkie. Wkradła się do jego głowy i nie chciała jej już opuścić.
- Jak ja ją kocham...
To uczucie było tak silne, że nie potrafił się zebrać do kupy. Czuł się tak, jakby każda sekunda była prawdziwą męczarnią. Czuł się tak, jakby zaraz miał umrzeć z tęsknoty. Mógł jednak temu zaradzić. Wystarczyłoby, iż podszedłby do drzwi, chwycił za klamkę, otworzył je i wyszedł. Jednakże nie mógł tego uczynić. Wciąż było coś co musiał załatwić. Tutaj. Miał idealną okazję i nie mógł jej zmarnować. Musiał stać się silniejszy oraz zająć się kwestią swej transformacji. Komnata Ducha i Czasu dawała mu idealną możliwość w tej kwestii, lecz było lepiej nie wchodzić tutaj samemu. Nadszedł czas, aby zająć się tym.

Perfect Angry Aura

Musiał zrozumieć czym dokładnie była jego przemiana. Musiał zrozumieć dlaczego na niego działała w takowy sposób. Gromadziła nadmiar negatywnych emocji podczas przebywania w niej. Możliwe, że cały proces zaczynał się od momentu jej włączenia. Cała złość stopniowo wzmagała się w nim. Przez kilka pierwszych chwil nie odczuwał jej skutków, tak więc należało doprowadzić do stanu, w którym będzie potrafił nad sobą zapanować przez cały czas przebywania w niej. A przynajmniej wydłużyć go. Skutek taki można było odnieść dzięki medytacji - a przynajmniej spróbować to zrobić takim sposobem - tak więc do tego zamierzał przystąpić. Na samym początku usiadł sobie na kafelkach w siadzie skrzyżnym. Ręce swe oparł na udach, położył dłoń na dłoni łącząc kciuki. Zamknął oczy. Starał się oczyścić umysł ze wszystkich zbędnych myśli. Próbował koncentrować się tylko i wyłącznie na swym oddechu. Nic więcej. Tylko wdech i wydech. Bardzo wiele powietrza dostawało się przez jego nodrza do płuc, a następnie powoli wydalał je z siebie przez usta.
Zaczął odczuwać przepływającą w jego żyłach oraz tętnicach krew. Czuł jak przemieszczała się przez całe jego ciało. Czuł swą ki. Czuł cały jej obieg wewnątrz samego siebie. Od najmniejszego palca lewej stopy, aż po czubek swej głowy. Przepływała bardzo spokojnie, powoli. Bez chaosu, nieładu.
Bardzo dobrze czuł jak ciało jego zaczynało drętwieć. Tracił nad nim panowanie, stopniowo przestawał czuć cokolwiek. Powoli tracił kontakt ze światem zewnętrznym oddając się w małą podróż. Jego świadomość traciła na znaczeniu w tym świecie. Czekał go drugi, inny. Udawał się do najgłębszych stref swego umysłu. Tam gdzie mógł odnaleźć odpowiedzi na swe pytania. Gdzie mógł zrozumieć samego siebie. Gdzie mógł zrozumieć swoją własną wewnętrzną naturę. Swoją moc.                    
Otworzył oczy przenosząc się do całkiem nowego miejsca, choć na pierwszy rzut oka przypominało ono Komnatę Ducha i Czasu.
- Huh? Gdzie ja jestem?
Przed jego oczyma rozciągała się biała - zdawałoby się - niekończąca się pustka. Nie było tu niczego ani nikogo. Był całkowicie sam. Spojrzał pod swe nogi. Ujrzał wodę. Jego nogi były postawione na tafli wody, która o dziwo nie odbijała jego wizerunku. Wykonał krok do przodu. Nic. Nic się nie zmieniło. Otoczenie pozostało niezmienne. Wyglądało na to, że przeniósł się do wnętrza swego umysłu. Pytanie brzmiało: co teraz? Udało mu się przedostać do swego wnętrza, lecz nic to nie zmieniało. Nie miał pojęcia, co powinien teraz zrobić. Jak miał  wpłynąć na swą przemianę skoro nic się tu nie zmieniło? Zaczął drapać się wyprostowanym palcem wskazującym prawej dłoni po policzku głowiąc się nad swoim problemem. Po chwili wpadł na pewien pomysł.
- Hmmm... A gdybym tak teraz włączył swoją przemianę? Może coś się zmieni?
Nie miał pojęcia. Mógł tylko liczyć, iż wtedy pojawi się jego problem. Ugiął ręce w łokciach, zacisnął pięści. Napiął mięśnie, zacisnął zęby i rozpoczął kumulację energii.
- HAAA!!!!
W mgnieniu oka wokół jego ciała pojawiła się aura wraz z pierwszymi wyładowaniami.
- No dobra... co teraz?
