Treningi Honoberuto

Strona 1 z 3 1, 2, 3  Next

Zobacz poprzedni temat Zobacz następny temat Go down

Treningi Honoberuto

Pisanie by Honoberuto on Nie Sie 28, 2016 10:31 pm

Tu jest miejsce na treningi najwybitniejszego wojownika w dziejach wszechświata.
avatar

Honoberuto
Time Patrol
Time Patrol

Liczba postów : 474

Powrót do góry Go down

Re: Treningi Honoberuto

Pisanie by Honoberuto on Pon Sie 29, 2016 6:57 pm

Trening umiejętności "Sztuki Walki"

Honoberuto dobrze wiedział, że bez porządnej rozgrzewki ostry trening może się skończyć poważną kontuzją. Dlatego też wyszukiwał spośród wszystkich urządzeń w tym pomieszczeniu czegoś, co może pomóc mu w szybkim starcie. Po kilku chwilach odnalazł pewien ciekawy "obiekt". Na podłodze wydzielono czerwoną farbą miejsca przeznaczone do... No właśnie, czego? Jaszczur spojrzał na innych trenujących w tych miejscach. Chyba po prostu się rozgrzewali. Całkiem niezły pomysł, dobry do łagodnego startu. Kapelusznik stanął po środku jednego ze sporych, czerwonych kwadratów. Na początek zrobił kilkanaście prostych ruchów głową. Potem kilka skłonów i przysiadów. Następnie pomyślał, że warto byłoby rozruszać ręce. Wymyślił sobie serię energicznych ruchów, a następnie przystąpił do działania. Najpierw zacisnął prawą pięść i wyrzucił ramię do przodu, jego palce skierowane były w dół. To samo zrobił z lewą ręką. Następnie zgiął prawą rękę i powtórzył poprzedni ruch, jednakże palce skierowane były dla odmiany w górę. Zrobił to także z drugą. Kolejny ruch polegał na uderzeniu pięścią w przeciwległy bark, oczywiście obie ręce to zrobiły. Potem dłonie wylądowały na jego karku. Następnie prawa pięść uderzyła w lewe biodro, a lewa w prawe, tylko po to aby obie szybko się zmieniły. To zajęło mu z piętnaście sekund. Postanowił całą tą sekwencję powtórzyć, jednakże szybciej. A potem znowu to zrobił. I znowu. Po jakimś czasie mógł już robić to w mniej niż sekundę, a ponieważ  nie dawał sobie ani chwili przerwy, po półtorej minuty jego ręce aż rwały się do dalszej działalności. No, ale ani walka, ani trening nie ograniczają się do rąk. Dlatego też postanowił dać im chwilę odpocząć. Splótł je ze sobą. Starał się jednak, aby nie dotykały one reszty jego ciała. Spojrzał na swe nogi. I nagle wyrzucił jedną z nich do przodu. Gdy tamta była wysunięta maksymalnie, w ruch poszła druga noga. Gdy pierwsza już wróciła na ziemię, tamta dopiero się cofała. Z początku było to dość proste, ale on nie chciał się na tym ograniczać. Jego tors cały czas się obniżał. W końcu pośladki miał jakieś dwadzieścia centymetrów nad ziemią, a nogami nadal przebierał. Ogon nie pozostawał bezczynny, przez cały czas w równym tempie obracał się efektownie. Mogło to wyglądać na jakiś rodzaj skocznego tańca. Rzeczywiście, gdyby z boku grał jakiś grajek, wyglądałoby to o wiele lepiej. W końcu postanowił tego zaprzestać, żeby nogi nie zaczęły go boleć, a ręce nie ostygły. Dlatego też nagle wysko podskoczył rozplatając ręce i szeroko rozkładając ramiona. Z jego ust zaś wydobyło się gromki okrzyk. Wszyscy nagle się obejrzeli w jego kierunku. Z pewnością byli pełni podziwu dla jego doskonałych umiejętności tanecznych. Braw nie bili zapewne dlatego, że byli zbyt zdumieni. Wtem wpadł mu do głowy pewien pomysł. Skoro przyszedł tu głównie po to aby lepiej walczyć, może od razu postara się o wypracowanie swego stylu? Sztuka walki wyglądająca jak taniec, to by było coś! Nie dość że wróg przed jego potęgą drżyć będzie, to jeszcze przed śmiercią spektakl niesamowity otrzyma. W końcu przerwał sobie swe rozmyślania. Jeszcze nie było czasu na odpoczynek. To była pora na opuszczenie czerwonego kwadratu. To też zrobił i zaczął szukać jakiegoś stosownego sprzętu. Jakieś dwie minuty minęły i w końcu zorientował się że większość tutejszych urządzeń służy do ćwiczenia swej siły i wytrzymałości, a nie na tym mu zależało, dlatego też przeszedł do kolejnego pomieszczenia. Wielkość miało podobną, ale było tu tylko jedne urządzenie. Przypominało nieco stojący krzyż z wielkimi kulami na bocznych ramionach. Niczego innego tu nie było, sala wyglądała na pustą. Zaciekawiony jaszczur podszedł do dziwnego przyrządu i dotknął jednego z ramion. Nagle usłyszał za sobą kroki. Po obejrzeniu się ujrzał jakiegoś changelinga. Okazało się że ta sala wynajęta była dla innego wojownika, ale skoro ten nie przyszedł, można skorzystać. Trener nic więcej nie wyjaśniając podszedł do urządzenia, nacisnął na nim jakiś przycisk i zostawił Honoberutona samego z dziwacznym krzyżem. Zamknął za sobą drzwi, a on spoglądał ze zdziwieniem na przyrząd. Niewiele myśląc podszedł w jego kierunku. Ku jego zdziwieniu, z dolnego ramienia nagle wysunęło się coś na kształt owadzich nóg. Przyrząd cofnął się za ich pomocą. Jaszczur skoczył ku niemu, a on sprawnie odskoczył w