Honoberuto

Zobacz poprzedni temat Zobacz następny temat Go down

Honoberuto

Pisanie by Honoberuto on Wto Lip 12, 2016 10:08 am

Imię: Honoberuto rodu Harara

Wiek: 133

Rasa: Changeling

Wygląd: Honoberuto na pierwszy rzut oka nie odstaje zbytnio wyglądem od innych przedstawicieli swej rasy, jednak po dokładnym przyjrzeniu się ujrzymy masę czarnych kropek na białych fragmentach jego ciała. Nigdy nie rozstaje się ze swoją czerwoną peleryną utworzoną z materiału o właściwościach podobnych do kevlaru, lecz o dużo gładszej fakturze. Z tego samego materiału wykonany jest jego żółty kapelusz. W nakrycie głowy wszyty jest bliżej nieokreślony czerwony kamień szlachetny. Z czapki zwisają także cztery kolorowe wstążki, od lewej: Zielona, żółta, niebieska i czerwona. Jego oczy zaś przykryte są przyciemnianymi soczewkami mającymi chronić oczy przed oślepiającym światłem oraz ciałami obcymi. Hono zdaje sobie sprawę z tego, że jego wygląd może rozśmieszyć, lecz za bardzo przywiązał się do swego stroju żeby go zmieniać. Jeśli czasem potrzeba napraw stroju, płomienny jaszczur dokonuje ich osobiście, ponieważ jest utalentowanym krawcem.

Charakter:Honoberuto może wydawać się odpychający dla innych. Lubi traktować innych protekcjonalnie, sarkazmu używa tak często że z jego wypowiedzi nie zawsze można wywnioskować "co autor miał na myśli". Pojęcie "tematy tabu" dla niego nie istnieje. Ten changeling to osoba szczera do bólu. Nie obchodzą go uczucia innych, przeważnie mówi co myśli, chyba że to mogłoby zagrozić jemu. Jest raczej typem milczka. Ale nie milczy dlatego, że jest nieśmiały czy ma nieduży zasób słów. Woli słuchać, a uważne słuchanie pozwala na zdobycie cennych informacji nawet jeśli rozmówca nie zdaje sobie sprawy z tego że je wyjawił. Wszystkiego dopełnia słodziutki i cichutki, lecz jednocześnie szyderczy głosik. Ponadto ma przywódcze ambicje i nie miał by nic przeciwko mianowaniu go na zwierzchnika jakiegoś obszaru, choćby po to żeby mógł bezkarnie poszydzić z innych. Pomimo tych wszystkich wad, jest w nim jednak coś pozytywnego. Gdy już kogoś dobrze pozna, gotów jest się z nim naprawdę szczerze zaprzyjaźnić. Nigdy nie łamie obietnic. Lubi się czasem zabawić poprzez taniec czy śpiew (choć jego umiejętności dotyczące tych dziedzin pozostawiają wiele do życzenia). Nie jest też takim rasistą jak większość przedstawicieli jego rasy. Po bliższym zapoznaniu się można go nawet uznać za całkiem sympatycznego gościa. Podsumowując, Najgorętszy z Demonów Mrozu z pewnością nie jest kryształowym bohaterem, ale nie można go też nazwać wyjątkowym zwyrodnialcem. Ach, poza tym wszystkim ma tylko jedną, dość nietypową przypadłość. Lubi sobie czasem pozabijać dla czystej przyjemności. Tak po prostu. Zdaje sobie sprawę z tego, że to niebezpieczne hobby biorąc pod uwagę konsekwencje jakie mu za to grożą, ale to go nie zniechęca. Cierpienie ofiarom zadaje zależnie od nastroju. Wybiera je spontanicznie, bo to mu sprawia największą radość.