Zaczął się rozglądać, jednakże nic się nie zmieniło. Było tak jak wcześniej. Może powinien poczekać chwilę? Przecież jego złość wzrastała z czasem. Tak więc ewentualne anomalie mogły pojawić się nieco później. Tak właśnie się stało. Nagle i niespodziewanie poczuł, jakby się zapadał. Momentalnie spojrzał pod siebie. Ku jego ogólnemu zaskoczeniu woda, która wcześniej się tu znajdowała zmieniła swą postać. W zasadzie to raczej nie można było nazwać tego już wodą. Ów substancja była barwy czarnej, w żadnym stopniu nie przypominała poprzedniej. Był w tym już po same kostki i zdawało się, że chciało go to wciągnąć całego. Postanowił uratować się lataniem, więc uniósł się w powietrze. Znaczy się, próbował. Pierwsza próba zakończyła się niepowodzeniem. Nie mógł odlecieć. W zasadzie to nawet nie mógł wystartować. Ta substancja mu nie pozwalała. Tak jakby bardzo mocno go trzymała za nogi, którymi był zanurzony już po połowę łydek. Woda przeistoczyła się w smołę lub w coś podobnego. Musiał spróbować jeszcze raz. Nie mógł pozwolić, aby to coś go pochłonęło. Co jeżeli równałoby się to z jego śmiercią? Co jeżeli umarłby tutaj oraz w świecie realnym? Nie, nie mógł o tym myśleć, musiał się uwolnić jak najszybciej. Szarpnął swoim ciałem do góry próbując się wydostać. Próbował wylecieć w powietrze nie przerywając ani na chwilę. Poczuł jak z każdą sekundą leciał coraz wyżej. Smoła nie chciała zejść z jego nóg, lecz im dłużej Ryu próbował to ty mniej jej na nich pozostawało. Ostatecznie udało mu się. Znajdował się teraz kilkanaście metrów nad cieczą próbując złapać oddech. Akcja ta była dość męcząca, ciężko było pozbyć się tej smoły. Rozejrzał się w celu obadania otoczenia, nie chciał znów zostać zaskoczonym. Póki co jednak nie pojawiły się nowe wyzwania. Jednakże to były tylko pozory. Coś go złapało za prawą rękę, a w zasadzie to owinęło się wokół niej. Spojrzał w tamte okolice, a jego oczom ukazała się macka czarna jak substancja znajdująca się pod nim. Próbował się wyrwać, lecz nie mógł. Była ona dla niego zbyt silna. Nie minęło wiele czasu, a na swej drugiej ręce także poczuł czyjś dotyk. Z jego nogami stało się to samo. Nawet nie zdążył się obejrzeć, a został pociągnięty w kierunku cieczy. Zawisł nad nią kilka centymetrów będąc trzymanym przez cztery macki, które swój początek miały w tej czarnej substancji. Na każdą jego kończynę przypadała jedna macka. Chłopak próbował się szarpać nogami oraz rękami, aby tylko się wydostać, jednakże na nic się to zdało. Były one zbyt potężne dla niego. W dodatku czuł jak z każdą sekundą jego siły upływały z niego. Czuł jak jego ki opuszcza go. Im bardziej próbował się szarpać tym szybciej tracił energię. Dlaczego? Dlaczego jego siły go opuszczały? Nigdy wcześniej nie przechodził przez coś takiego. Czyżby za wszystkim stały te macki? Czyżby osłabiały go one? Czyżby pobierały jego energię? Tak, to mogło być wielce prawdopodobne. Nagle jego aura oraz wyładowania momentalnie zniknęły. On sam zaś czuł się tak, jakby ktoś odebrał mu wszelkie siły. Próba choć poruszenia ręką bądź nogą była dla niego niezwykle męcząca. Ciężko było mu wykonać jakikolwiek ruch. Ręce, nogi miał niczym z waty. Czuł się tak jakby miał je tylko na pokaz. I co teraz?Jak miał sobie poradzić z czymś takim? Nie miał wystarczająco wiele sił, aby się wyrwać. Zresztą, nawet gdyby miał to i tak te całe macki były zbyt mocne dla niego. Nie miałby szans, aby się uwolnić. Co go więc teraz tu czekało? Miał czekać? Tylko na co? Może zaraz umrze? Może byłoby lepiej, gdyby nie rozpoczął swej medytacji? Zauważył, iż ściemniło się. W zasadzie to biel zmieniła barwę na czerń. Bohatera naszego nie otaczała już biała, a czarna pustka. Wciąż czuł, iż był trzymany, to nie uległo zmianie. W takim razie, ciecz prawdopodobnie także nie wróciła do normalności. Nadal musiała znajdować się pod nim smoła. Nagle i niespodziewanie ujrzał w oddali delikatne światło białej barwy. Z każdą sekundą stawało się coraz to intensywniejsze. Czyżby coś zbliżało się do niego? Zrozumiał, że światło to wydzielała aura. Zauważył, iż pośrodku jej znajdowała się jakaś postać. Wyglądała