bok. Czyżby miał za zadanie unikać jego ataków? Zakładając, że tak jest, jak najprędzej wyskoczył ku niemu. Jednakże krzyż ponownie odskoczył, unikając jego wściekłej pięści. On nie zaprzestawał na tym i ponownie ku niemu skoczył, jeszcze szybciej. Jego pięść jednak znów nie zetknęła się z celem. Wyglądało na to, że trzeba mieć jakiś sposób na tego robota. Przesuwając się w bok przyglądał się mu z uwagą. Na razie stał nieruchomo, jednakże z pewnością jego skanery obliczały odległości między nim a gadem. Ów gad zaczął najpierw powoli iść ku robotowi, który zaczął powolutku się wycofywać. Changeling nadal powoli szedł ku niemu. Nagle ugiął nogi i wyskoczył ku swemu "przeciwnikowi" niby wściekły, dziki kot. Rozłożył przy tym szeroko ręce i nogi. Udało mu się, dosięgnął go! Jednakże, ku jego zaskoczeniu, robot obrócił swe ramiona sprawiając, że jego pięść zderzyła się z metalową, twardą kulą dostarczając mu nieco bólu. Następnie wyskoczył w górę i wylądował na drugim końcu pomieszczenia. Wyglądało na to, że ma też w programie przyjmowanie ciosów właśnie na te kule. Honoberuto powstał i spojrzał na swą pięść. Knykcie były zakrwawione. Syknął nieprzyjemnie, a następnie spojrzał na swój cel. Nie było sensu stosować tej samej sztuczki, robot pewnie interpretował jego ruchy i starał się ich unikać. No to sobie zatańczą. Gad założył ręce na piersi. Powoli zbliżył się do robota, który teraz oczywiście uciekał w bok, bo w tyle miał ścianę. Wyskoczył w górę przykładając pięty do tyłu swoich pleców jednocześnie chwytając swe kostki. Po wykonaniu tej pozy obrócił się do przodu i spadając wyciągnął ręce do przodu. Dzięki temu odbił się nimi od podłogi lecąc wprost na swój cel, który oczywiście odskoczył w ostatniej chwili. Odbił się od ściany nogami, a następnie obrócił się nieco do tyłu. Wystawił jedną nogę w przód, drugą w tył i jął się obracać wokół własnej osi. Używał oczywiście bukujutsu, aby nie spaść zbyt prędko. Leciał wprost na robota, który ponownie odskoczył. Ponownie odbił się od ściany i dalej w tej samej pozycji leciał w kierunku celu. Cały proces powtórzył się pięć razy, za każdym razem w dwukrotnie szybszym tempie. W końcu właściciel peleryny zaniechał tej - bądź co bądź - nikłej aktywności i najszybciej jak tylko mógł, podleciał do krzyża w normalnej już pozycji. Stało się! Ten nie zrobił uniku ani nie zdążył obrócić swych bocznych ramion, za to został złapany za górny czubek i z impetem rzucony o przeciwległą ścianę. Uderzenie było silne, huk był głośny, sprawca był zadowolony, ofiara leżała. Zaraz się jednak podniosła. Można było usłyszeć ciche iskrzenie. Nakrapianiec wyszczerzył się szeroko. Na próbę skoczył ku robotowi. Ten oczywiście zdołał umknąć, lecz było widać, iż jego mechaniczne nogi nieco szwankują. Atakujący czuł pewną satysfakcję. Jeśli uda mu się jeszcze kilka razy walnąć nim o ścianę, w końcu go dorwie, wyrwie mu te robonóżki i zrobi mu parę wgnieceń. Zabawa dopiero się zaczynała! Nie minęła sekunda, a on znowu zaczął latać za nim po pokoju przyjmując przy tym rozmaite, fantastyczne pozy. Siu, siu, siu, siu, siu, BACH! Kolejne zderzenie robota ze ścianą! Teraz jego nogi poruszały się jeszcze wolniej. Chang nie poprzestawał na tym i kontynuował swój plan, któremu robot nie mógł zapobiec! Kolejne pozy, kolejne zderzenia, kolejne uszkodzenia! Wpadł już w trans, nic go nie mogło powstrzymać! Atakował jak jastrząb... Jak pterodaktyl... Jak SMOK! Tak, TANECZNY SMOK! To stepował, to odstawiał przyśpieszoną capoeirę, to tańczył kozaka, to rzucał się w rytm oberka, to podchodził jak w polonezie... A robot obrywał i obrywał! Minęło pół godziny, a kapelusznik był już pewny, że jego "przeciwnik" długo nie pociągnie. On też był zmęczony, maksymalnej szybkości już nie wyciągał. Mimo, że ani razu nie oberwał, ten trening przyprawiał go o emocje prawie takie jak przy walce z Kanassianinem. No, tu nie było może podniecenia związanego z nadchodzącą okazją do morderstwa, ale adrenalina i tak działała. W końcu doskoczył do niego i zadał potężny cios. Trafił on metalową kulę tworząc na niej wgniecenie, lecz kolejny atak - tym razem szybszy - trafił w cel, czyli w miejsce zespolenia ramion krzyża. Cios był na tyle potężny, że metalowe rury z których zbudowane było urządzenie w niektórych miejscach popękały i można było ujrzeć iskry wydobywające się z pęknięć. Nakrapianiec dyszał ciężko patrząc jak robot uderza w ścianę i już więcej nie wstaje. Spojrzał na swoje dłonie. Skóra na nich zdarła się nieco i ściekała po nich krew. On uradowany swym czynem wyszedł z tego pomieszczenia zostawiając szczątki urządzenia na podłodze. Czuł, że teraz już mógł powiedzieć, iż wie czym jest walka. Postanowił sobie odpocząć wpatrując się w innych wojowników. Miał nadzieję że w ten sposób też podłapie co nieco.
avatar