Historia:
HISTORIA:
Ród Harara od zawsze się wyróżniał w changelingowym społeczeństwie. Ojcowie nie nadawali dzieciom tradycyjnych "mroźnych" imion. Wręcz przeciwnie, ich imiona były raczej "ciepłe". Już sam założyciel tego klanu przybrał imię Iskra. Jednak nie tylko w imionach wyróżniali się Harara, o nie. Wśród nich panowało także ciepło rodzinne. Tak, ciepło rodzinne wśród przedstawicieli rasy bezlitosnych uzurpatorów! Właśnie w takim cieple rodzinnym wychował się Honoberuto (l. 130), syn Supakudona (l.652), a brat Embesa (l.189). Supakudon służył w armii, lecz robił wszystko aby tylko osobiście nie walczyć z kimkolwiek. Nie był jakimś wyjątkowym pacyfistą, zwyczajnie wolał się skupiać na sztuce pilotażu statków kosmicznych.
Temu zajęciu poświęcał się niemal całkowicie. Często opuszczał synów wylatując w kosmos wraz z towarzyszami szerząc chwałę Imperium Changelingów i Kosmicznej Organizacji Handlu. Synowie w tym czasie zajmowali się swoimi sprawami. Embes prowadził swój bar. Został już dawno przeszkolony w walce, ale żołnierze Najpotężniejszej-Armii-Ze-Wszystkich-Armii-Wszechświata-Znanego-I-Nieznanego też potrzebują odpoczynku, a więc starszy syn uzdolnionego pilota postanowił że zapewni ten odpoczynek innym. Oboje robili to, co za nich mogliby robić dowolni nadający się do tego przedstawiciele którejś z podbitych ras, a więc mogłoby się wydawać że Honoberuto także zajmie się czymś nietypowym. A tu figa z makiem, kapelusznik z kropkami marzył o walce. Zwyczajnej, bez pomocy maszyn czy czegoś podobnego. Tylko jego ciało i KI, takie było jego marzenie. Nie widział konkretnego, logicznego powodu dla nieustannego zwiększania swej mocy bojowej, po prostu wydawało mu się to interesujące. Problem w tym, że nie robił w tym kierunku nic poza tępym zachwycaniem się różnymi sztukami walki, a od wszelkich przeszkoleń wymigiwał się skutecznie, bo był okropnym leniem. Sam Honoberuto czasem narzekał że to wina jego ojca, ponieważ nie naciska na niego i nie wymaga stałego rośnięcia w siłę, ale w głębi duszy tak nie myślał i bardzo kochał swego rodziciela. Gdy Supakudon był na misjach, on przesiadywał w barze Embesa „pomagając” mu od czasu do czasu.
„Pomagał” mu również tego pamiętnego dnia gdy w barze pojawił się niejaki Tsumeta. Druga forma. W tym barze była to swego rodzaju atrakcja, bo przeważnie drugoformowcy byli zbyt dumni aby stołować się w takich podrzędnych barach (wielu nie wiedziało co traci). A więc pewnie ten był w tych okolicach od niedawna. Oprócz zbroi ubrany był w prostą, szarą szatę. Twarz wyrażała niewątpliwe znudzenie. Wyglądał na silnego i z pewnością taki był. W tej chwili był jedynym klientem w barze.
-Pracujesz tu? - zapytał Embesa ze zdziwieniem.
-Tak, podać coś?
-Daj najlepsze co masz, bylebym się za bardzo nie opił.
A więc przygotował mu drinka o srebrzystym kolorze i małej zawartości alkoholu. Tsumeta ochoczo wypił go nie rozkoszując się wybornym smakiem napoju. Nawet nie próbował płacić, bowiem na ścianie widział napis „Pierwszy drink dla świeżego klienta – darmo”, a czytać przecież umiał. Zanim ruszył do wyjścia, Embes zagadnął go.
-Hej, nie odchodź jeszcze.
Tsumeta bez irytacji, ale i bez entuzjazmu zgodził się. Właściciel baru uśmiechnął się i krzyknął:
-Hono, chodź tu!
Po chwili Honoberuto pojawił się schodząc ze schodów. Wyglądał jakby ktoś go wyrwał z drzemki.
-Dzień dobry – powiedział.
-To mój brat, Honoberuto – powiedział Embes. - Mieszka ze mną i pomaga mi w barze pod nieobecność naszego ojca. Chciałby być wojownikiem, ale nic mu się nie chce.
-Chce się, chce. Tylko że nie ma co robić – wtrącił się kapelusznik, lecz nikt go nie słyszał.
-Ojej, fascynujące. A co mnie to obchodzi? - powiedział drugoformowiec.
-Widzę że ci się nudzi, to może byś się nim zajął i może pokazał mu jak się bić, czy coś?
-Och, prosisz o to każdego który tu wejdzie, czy tylko ja ci się tak spodobałem?
-Mało tu drugoformowców, a ty do tego wyglądasz na silnego – wyjaśnił.
-Ojejka, jak tu nie odmówić takiemu wazeliniarzowi? Dobra, niech pójdzie ze mną, i tak nie mam nic do roboty.
To słysząc, barman ucieszył się i spojrzał na brata.
-Słyszałeś, Hono? Idź za nim – nakazał.
-Ani mi się śni.
-Pamiętaj że ja byłem uczony jak komuś dowalić, a ty nie – rzucił Embes niewinnym głosikiem.