dziwnie znajomo. Dopiero, kiedy zbliżyła się ona wystarczająco blisko, chłopak mógł się jej lepiej przyjrzeć. Jego powieki niesamowicie mocno rozszerzyły się. Nie mógł początkowo uwierzyć w to co widział. Wykraczało to poza jakiekolwiek jego rozumowanie. Zbliżał się w jego stronę młody chłopak o czarnych włosach odziany w białe gi obwiązane czarnym pasem. Na nadgarstkach jego znajdowały się frotki tej samej barwy, zaś na czole widniała niebieska chusta. Przecież to był on sam. Jak mogło to być możliwe? Przecież nie mogło być dwóch Ryu w tym samym miejscu. Zresztą, nad czym się on w ogóle zastanawiał? Przecież znajdował się wewnątrz swojej głowy, a tu mogły dziać się różne rzeczy, na które niekoniecznie mógł mieć wpływ. Tak więc przestał zastanawiać się nad logicznością tego wydarzenia. Brunet wciąż szedł w kierunku naszego Ziemianina i o dziwo temu pierwszemu wcale nie przeszkadzał fakt, iż pod swoimi nogami miał smołę. Wręcz przeciwnie. Poruszał się po niej jak po najzwyklejszej ziemi. Było to dla niego tak proste jak dla naszego młodzieńca, kiedy poruszał się po tafli wody. Kiedy dzieliło ich około pięć metrów, wojak mógł zauważyć coś co wcześniej mu umknęło. Oczy, pazury. To, to były te rzeczy, które ich różniły. Oczy jego kopii wyglądały dokładnie tak, jakby zamienił się nimi z jakimś zwierzęciem. Dopiero po chwili coś sobie uświadomił.
- Zaraz, przecież... przecież to Ciebie widziałem w moim śnie...
Przypomniał sobie wygląd tamtego osobnika. Zgadzał się w stu procentach z jego. Białe gi, niebieska chusta, oczy charakteryzujące się pomarańczowymi białkami wraz z pionowymi źrenicami i brakiem tęczówek, pazury oraz mleczna aura przeplatana czerwonymi  wyładowaniami. Nie było wątpliwości, iż spotkał postać ze swego koszmaru. Dlaczego? W jakim celu? Czego on chciał od niego? O co w tym wszystkim chodziło? Postanowił zapytać, ponieważ nie potrafił odpowiedzieć na to pytanie.
- Kim je...
Nie dokończył, ponieważ poczuł jak coś wbija się z wielką mocą w jego żołądek. Wypluł nieco krwi, która powędrowała na gi jego napastnika. Głowa młodzieńca momentalnie powędrowała w dół. Po chwili w jego stronę został oddany potężny ryk, który zjerzył nieco włosy na głowie ucznia Haricotto. Był on nieco przerażający, lecz nie tak jak cała ta sytuacja. Powinien się domyślić, że jakakolwiek próba rozmawiania z tym czymś będzie bezsensowna. Był on bezmyślną bestią, która działała pod wpływem instynktu. Bestią, która mogła go w każdej chwili uśmiercić. Czuł, że nie wytrzyma kilku kolejnych ciosów. Był bezbronny. Nie był w stanie poradzić sobie w tej sytuacji. Co teraz się z nim stanie? Nie chciał umrzeć, nie mógł, nie teraz. Chciał przeżyć, jednakże nie miał wystarczająco wiele sił. Jak miał sobie poradzić z tymi przeciwnościami losu? W swoim własnym umyśle był bezsilny. Skoro tutaj nie potrafił sobie poradzić z tym, co on sam sobie przygotował to jak miał ochronić innych? Skoro wytwory jego własnego umysłu były w stanie go pokonać to jak miał poradzić sobie z tymi prawdziwymi przeciwnikami? Jak miał poradzić sobie z Belialem? Jak miał poradzić sobie z przeciwnikami, którzy pojawią się w przyszłości? Tak bardzo chciał być silniejszy, zdawało mu się, iż osiągnął już naprawdę wiele, a tymczasem nawet nie potrafił poradzić sobie z czymś co wygenerował jego umysł.
Nagle tuż obok naszych bohaterów pojawił się obraz. Oboje spojrzeli tam. Ów obraz był w zasadzie pewnego rodzaju filmem. Przedstawiał on wszystko co się wydarzyło na Papayi. Wszystko od momentu przemiany naszego bohatera. Widział to wszystko. Widział swymi oczyma jak to wszystko się potoczyło. Jak to rzucił się na swą ukochaną, której na całe szczęście nie stała się wtedy krzywda. Widział jak walczył z Jirrim. Był w jakimś absolutnym szale. Nikogo z nich nie poznawał. Byli wtedy dla niego całkowicie obcy. On mógł ich tam przecież pozabijać. Na całe szczęście udało się go powstrzymać. To wszystko było zasługą Aymi. To dzięki niej powrócił do normalności. Tak naprawdę dopiero teraz zrozumiał jak wiele dla niego zrobiła. Gdyby nie ona, wszystko mogło się potoczyć całkowicie inaczej.