Honoberuto
Time Patrol
Time Patrol

Liczba postów : 474

Powrót do góry Go down

Re: Treningi Honoberuto

Pisanie by Haricotto on Pon Sie 29, 2016 10:21 pm

AKCEPTACJA

Stwórz sobie temat tutaj i wypełnij właściwie pola. Kod z odpowiednim zapisem znajduje się w dziale z przykładem.
Ze względu na okoliczności, ten trening liczony jest za wrzesień.

_________________
Sūpā Saiya-jin:


avatar

Haricotto
Admin/Time Patrol
Admin/Time Patrol

Liczba postów : 1130

Powrót do góry Go down

Re: Treningi Honoberuto

Pisanie by Honoberuto on Sro Paź 26, 2016 4:59 pm

Trening na staty

Dwa jaszczurze przemierzały korytarze, a za nimi obracali się liczni. Powodem tego była niższa połowa tej pary, a dokładniej - jej działalność uderzająca agresywnie w pokojową strukturę wewnętrzną międzyplanetarnego państwa. Jedna kosmitka wykonała w jego kierunku nawet wulgarny gest. Co jakiś czas można było dostrzec wśród tych tłumów wilczy wzrok. Dla Honoberutona jedna rzecz wydawała się jasna. Jirri był znany. Może nie każdy kojarzył jego imię, ale ten cwaniaczkowaty wyraz twarzy był rozpoznawalny. Tak skąpani w nieprzyjaznych łypnięciach kroczyli dalej. Po drodze zahaczyli o jakiś sklepik, gdzie Syn Beztroski zakupił wodę dla siebie i swego towarzysza. Następnie postanowił zaopatrzyć się w ręcznik pozostawiając kapelusznika samego sobie. Ów zaś nie zamierzał próżnować i od razu ruszył na salę. Ręczniki? To dla słabych! On nie będzie stosował takich dyrdymałów. Nie zwlekał ani chwili i postanowił zrobić sobie rozgrzewkę. Nie była zbyt skomplikowana w teorii, ale w praktyce mogła być trudna do wykonania dla kogoś nie mogącego się pochwalić dużą sprawnością. Jednakże właściciel peleryny miał wszystko czego potrzeba. Rozgrzewka polegała na podskakiwaniu, szybkim rozkładaniu nóg, lądowaniu na ziemi w rozkroku, a potem kolejnym podskoku i złączeniu stóp, to wszystko w czasie minimum półtorej sekundy. Towarzyszyło temu wymachiwanie rękoma w jakiś spontaniczny, chaotyczny sposób. Z ust ćwiczącego wydobywało się zaś śpiewane na wymyśloną na poczekaniu melodię "siabadaba-siabadabada hu-hu-ha". Po jakichś dwóch minutach rozgrzewka oraz wyśpiewanie tego jakże ambitnego utworu zostało zakończone, mięśnie były odpowiednio rozgrzane i nadszedł czas na trening właściwy. Otworzył butelkę wody i wylał sobie jej odrobinkę na język - ale tylko kilka kropel. Następnie zakręcił ją i spojrzał w kąt sali. Podchodząc do bieżni dopiero przypomniał sobie o psotniku, który również używał przed chwilą tego urządzenia aby się rozgrzać. On miał zamiar wystawić na próbę swoją szybkość i wytrzymałość. Oczywiście butelki postawił obok niej. Ustawił sobie taki tryb, przy którym będzie musiał się odrobineczkę wysilić. I wysilał się tak z trzy minuty, a później podwyższył poziom trudności. Tutaj musiał już przebierać nogami z większym zaangażowaniem. Po kolejnych kilku minutach ponownie zmienił ustawienia. Teraz po trzech minutach zaczynał się trochę męczyć. Gdy poczuł ból w klatce piersiowej i o mało co nie przewrócił się, uznał to za moment odpowiedni do zejścia z bieżni. Nic