Na zatłoczonym korytarzu bazy dwie osoby szły wyraźnie przyspieszonym krokiem. Jeden changeling w szarej szacie, drugi z kapeluszem i peleryną. Ten pierwszy spoglądał na tego drugiego  z zastanowieniem. Po dłuższej chwili odezwał się:
-Ten twój brat to nie jest taki do końca normalny, co?
-Embes? - odpowiedział Honoberuto - Racja, prowadzi bar zamiast walczyć. Ale skoro…
-Nie o to chodzi. Wchodzę do baru żeby się napić, a ten mi każe się tobą zająć. Co ja, tabliczkę z napisem „Opiekuję się dziećmi” noszę?
-Nie jestem dzieckiem.
-Też racja.
-Zdaje mi się że zwyczajnie chciał się mnie pozbyć z baru.
-Ach tak, przecież spałeś zamiast mu pomagać!
Kapelusznik zignorował tą uwagę, a po chwili dodał:
-Ale nie mam mu tego za złe. To w końcu mój brat…
Słysząc to, Tsumeta zrobił taką minę jakby nagle sobie o czymś przypomniał i powiedział:
-Ach, tak! Ty jesteś syn Supakudona, tego pilota?
-Zgadza się – odparł.
-No, wiedziałem że skądś was dwóch kojarzę. Wy jesteście z rodu Harara, nie?
Hono kiwnął głową. Dalej szli w milczeniu przez jakiś czas, aż w końcu zatrzymali się przed drzwiami do jakiegoś mieszkania w sektorze mieszkalnym.
-Czemu się zatrzymaliśmy? - spytał kapelusznik.
-To moje mieszkanie – odparł drugoformowiec.
-I co?
-No przecież nie będę cię uczył walczyć w jakichś wojskowych salach treningowych, co nie?
Nakrapianiec zamilknął. A więc jednak się nie wywinie. No cóż, trudno, będzie musiał przejść ten bezsensowny trening. Jego mentor otworzył drzwi i wszedł do środka, a on za nim. Drzwi automatycznie się zamknęły.
Znaleźli się w dość nietypowym pomieszczeniu. Ściany, podłoga i sufit pokryte były szarymi tkaninami. Gdzieniegdzie podpalone, gdzieniegdzie pobrudzone… Pachniało tu nieprzyjemnie, ale było tu jednak coś przyjemnego. Meble obszyte były czerwonym aksamitem, na brzydkich ścianach wisiały cieszące oko obrazy w pięknych ramach. W kącie stało spore lustro pozbawione jakichkolwiek zabrudzeń. Na „szmatach podłogowych” leżał też piękny, czerwony dywan, a z szarego sufitu zwisało coś rzadko w tej bazie spotykanego – żyrandol ze świecami. Zaciekawiony Hono podleciał dyskretnie do góry by dotknąć sufitu. Tamtejsze szmaty były nawilżone. Patrząc na to wszystko można było poczuć się nieswojo.
-I jak? - zapytał właściciel mieszkania. Jego twarz nie zdradzała żadnych emocji.
-Dziwnie.
Gospodarz zaśmiał się i poklepał go po plecach.
-Właśnie po to się tak urządziłem żeby tak mówili! Po prostu to kocham! Niestety nie słyszę tego często, bo raczej nie miewam gości, a mój służący już się przyzwyczaił.  A, właśnie, muszę ci go przedstawić!
To mówiąc podniósł z obszytego aksamitem stolika dzwonek i zadzwonił nim. Po chwili zza zasłon w głębi pomieszczenia wyłonił się służący. Był przedstawicielem jednej z podbitych przez jaszczurów ras, miał szarą skórę idealnie komponującą się z kolorem dominującym w pokoju.
-Dzień dobry, nazywam się Ypiretis, jestem służącym pana Tsumety – przedstawił się kłaniając.
-Honoberuto rodu Harara, miło mi.
Uścisnęli sobie dłonie. Po przywitaniu szaroskóry spojrzał na swego pana i odezwał się do niego:
-Czy mam przygotować dla gościa posiłek?
-Nie, Ypiretisie, możesz za to przygotować mu Niepadaja.
-Tak jest, panie!
I odszedł za zasłony. Honoberuto spojrzał ze zdziwieniem na potencjalnego mentora.
-Niepadaj?
-Spokojnie, dowiesz się jak dostaniesz. Teraz usiądź, porozmawiajmy.