Nastąpiła pewnego rodzaju wizja, wszystko jednak wciąż odbywało się wewnątrz tego obrazu. Widział samego siebie, który właśnie medytował wewnątrz Komnaty. Po chwili wstał, a ciało jego zostało obtoczone przez aurę w akompaniamencie wyładowań. Skierował swe kroki ku drzwiom, a kiedy się przy nich znalazł chwycił za klamkę, a następnie otworzył je. Opuścił Komnatę Ducha i Czasu z zamiarem wydostania się z pałacu. Kiedy wyszedł na zewnątrz czekali tam na niego już  rudowłosa wraz z Kurisu. Na ich twarzach gościły uśmiechy. Uczeń staruszka Kame pomachał swemu przyjacielowi na powitanie. Jednakże ten zamiast odmachać mu podbiegł do niego i przebił się prawicą przez jego ciało. Saiyanin wypluł nieco krwi, która powędrowała na podłogę. Ziemianin po chwili wyciągnął zakrwawioną kończynę i wykopał ciało swą lewą nogą w stronę pałacu. Zatrzymało się kilka metrów przed nim. Następnie wymierzył Aymi cios w głowę swą lewicą. Nie zdążyła ona wykonać uniki przez co oberwała. Wystrzeliła z miejsca zatrzymując się kilkanaście metrów dalej, praktycznie obok krawędzi platformy. Na sam koniec rozniósł się ryk. Ryk tak donośny jakby pochodził z obszaru z poza obrazu. Po chwili nie było po nim ani śladu.                                                                                              
Czym to miało być? Wizją? Dlaczego, dlaczego to widział? Jaki był tego cel? Czy miało to na celu pokazać co się stanie, jeżeli teraz zginie? Czy jeżeli teraz zginie to ta jego kopia opanuje go? Opanuje jego ciało, przejmie je już na zawsze? Czy właśnie to się wydarzyło na Papayi? Czy właśnie w tamtym momencie to on przejął władzę nad ciałem Ryu? Czyżby to nie moc sama w sobie nim zawładnęła, a on? Czyżby za każdym razem, kiedy włączał swą przemianę to stopniowo zamieniali się miejscami? Zdawałoby się, iż tak to wyglądało za pierwszym razem. Świadomość Ziemianina została zamieniona ze świadomością tego bytu. Czym on w zasadzie był? Był jakimś bytem, który żył w czeluściach świadomości naszego bohatera? To w ogóle było możliwe? Nie, nieważne. To już nie było ważne. Nie było ważnym to kim był. Nie było ważnym to jak wyglądał. Nic z tych rzeczy nie było ważne. Nadszedł czas to zakończyć. Zakończyć raz na zawsze. Nie mógł tu umrzeć. Nie mógł zostać pokonany. Musiał walczyć, musiał się uwolnić. Musiał powstrzymać to szaleństwo. Jeżeli zginąłby tutaj skazałby wszystkich na śmierć. Wszystkich, których kochał. Nie, nie miał zamiaru pozwolić na to. Obiecał sobie, że już nigdy więcej nikt nie umrze, że ochroni wszystkich. Zamierzał dotrzymać tej obietnicy. Nikt, nawet ktoś siedzący w jego własnej głowie nie zagrozi jego rodzinie, przyjaciołom. Na początku jednak musiał się uwolnić. Na samym początku rozluźnił się. Wbrew wszelkiemu zmęczeniu napiął wszystkie mięśnie do granic wytrzymałości.
- Obiecałem sobie, że już nigdy... nigdy więcej nikt nie zginie... Nie mam zamiaru kolejny raz stracić bliskie mi osoby... Nie pozwolę, żeby ktoś taki jak ty moimi własnymi rękoma skrzywdził kogokolwiek kogo kocham! Już nigdy więcej nie przejmiesz nade mną władzy! Pokonam Cię!