dziwnego że zaparło mu dech, w końcu to było 9 minut nieprzerwanego biegu. Nie chodziło mu przecież o to żeby się wymęczyć i potem nie mieć już siły na nic. Z butelki ubył jeden łyk, który dodał mu nieco sił. Chwileczka odpoczynku była dobrą okazją żeby zerknąć na jego "kolegę". Ten uderzał w worki treningowe. Ale nie było w tym tej tanecznej gracji, jaką miał niezaprzeczalnie utalentowany tancerz i śpiewak Hono. Fajnie się patrzyło jak ktoś się męczy, ale tu wszystko w nim stygło i nadszedł czas żeby powrócić do treningu. Kolejne urządzenie z którego postanowił skorzystać, było czymś podobnym do popularnych kanciarskich automatów z gruchami rzekomo mierzącymi siłę uderzeń. To jednak nie był żaden kant, to urządzenie faktycznie mierzyło siłę uderzenia używając do tego jakiegoś algorytmu nie do pojęcia dla nie-ścisłych. Do niego też podszedł i zaczął trenować. Nie myślał szczególnie nad tym, żeby ciosy zadawać szybko, ale mimo to cyferki zmieniały się tak często że mało kto byłby w stanie na ich podstawie zmierzyć siłę amatora zabójstw. Jednak trzeba zapewnić, że liczby te były całkiem duże jak na osobę o takim doświadczeniu jak on. Nic dziwnego, w końcu każde uderzenie było zadawane z całej siły. Całe to zaangażowanie poskutkowało tym, że automat aż brzęczał i trząsł się, jeszcze trochę a grucha by odleciała uderzając w ekran. Pierwsze uderzenie miało wartość bliską tysiąca, ostatnie przez niego zadane - ponad osiem tysięcy! Co prawda używana w nim skala nie odpowiadała ani trochę skali powszechnie używanej przez skautery, a płomienny jaszczur nie wiedział nawet jaka jest średnia osiągana na urządzeniu tego typu wartość, ale mimo wszystko był z siebie zadowolony. Ocierając ręką cieknący z czoła pot i dysząc ciężko odkręcił butelkę upijając dwa spore łyki tlenku wodoru. Mimo zmęczenia nie miał ochoty przerywać treningu. Dlatego też ruszył do ławeczki przeznaczonej do podnoszenia hantli. I rzecz jasna - podnosił. Najpierw dwoma rękoma, potem tylko prawą, następnie tylko lewą, a potem starał się jeszcze podnosić hantle nogami, co było o wiele silniejsze. A co z ogonem? No cóż, samo nieustanne trzymanie się nim ławki było ćwiczeniem. Przy okazji starał się co jakiś czas zerkać na wyczyny "łobuza". Podnoszenie ciężarów trwało półtorej godziny, zdążył przez ten czas rozpocząć kolejną butelkę wody. W końcu uznał że koniec tego dobrego, i nie ma sensu doprowadzać się na skraj wytrzymałości. Zamiast tego musiał popracować nieco nad swą ki. A najlepszym ćwiczeniem na to jest oczywiście medytacja polegająca na całkowitym wyciszeniu się. Wcale łatwe to nie było, bo rozpraszały go myśli o Jirrim, poza tym podczas medytacji przez cały czas unosił się nad ziemią powoli obracając się dookoła. Ostatecznie jednak udało mu się osiągnąć spokój ducha i utrzymać ten stan przez jakiś czas. Ze "snu" wyrwał go głos towarzysza proponującego udanie się na jakąś misję.
-No, zawsze możemy sprawdzić czy jest coś do roboty. Chodźmy.
Gdy to powiedział, postanowił że uda się do koszar, może przy okazji wstępując do magazynu po nowy detektor.
avatar