Oboje usiedli na niewiarygodnie  miękkich fotelach. To wnętrze przestawało być takie okropnie nieprzyjazne…
-Powiedz mi, Honoberuto, czy ty umiesz latać?
-Tak, ojciec mnie nauczył…
-A umiesz tworzyć pociski Ki?
-Jeszcze nie.
Tutaj zapadła kilkusekundowa cisza.
-No to jak ty chcesz chłopie się bić? Same sztuki walki to za mało!
-Wiem to, ale…
-Nie, nie wiesz nic! Dopóki nie staniesz się wojownikiem to nie możesz o niczym wiedzieć! Jesteś zielony, nawet nie wiesz co to walka! Koniec z lenieniem się, teraz wycisnę z ciebie MAKSIMUM!
Przerwał im wchodzący do pomieszczenia Ypiretis.
-Proszę bardzo – powiedział podając Hararze kieliszek z jakąś czerwoną cieczą.
Gość przyjął podarunek i spojrzał na Tsumetę, który kiwnął głową na znak, że ma to wypić. A więc wypił. W smaku było to nijakie. Służący wyszedł z pokoju.
-To jest właśnie Niepadaj. Wiesz jak działa?
-A skąd mam wiedzieć?
Na te słowa właściciel mieszkania zamachnął się i… TRZASK! Mocno rąbnął swego potencjalnego ucznia w głowę, a ten wykrzyknął żałośnie chwytając czapkę, która mu spadła.
-I jak? - zapytał z uśmiechem na ustach.
-Boli jak cholera!
-No widzisz, a jakbyś Niepadaja nie wypił, to zapewne leżałbyś już martwy.
-Dobrze wiedzieć… Uch…
Gdy Kapelusznika przestała już boleć głowa, otrzymał wyjaśnienie że dzięki tej miksturze drugoformowiec będzie mógł sparingować się z pierwszoformowcem jak równy z równym, oczywiście zakładając że pierwszoformowiec będzie miał jakiekolwiek pojęcie o walce. Został również poinformowany o tym, że receptury nie dostanie za żadne skarby, bo to bezcenna tajemnica. Następnie został zaprowadzony do kolejnego pomieszczenia w mieszkaniu drugoformowca, które znajdowało się za zasłonami.
To miejsce było zgoła inne od poprzedniego. Po pierwsze: było większe. Po drugie: Ściany, podłoga i sufit były białe. Po trzecie: było niemalże całkowicie puste nie licząc kąta pomieszczenia w którym leżały w większości niezidentyfikowane przedmioty przykryte białą płachtą a także prostego łóżka w drugim kącie. Była to prywatna sala treningowa. Wyglądało na to że jest to centrum mieszkania, bo było widać stąd wejścia do kuchni oraz łazienki.
-To co, może na początek pobawimy się w tworzenie pocisków? - zaproponował changeling bez kapelusza.
Ten z kapeluszem zgodził się. Stanęli naprzeciwko siebie. Mentor wykształcił w dłoni fioletową kulę wielkości pomidora. I cisnął nią w kierunku nakrapiańca, który nie miał problemów ze zrobieniem uniku.
-Tak wygląda najbardziej pospolita Kikoha. Dobrze że się uchyliłeś, bo Niepadaj nie powstrzymuje ataków Ki. Przeżyłbyś, ale trening trzeba by było odłożyć na inny dzień.
-Aha.
-Widzę że wręcz emanujesz entuzjazmem, jeśli chodzi o naszą lekcję.
Honoberuto przemilczał to szyderstwo i czekał na instrukcje. Po paru minutach przypomniał sobie sztukę zbierania Ki wewnątrz swego ciała, czego nauczył się podczas lekcji latania. Kolejne dziesięć minut zostało poświęcone na wydobywanie z ciała swej Ki w postaci bezkształtnej i bezbarwnej mgiełki. Następne pół godziny było formowaniem mgiełki w kulkę, na razie pozbawioną destrukcyjnej energii. Młodszy z changów wytworzył coś przypominającego zbiór małych iskierek o pomarańczowym kolorze. Tsumeta nieco się zdziwił nie widząc typowego dla jego rasy fioletowego koloru, ale po chwili wzruszył ramionami. W końcu uczył członka klanu Harara.