Z jego ciała wystrzeliła biała aura. Pomimo tego, że czuł jak jego energia jest pochłaniana to on tylko jeszcze bardziej, jeszcze więcej wydzielał jej. Pojawiły się pierwsze wyładowania elektryczne, a on sam zaczął się szarpać rękami i nogami w celu uwolnięcia się. Bestia, która początkowo cofnęła się podbiegła z powrotem do ucznia Haricotto i zaczęła go okładać po brzuchu. Pomimo zmęczenia i doznawanych obrażeń, brunet nie poddawał się. Nie mógł, nie teraz. Nie teraz, kiedy odnalazł w sobie całkiem nową siłę. Musiał to kontynuować. Musiał zerwać swe kajdany. Ograniczały go. Były przeszkodą stojącą na jego drodze. W tym właśnie momencie wzniósł się na wyżyny swych możliwości. Wyzwolił swój ostatni ładunek energetyczny. Była to jego ostatnia, a zarazem jedyna opcja. Tej ki było już tak wiele, iż macki, które ją pobierały zwyczajnie nie nadążały, przez co zaczęły pojawiać się w nich szczeliny przepełnione białym jaskrawym światłem. Uścisk ich stał się momentalnie słabszy, co tylko jeszcze bardziej skłoniło młodzieńca do wyrwania się. Bestia zauważając, iż jej działania nie przynoszą skutków, więc cofnęła się. Z każdym szarpnięciem myślał o swoich najbliższych. Myślał o tych, których może, a w zasadzie  to musi ochronić. Musi ochronić ich przed nim, przed samym sobą. Musiał pokonać samego siebie, aby stać się silniejszym. Musiał przezwyciężyć swe słabości. Właśnie to zamierzał zrobić. Macki zaczęły pękać, a parę sekund później uczeń Haricotto wyzwolił się. Padł na tę smołę opierając się rękoma, próbując złapać oddech. Ku jego zaskoczeniu nie zapadał się. Już nie miał takiego problemu. W momencie, w którym uwolnił się coś się zmieniło. Zaczęło się przejaśniać. Ciecz stopniowo zaczęła powracać do swej poprzedniej postaci. Po paru chwilach wszystko było tak jak dawniej. Powróciło do stanu sprzed włączenia jego przemiany. Przetarł wewnętrzną częścią prawej dłoni twarz z potu. Czuł się słabo, bardzo słabo. Nie miał siły się poruszyć. Aura zniknęła w momencie, kiedy się uwolnił, stracił na to praktycznie wszystkie pokłady ki. Jednakże to nie był jeszcze koniec, spojrzał w górę. Kopia podeszła do niego wyczuwając okazję na pozbycie się rywala. Zamachnęła się prawą ręką będąc gotową zadać ostateczny cios. Nastąpił potężny podmuch wiatru, który odrzucił zagrożenie z dala od młodzieńca. Wraz z tym podmuchem do naszego bohatera powróciły wszystkie siły, cała energia, którą stracił. Czuł się jak nowo narodzony. Nawet nie odczuwał już tych wszystkich ciosów, które dotychczas otrzymał. Wiedział, że odzyskał to co zostało mu uprzednio zabrane, aby mógł zakończyć to teraz. Możliwe, iż to wszystko było jednym wielkim testem. Testem zaplanowanym przez kogoś. Być może przez jego świadomość? Ciężko powiedzieć. Tego nie wiedział, jednakże wiedział jedno. Wiedział, że znajdował się przed nim jego przeciwnik. Przeciwnik, którego musiał pokonać. Zamierzał to zrobić. Wiedział, iż sobie poradzi, przeciwstawił się własnej niemocy. Zrzucił kajdany, pokonał własne słabości, ograniczenia. Wstał i jego ciało mimowolnie zostało obtoczone przez aurę wraz z wyładowaniami. Tak jakby jego ciało samo doskonale wiedziało co tu się zaraz miało rozpocząć i zgromadziło energię czy coś w tym guście. Nie zastanawiał się nad tym już dłużej. Przyjął swą pozycję bojową. Ustawił się bokiem do przeciwnika, prawą rękę trzymał blisko tułowia, lewą zaś nad udem. Był już gotowy, nadszedł czas rozpocząć starcie.                                                                              
No i ruszył, podskoczył do swego oponenta. Zamierzał sprzedać mu cios w brzuch, lecz ten odskoczył w bok. Brunet podbiegł do niego, zamarkował uderzenie w głowę i po chwili wyprowadził cios w brzuch, tak jak planował. Bestia jednak spróbowała od razu po tym wykonać kopniaka w głowę, co nasz bohater zablokował. Ryu odskoczył do tyłu wykonując salto. Wylądował kilka metrów dalej i wystrzelił w kierunku swego oponenta trzy blasty. Bestia wybiła się za pomocą rąk i nóg unikając zagrożenia. Ruszyli naprzeciw siebie, a kiedy znaleźli się w wystarczającej odległości przeszli do wymiany ciosów. Uczeń Haricotto kopnął oponenta w lewy bok, jednakże temu drugiemu udało się wykonać kopnięcie w głowę. Poskutkowało to tym, iż głowa Ziemianina powędrowała w bok. Bestia wykorzystała okazję i wymierzyła jeszcze trzy ciosy. Dwa w brzuch i jeden w głowę. Podskoczyła z zamiarem sprzedania kopa, jednakże to chłopakowi udało się już zblokować. Brunet przykucnął, a