Dłoń demona mrozu otworzyła się. Wyłonił się z niej emanujący lekkim światłem oraz ciepłem płomień. Jakby pchany niewidzialną siłą wystrzelił z dużą prędkością prosto przed siebie. Powoli zaczął tracić kształt płomienia, aby stać się kulą o ognistym kolorze. Gdyby owa kula miała oczy, zapewne widziałaby teraz przed sobą fioletową poświatę wytwarzaną przez inną kulę, która z kolei wyłoniła się z ręki drugiego changelinga. Gdyby ognista kula miała rozum, zapewne robiłaby wszystko aby tylko się zatrzymać bądź też zboczyć ze swego toru lotu. Ona jednak rozumu nie posiadała. Jej los był już przesądzony. Z impetem zderzyła się z drugą kulą efektownie eksplodując i zakańczając swą egzystencję w tym niesprawiedliwym dla energetycznych pocisków świecie. Została po niej tylko niewidzialna, niedotykalna energia. Zapewne ktoś później użyje jej aby stworzyć nową kulkę. Jej los był już przesądzony. Będzie musiała nieustannie ginąć  i odradzać się aż do końca wszechświata, jak ten feniks który najpierw się spala, a potem odradza z popiołów. Być może przyjmie inne formy, na przykład laser lub wielka fala. Lecz co z tego? Śmierć i prędka reinkarnacja są niczym najpospolitsza nieśmiertelność. Lecz nic nie może być do końca nieśmiertelne, bo kiedyś nastanie taki moment, w którym nawet czas przestanie egzystować, a wtedy nie będzie już niczego. Być może wtedy czas zaistnieje na nowo, cofnie się i cały wszechświat zostanie odrodzony? A może wszystko co było w tamtym wszechświecie przeniesie się do… Kolejnego wymiaru? Wymiaru rzeczywistości w którym okaże się że wszystko jest tylko iluzją wytworzoną przez nasze ego-struktury, które przesądzają o naszych pseudo-istnieniach w niby-świecie jednej wielkiej iluzji? I pomyśleć że te wszystkie myśli to tylko puste wytwory naszych wyróżnionych przez siłę wyższą umysłów, pozbawione żadnego znaczenia przy zestawieniu z ogromem wszechświata...  Jedno jest jednak dla nas niemalże całkowicie pewne: żaden filozof, żaden fizyk, żaden mędrzec i żaden kapłan nie odpowie prawidłowo na jedno zasadnicze pytanie, które rządzi wszystkim co egzystuje, i co nie egzystuje w każdym możliwym i niemożliwym do wyobrażenia świecie.
-Nie było to takie trudne, prawda?
-No nie, ale…
-Zmęczony, co? Skutki uboczne Niepadaja, używanie Ki staje się cholernie męczące.
-Więc po co miałem to w ogóle pić?