następnie podciął swego przeciwnika, złapał go następnie oburącz za prawą nogę. Wykonał karuzelę i cisnął nim wzdłuż wody. Ruszył za nim i chciał go uderzyć ciosem od góry, jednakże bestia ogarnęła się w locie i złapała rękę swą lewą dłonią. Uderzyła naszego bohatera wolną ręką w brzuch. Złapała go za twarz i sprzedała kop kolanem ponownie w brzuch. Wykonała śrubę wciąż trzymając go za twarz będąc w powietrzu i rzuciła Ziemianina w bok. Ten po kilku chwilach lotu doszedł do siebie zatrzymując się. Zauważył przeciwnika, który zbliżył się do niego chcąc kopnąć go w głowę, jednakże ten zblokował to. Kopnął on kolanem kopię w brzuch, a następnie przymierzył się do kopnięcia w głowę. To jednak nie doszło do skutku, ponieważ bestia padła na wodę niczym pies. Wybiła się za pomocą rąk i nóg uderzając prawym prostym w głowę chłopaka. Cofnął się on nieco do tyłu otrzymując przy okazji cztery ciosy. Trzy w twarz oraz jeden w brzuch, a tuż po tym kopniaka w lewy bok. Uczeń Haricotto był zmuszony się wycofać, ponieważ zaczął mieć małe problemy. Odleciał do tyłu próbując na razie trzymać swego oponenta na dystans, a przy okazji złapać oddech. To jednak nie mogło się udać ze względu na fakt, iż bestia od razu ruszyła za swym przeciwnikiem. Znalazła się tuż przy nim wymierzając cios w głowę, lecz udało się zbić tę pięść młodzieńcowi. Zatrzymał się, a kiedy bestia spróbowała kopnąć go w prawy bok ten cofnął się o kilka kroków do tyłu w celu znalezienia się poza jej zasięgiem i z obu dłoni posłał cztery pociski ki. Spotkały się one ze swoimi celem, co zasygnalizowały wybuchy oraz powstały dym. Jednakże Ziemianin nie spodziewał się, że  jego oponent wyleci z chmury wprost na niego przez co zebrał prawego sierpa w głowę. Poszła ona w bok, a sam wojownik cofnął się trochę. Nadeszły trzy ciosy w brzuch, którymi ofiarą padł Ziemianin. Miał paść czwarty, lecz ten udało się zablokować. Chłopak odwzajemnił się dwoma ciosami: jednym w brzuch oraz drugim w głowę. Odskoczył do tyłu, a następnie podbiegł ponownie do oponenta, wyskoczył i kopnął go w głowę lewą nogą. Kiedy spadł na wodę wykonał obrót i strzelił kopię piętą prawą nogą w to same miejsce. Po tej akcji przeciwnik wykonał mały obrót starając się utrzymać na nogach. Ryu stwierdził, iż wykorzysta okazję i podciął kopię. Złapał ją oburącz za lewą nogę i po karuzeli wyrzucił ją w powietrze. Ruszył tuż za nią, złożył ręce w młot i uderzył ją w głowę posyłając w kierunku wody. Kiedy spadała, chłopak wystawił ręcę i posłał w jej kierunku dziesięć pocisków ki z obu rąk, czyli po pięć z każdej. Uderzyła w taflę wody rozpryskując ciecz na wszystkie strony. Młodzieniec uniósł ręce wraz ze skrzyżowanymi dłońmi nad głowę i zaczął kumulować energię.
- HAAA!!!!
Żółty promień pomknął w kierunku przeciwnika. Nie zdążyła ona jednak uniknąć zagrożenia, tak więc oberwała. Nagle i niespodziewanie zauważył kątem prawego oka jak obok niego pojawiła się jakaś tajemnicza kula, wręcz bańka dość dużych rozmiarów. Byłaby on w stanie zmieścić w sobie dorosłego człowieka. Nie miał pojęcia skąd, lecz wiedział, że powinien wrzucić tam swego przeciwnika. W momencie, w którym bestia wstała i ogarnęła się odnajdując naszego bohatera w towarzystwie tejże kulki zaczęła zwyczajnie uciekać. Tak jakby coś ją przeraziło. Tak jakby wiedziała, że bąbel ten mógł przyczynić się do jego porażki. Nie tracąc czasu, brunet ruszył za uciekinierem. Znalazł się po chwili tuż przy nim i sprzedał mu cios lewą ręką od góry w głowę. Wyleciał przed niego, a następnie wbił się kolanem prawej nogi w jego głowę. Zatrzymało to całkowicie go w dalszej podróży. Uczeń Haricotto sprzedał mu dwa ciosy w brzuch. Następnie kopnięciem trafił go w lewy bok. Po tym kopnięciu sprzedał mu kopa prawą nogą w głowę, która odleciała nieco w bok. Sprzedał mu w głowę lewego sierpa, a potem od razu prawego. Podskoczył i wykonał kopnięcie prawą nogą, które całkowicie zwaliło bestię  z nóg. Znaczy się, jeszcze nie wygrał, jednakże zmusił swego oponenta do upadnięcia na jedno kolano. Nagle i niespodziewanie wybiła się ona rękoma oraz nogami chcąc sprzedać naszemu bohaterowi uderzenie w twarz którego w ogóle się nie spodziewał. Zamierzała kopnąć go w głowę lewą nogą, lecz udało mu się zablokować ów kończynę. Korzystając z okazji, iż noga jego przeciwnika jeszcze znajdowała się w powietrzu ten zdecydował się podciąć go. Następnie złapał go za fraki i wykonując potężny zamach posłał w stronę bąbla. Skumulował w swej prawicy energię.