-A bo zachciało mi się walnąć ciebie w ten oczapkowany łeb bez konsekwencji, rozumiesz? Słuchaj, to wszystko zajęło nam trzy godziny, a mi się chce spać. Idź do baru swojego brata i przyjdź tu jutro, o tej samej porze co dziś, zrozumiałeś?
-Dobrze, do widzenia!
-No, nara.
Honoberuto wyszedł z domu swego mentora i ruszył w kierunku mieszkania swego brata. Lecz właściwie po co to robił, skoro jego los jego żałosnej egzystencji był już z góry przesądzony przez rządzące wszechświatem nieuchwytne i tajemnicze siły wyższe?

Ze snu kapelusznika wyrwało energiczne szturchanie. Był sfrustrowany tym, że jego organizm tego nie zignorował i jednak przerwał sen o walce na śmierć i życie z Królem Coldem. Otworzył oczy i ujrzał nad sobą swego brata.
-Taaak, wiem, muszę iść do Tsumety.
-Dokładnie – powiedział Embes.
-Ale miałem do niego przyjść o tej samej porze co wczoraj.
-Jedna godzina nie zrobi mu wielkiej różnicy, idź już. Mam paru klientów do obsłużenia.
-A nie mogę sobie jeszcze trochę pospać?
-WSTAWAJ!
-Już, już.
Hono podenerwowany nieco, wstał. Założył kapelusz i pelerynę i zszedł na dół. Zjadł darmowy posiłek od Embesa i wyszedł z baru. Szedł tą samą drogą co wczoraj i odnalazł właściwe drzwi wejściowe mieszkania jego mentora. Drzwi dały się łatwo otworzyć. Z początku trochę go to zdziwiło, ale w końcu właściciel czekał na niego w środku, więc nie było potrzeby szczelnego zamykania drzwi. Wszedł do środka. Nic się nie zmieniło. Nadal szare ściany, sufit i podłoga. Na ścianach obrazy, w kącie lustro, na podłodze dywan, na suficie żyrandol ze świecami, trochę mebli. No i trochę śmierdziało. Nie, nie pomylił się. Tutaj nie było ani jego nauczyciela, ani służącego, a więc musieli być w sali treningowej, kuchni bądź łazience. Postanowił wkroczyć za zasłony. Podszedł więc do nich i odtrącił wchodząc do białego pomieszczenia. Nikogo nie było. Z pozoru wyglądało na to że jest tak jak wcześniej, ale jednak coś przykuło jego uwagę. Łóżko przykryte było dodatkowym kocem i było dokładnie widać, że ktoś w nim leży. Zaintrygowany zaczął iść w jego stronę. Stresował się tak bardzo, że stracił poczucie czasu i kilkusekundowe podejście do łóżka było dla niego długą wyprawą. W końcu jednak dotarł. Chwycił za koc i jednym ruchem ściągnął go z leżącej postaci. Jak się okazało, na łóżku leżał changeling, drugoformowiec. Nie był to jednak Tsumeta. Było w tym kimś coś dziwnego. Nie wyglądało na to, żeby spał. Zbliżył drżącą dłoń do jego ust. Poczuł oddech. Z pewnością ciało nie było martwe. Wpatrywał się tak w zagadkową postać zastanawiając się, kto to może być. Czyżby jakiś gość odwiedził Tsumetę? W takim razie dlaczego leżałby na jego łóżku? I czemu był w takim dziwnym stanie? Najbardziej intrygująca była twarz osobnika. Wyrażała szok oraz strach. Nagle niemalże idealną ciszę przerwał cichy odgłos tuż za nim. Odwrócił się prędko. Z początku ujrzał tylko przed sobą jakąś chusteczkę, która szybko upadła na ziemię odsłaniając tego, który właśnie wylądował tuż za nim. Tsumeta. Jego twarz wyrażała coś w rodzaju niepokoju i zdenerwowania. Honoberuto ujrzał w jego dłoni zaostrzony sztylet.
-Posłuchaj – zaczął właściciel mieszkania. - Zalazł mi za skórę. To nikt ważny, jestem pewien że nikt nie będzie go specjalnie szukać, nikt nie wie...
Przejrzał na oczy. Broń i nieprzytomna, obca osoba plus motyw? Czyżby chciał go zabić? Do tego zagadkowa chusteczka mogła być nasączona jakąś substancją usypiającą mającą za zadanie unieszkodliwić świadka. Oczywiście ten nieszczęsny changeling mógł sobie być nawet podrzędnym żołnierzem, ale jeśli tylko by powiadomić o morderstwie odpowiednie osoby, sprawca nie uniknie konsekwencji za zabicie kogoś kto mógł szerzyć chwałę imperium! Kapelusznik przeleciał nad swym dotychczasowym mentorem i zaczął powoli się wycofywać w celu opuszczenia tego mieszkania. Przytomny drugoformowiec ze złością podleciał do niego i złapał go za pelerynę unosząc do góry.
-Zaczekaj chwileczkę… Jeśli teraz cię puszczę, to powiesz komuś o tym co zobaczyłeś, to nie ulega wątpliwości. Jeśli cię zabiję, to będę miał gwarancję że nikt się nie dowie. Powiedz mi, co byś zrobił na moim miejscu?
-Ech, zabiłbym… - odpowiedział nie do końca szczerze.
-No właśnie, bo ty jesteś niesamowicie okrutny, choć jesteś Hararą. Ale ja jestem łaskawy i pozwolę ci odejść, ale pod jednym warunkiem… TY go zabijesz.
Nakrapianiec zdębiał. On? Dlaczego miałby go zabijać? Przecież on nie zabija bez powodu! On nie jest taki jak inne osobniki jego rasy! On wie co to znaczy prawdziwe ciepło rodzinne, nie mógłby kogoś od tak pozbawić życia i po tym wszystkim spojrzeć ojcu czy bratu w oczy!
-Dzięki temu będę miał pewność że nawet jeśli komuś doniesiesz, spotka cię kara za zdradę. Oni już wszystko sprawdzą, wykryją twój współudział! Poza tym, jak sądzisz: Kto jest wyżej postawiony i bardziej wiarygodny?
Pierwszoformowiec został odłożony na ziemię. Spojrzał szantażyście głęboko w oczy i powiedział stanowczo:
-Ani mi się śni.
Tsumeta zaśmiał się głośno i szyderczo. Następnie wytworzył w dłoni dużą, fioletową kulę i pokazał ją swemu dotychczasowemu uczniowi.
-Nie zakazuję ci odmawiać, ale wtedy będziesz musiał się spotkać z tym. A zapewniam cię że jesteś zbyt słaby aby mieć jakiekolwiek szanse na skuteczną ucieczkę.
Wiedział że to nie blef. Nie miał wyboru. Wolał kogoś zabić niż samemu ponieść śmierć. Nienawidząc siebie w tej chwili, wziął od niego sztylet i podszedł do swej ofiary. Przysunął ostrze do jej szyi. Był załamany. Miał kogoś zabić. Kogoś nieprzytomnego i bezbronnego… Kogoś kto nie będzie protestował. Morderstwo nie jest nic nie znaczącym czynem, a teraz miał okazję zrobić to tak łatwo. Mógł zabić kogoś kilkukrotnie silniejszego od siebie bez żadnych obaw. Z jakiegoś powodu czuł przez to zalążek satysfakcji. Brzydząc się swymi odczuciami postanowił szybko to zakończyć. Wbił płytko czubek sztyletu w bok szyi drugoformowca. Ręce mu zadrżały. Czuł się jakby ktoś wylał na niego kubeł zimnej wody a potem krzyknął mu do ucha: „TY NAPRAWDĘ TO ROBISZ!”. Zaiste, robił to! Nie było odwrotu, on zabijał! Zaczął delikatnie kręcić sztyletem w płytkiej ranie. Czuł coś niesamowitego.
-Co czujesz? - otrzymał pytanie.
-N-n-nie wiem-m-m… - odpowiedział.
Prawdę mówiąc, dokładnie wiedział co czuł. Nie miał jednak teraz głowy do tego aby ująć to w słowa. Było to podniecenie wymieszane z ekscytacją i ciekawością. Z każdym poruszeniem broni nakręcał się coraz bardziej. Mógłby robić to godzinami, gdyby nie niecierpliwość i pożądanie śmierci swej ofiary. W końcu skończył  z obracaniem ostrza i rozpoczął część właściwą. Powoli przecinał tkankę skórną swej ofiary. Pierwsze pięć pokonanych sztyletem milimetrów zagwarantowało mu dawkę przyjemności i rozkoszy. Czuł że to nie koniec i nie chciał tego przerywać. Z każdym przesunięciem broni czuł się coraz lepiej. Zamknął oczy i cichutko zajęczał. Nadal miał wrażenie że to nie koniec przyjemności. Kolejne milimetry były kolejnymi dawkami niesamowitych odczuć. Przyjemny dźwięk rozcinania skóry do tego pogłębiał ogół wrażeń. Gdy zaczynał akt mordu nie spodziewał się, że to będzie aż tak przyjemne. Ale to jeszcze nie był koniec! Kolejne centymetry i kolejne dawki poczucia błogości motywowały go do wbijania broni coraz głębiej. Zajęczał głośniej i syknął. Nagle usłyszał ciche rzężenie z gardła swej ofiary. A potem nieszczęśnik wydał ostatni oddech. I wtedy oprawca poczuł największą dawkę połączenia rozkoszy, podniecenia, ekscytacji i błogości jaką kiedykolwiek czuł.
-Och, ach, och, ach, och, ach, och, aaaach…
Każde „och” oznacza ponowne odczucie przyjemności maksymalnej, a „ach” jest krótką i jakże słodką przerwą. Określenie tego wszystkiego jako „wspaniałe” byłoby niesamowitą ignorancją, ale żadne słowa nie mogły wyrazić tego co Hono w tym momencie czuł. Zastanawiał się czy istnieje sposób na to aby poczuć podobne doznania bez zabijania. Nie potrafił sobie tego wyobrazić, więc uznał że właśnie zrobił najprzyjemniejszą rzecz na świecie. Nawet nie zauważył tego, jak głęboko wbija i wyciąga swoje narzędzie z już martwego ciała. Wypuścił swój sztylet i otworzył oczy. Jego ręka była zamoczona w klejącej mazi. Była to krew jego ofiary. Rozmazał mu ją na twarzy jakby oczekując że to powtórzy wszystkie doznania. Tak się niestety nie stało, ale i tak był szczęśliwy. Jeśli czegoś w tym momencie żałował, to tylko tego że to nie mogło trwać dłużej. Jeszcze przez chwilę jęczał z przyjemności leżąc na podłodze aż w końcu ochłonął po dwóch minutach. I pomyśleć że to było tylko poderżnięcie gardła…
-Widzę że ci się spodobało? - powiedział Tsumeta.
-Taaaak… Ach, ach… To było… Takie… Takie… Och… Ach… Dziękuję… Dziękuję za to że… Dzięki tobie zaznałem takiej rozkoszy… Uwielbiam to… Ach, tak… Ooo…
Przed chwilą zaznał takiego uczucia, o jakim wcześniej nie miał nawet pojęcia. Stracił wiarę we wszystko, oprócz tego, że to z pewnością nie był jego ostatni raz.