- HAAAA!!!!                                                
Promień dopchał bestię do kuli. Bańka rozbłysła jasnym białym światłem, a gdzieniegdzie wokół niej pojawiały się wyładowania elektryczne złotej barwy. Stała się ona białą lewitującą kulą. Cóż wyglądało na to, że walka się skończyła.
Dopiero teraz zauważył on jedną ciekawą rzecz. Czuł się dobrze. Pomimo przebywania w swej przemianie nie odczuwał złości. Był spokojny. Spokojny tak jak nigdy wcześniej. Nie martwił się niczym. Czuł, że coś się w nim zmieniło, tuż po tym, gdy ta kula pochłonęła jego przeciwnika. Czuł, iż odkrył w sobie coś nowego. Coś czego nigdy wcześniej nie doświadczył. Czuł się tak jakby ktoś podarował mu coś całkiem nowego. Ryu nie miał pojęcia, jednakże to w czym aktualnie przebywał nie było już jego dawną przemianą. Było to coś absolutnie nowego. Coś silniejszego i piękniejszego. Były to złote wyładowania elektryczne. Krwisty  kolor odszedł w zapomnienie.Wszedł na nowy poziom.

Otworzył oczy. Wstał. Nie miał pojęcia ile czasu minęło podczas jego medytacji. Kilkanaście godzin, a może parę dni? To nie było jednak ważne w tym momencie. Ważniejsze było to, co udało mu się osiągnąć. Zamknął oczy, rozluźnił się i wykonał głęboki wdech. Jego ciało zostało obtoczone przez mleczną aurę w akompaniamencie złotych błyskawic. Myśli jego były czyste, niezakłócone żadnymi negatywnymi emocjami, przemyśleniami. W jego wnętrzu panował spokój oraz harmonia.
- Nazwę to... - w tym momencie zatrzymał się, aby wpaść na jakąś dobrą nazwę - Złotymi Błyskawicami Opanowania.
Wydawało mu się, iż  będzie to dobra nazwa. Zresztą, na nic innego nie potrafił wpaść.


Ostatnio zmieniony przez Ryu dnia Wto Lis 13, 2018 12:23 am, w całości zmieniany 5 razy
avatar
Ryu
Maskotka
Liczba postów : 294

Re: Komnata Ducha i Czasu

on Nie Wrz 23, 2018 9:59 pm
Dysk początkowo niewielkich rozmiarów zaczął rozrastać się. W mgnieniu oka powiększał  się zyskując dodatkowych centymetrów. Z każdą dawką energii, którą chłopak w niego przelewał stawał się coraz to pokaźniejszy. Miał on już długość około metra, tak więc młodzieniec przerwał. Uważał, iż jest to wystarczająca długość. Zamachnął się i posłał swój atak przed siebie. Wyglądało na to, że to by było na tyle. Udało mu się opanować dzisiejszego dnia całkiem nową technikę. Różniła się ona znacznie od wszystkiego czego dotychczas się uczył. W zasadzie to wszystkie jego techniki były promieniami energetycznymi pomijając blasty, które były kulami. Tym razem nauczył się wytwarzać dysk ze swej ki. Był to kolejny atak, który mógł uratować mu skórę, gdyby nie mógł używać jednej z rąk lub zaskoczyć oponenta, który niekoniecznie mógłby spodziewać się czegoś takiego. Choć oberwaniem czymś takim nie należałoby raczej do rzeczy zbyt przyjemnych. Utrata ręki bądź nogi nie była niczym fajnym. Tak przynajmniej miało to wyglądać w teorii. Oponent miał zostać pozbawiony jednej z kończyn lub głowy przy odrobinie szczęścia. Zdawało się być to najniebezpieczniejszą techniką bruneta. Żaden atak, którego się nauczył nie był w stanie doprowadzić do takiego efektu. Wycofał prawicę, a następnie spojrzał na swą dłoń.
- No dobra, wystarczy.
Uśmiechnął się. Cieszył się, że powiększył swój arsenał o całkiem nowy, inny wręcz morderczy atak. Dysk miał jednak pewną wadę. Dość długo zajmowało zebranie odpowiedniej energii, a następnie uformowanie go w taką formę do czego chłopak w ogóle nie był przyzwyczajony. Zawsze były to jakieś kule, w tym przypadku miał do czynienia z piłą. Prędzej czy później powinien do tego przywyknąć. Spojrzał na jedną z klepsydr. Postanowił podejść do niej i lepiej jej się przyjrzeć. Zostało ostatnie ziarenko piasku, które nie opadło na dół, na tę całą górę piachu.