Po tym dniu Tsumeta wyjechał na dłuższą misję, nie zdążył zrobić ze swego ucznia wojownika. Honoberuto powrócił do przesiadywania w barze Embesa. Tydzień później Supakudon powrócił.
Minęły trzy lata. Przez te wszystkie trzy lata nakrapianiec zabił tylko jedną osobę – Ypiretisa. Nigdy nie zapomniał jednak o niesamowitym uczuciu które towarzyszyło mu przy obu zabójstwach. W dniu swych sto trzydziestych trzecich urodzin przypomniał sobie o dawnym marzeniu o potędze i sile. Po zjedzeniu posiłku w barze u Embesa postanowił w końcu się za sobie zabrać. A do tego jego pożądanie urosło do niewyobrażalnych rozmiarów. Tego dnia wyznaczył sobie cel i bynajmniej nie zamierzał rezygnować. Tym bardziej że jego brat już od dawna planował zamknąć interes z powodu dominacji innego, o wiele popularniejszego baru.

Techniki: Bukujutsu, Kiko

Planeta/Miejsce zamieszkania: No.79
avatar

Honoberuto
Time Patrol
Time Patrol

Liczba postów : 394

Powrót do góry Go down

Re: Honoberuto

Pisanie by Admin on Wto Lip 12, 2016 3:37 pm

Nie mam większych zastrzeżeń. Czytając ten akt, myślałem, że Honoberuto doznaje orgazmu, chociaż z drugiej strony... Ekhm, w każdym razie, przedstawiłeś genezę swoich morderczych zapędów, co jest na plus, a nie "bo tak".
Akcept~
avatar

Admin
No.1 Whis' Fanboy

Liczba postów : 300

http://dbanotheruniverse.forumpolish.com

Powrót do góry Go down

Zobacz poprzedni temat Zobacz następny temat Powrót do góry


 
Permissions in this forum:
Nie możesz odpowiadać w tematach