- Chyba jutro powinienem już wyjść stąd.
Nie miał pojęcia ile dokładnie czasu minęło podczas jego medytacji. Nie był pewny co do tego, że minęło kilka godzin. Odnosił wrażenie, jakby go ominęło parę dni. W takim wypadku był zmuszony przyjąć, iż ten cały piasek symbolizował rok. Każde ziarenko było pojedynczym dniem. Według tego systemu został mu już tylko jeden dzień. Cóż, po prostu zapyta kogoś następnego dnia ile dokładnie siedział w środku. Oby tylko nie okazało się, iż wyszedł za wcześnie. Gdyby do tego doszło to najpewniej byłby wściekły, ponieważ zmarnowałby okazję na potrenowanie przez jeszcze jakiś czas.
Wszedł do łazienki, spojrzał w lustro. Zapuścił się nieco. Jego włosy trochę urosły, a nawet bardzo. Stały się na tyle długie, że sięgały mu aż do barków. Jakoś wcześniej nie myślał o tym, aby je skrócić, ponieważ mu się nie chciało. Zresztą, nie za bardzo się na tym znał. Zawsze to ktoś go strzygł i nie wiedział jak miał sobie poradzić z tym samodzielnie. Na jego twarzy także pojawiły się dodatkowe włosy w postaci dość gęstej brody. Doszedł do wniosku, iż na razie nie będzie się jej pozbywał. W sumie to po co? Przecież nie miało żadnego znaczenia to, iż posiadał brodę czy nie. Interesowało go co inni powiedzą o jego metamorfozie. Kiedy wchodził wyglądał znacznie inaczej. Do środka weszła całkowicie inna osoba w przeciwieństwie do tej, którą reprezentował teraz. Postanowił nareszcie wziąć kąpiel. Po jakimś czasie opuścił pomieszczenie w celu zaspokojenia głodu.
Kiedy już skonsumował posiłek przeszedł do sypialni. Wzrok jego powędrował na zegar. Było już późno, tak więc należało iść spać, aby się wyspać przed jutrzejszym dniem. Przed dniem, w którym ponownie spotka Pana Popo, Wszechmogącego i Aymi. Możliwe, że będzie im ktoś jeszcze towarzyszył, lecz były to tylko spekulacje. Istniało prawdopodobieństwo, iż Kurisu będzie na niego czekał wraz z pozostałymi. Nie było to jednak nic pewnego. Pewnym było to, że znów spotka wybrankę swego serca. To było aktualnie dla niego najważniejsze. W zasadzie to chciałby już tam być. Chciałby już opuścić to miejsce. Miał po prostu dość. Nie miał ochoty przebywać tutaj ani sekundy dłużej. Mimo wszystko musiał wypocząć, przygotować się na następny dzień. Na dzień, w którym będzie zmuszony odbyć walkę. Z najeźdźcami bądź Belialem. Wszystko zależało od tego jak się potoczą dalsze wydarzenia. Cóż, możliwe że nie będzie musiał zostawać na Ziemi, ponieważ ktoś inny zajmie się tutejszym zagrożeniem. W takim wypadku wyruszy w podróż w kosmos. Pytanie brzmiało: jak długo zajmie im dotarcie do Beliala? Spotkają go jeszcze tego samego dnia, a może ich podróż nieco zajmie? Wszystko się okaże już wkrótce. Położył się na łóżku i zasnął.

To był ten dzień. Minęło dokładnie dwanaście miesięcy. Przez cały ten rok urósł niesamowicie w siłę. Stał się naprawdę mocny. Zyskał w dodatku całkiem nową moc, która podnosiła jego siłę jeszcze bardziej. Bardziej niż poprzednia. Należało teraz tylko stawać się coraz lepszym, co dało się jednak osiągnąć tylko poprzez trening. Nie zamierzał odpuszczać. To byłaby chyba najgłupsza rzecz, jaką mógłby zrobić. Tak wiele osiągnął, a mógł zdobyć jeszcze więcej. Istniał tylko jeden warunek - musiał dalej trenować.
Zjadł pożywne śniadanie i był już gotowy. Był gotowy, aby nareszcie opuścić Komnatę Ducha i Czasu. Podszedł do drzwi, chwycił za klamkę i je otworzył.

[z/t]
avatar
Haricotto
Admin/Time Patrol
Liczba postów : 1441

Re: Komnata Ducha i Czasu

on Pon Wrz 24, 2018 7:24 pm

_________________
Sponsored content

Re: Komnata Ducha i Czasu

Powrót do góry
Similar topics
Permissions in this forum:
Nie możesz odpowiadać w tematach