Honoberuto
Time Patrol
Time Patrol

Liczba postów : 474

Powrót do góry Go down

Re: Treningi Honoberuto

Pisanie by Haricotto on Czw Paź 27, 2016 9:56 pm

AKCEPTACJA

_________________
Sūpā Saiya-jin:


avatar

Haricotto
Admin/Time Patrol
Admin/Time Patrol

Liczba postów : 1130

Powrót do góry Go down

Re: Treningi Honoberuto

Pisanie by Honoberuto on Nie Lis 06, 2016 6:58 pm

Trening Kiaia

Rakot zakomunikował że opuścili orbitę niedługo po tym, jak Jirri wrócił z treningu i udał się na drzemkę. Honoberuto miał szansę to usłyszeć, bowiem nie był jeszcze na sali treningowej. Dlaczego? A dlatego, że musiał "rozgrzać" swoją ki. W końcu nauka nowej techniki zawsze łączyła się z dużym zużyciem energii. A przynajmniej dla początkującego wojownika. Kiedyś dojdzie pewnie do takiego poziomu, że wykonywanie nowych technik będzie polegało co najwyżej na przybraniu jakiejś pozycji ciała. Tak mu się przynajmniej zdawało. Wracając do rozgrzewki, wymyślił sobie proste ćwiczenie. Za pomocą swej energii wytworzył kilka małych światełek, trzy pomarańczowe i jedno czerwone. To czerwone było nieco większe i było nieruchome, ale reszta nie dość, że obracała się wokół własnej osi, to jeszcze w różnej prędkości okrążały to większe po orbicie. Można było odnieść wrażenie, że to prosta symulacja jakiegoś układu planetarnego. Cały spektakl odbywał się się nad ozdobioną kapeluszem głową changelinga. Cały czas siedział w tym samym miejscu, gdzie czekał na koniec treningu swego młodszego kompana, milczał, a głowę miał zwieszoną w dół. Na tym polegała właśnie trudność - nie spoglądać na to, co się robi. W końcu jednak uznał, że starczy tych ćwiczonek, zgasił światełka swą wolą, powstał z ławki, zerknął przez okno nie widząc niczego interesującego oprócz miliardów gwiazd, po czym skierował swe kroki do sali treningowej. Była mniejsza od tej w bazie, ale miała jedną zaletę: Mógł być w niej zupełnie sam. To na pewno sprzyjało skupianiu się nad nową techniką. Zanim jednak przystąpił do czegokolwiek, musiał sobie miej-więcej ułożyć w głowie, jaki sposób na wywołanie tego podmuchu byłby dobry. Samo przypomnienie sobie momentu gdy oberwał z Kiaia nie wystarczało. Wiedział tylko, że to musi być coś innego niż zwykłe wykorzystanie swej energii do wytworzenia pocisku. Kilka minut rozmyślań mu wystarczyło, żeby sobie to wszystko wykombinować. Postanowił że będzie igrać z żywiołem wiatru, przekupi powietrze swą energią, aby to zechciało mu służyć. Tak, to brzmiało całkiem realnie i było wykonalne. A więc Hono postanowił przystąpić do dzieła. Stanął wyprostowany z rękoma rozłożonymi na boki. Bez wątpienia otaczało go powietrze. Przechodząc z wcześniejszego pomieszczenia do tego nie odczuł żadnej zmiany, a przydzieleni pod ich opiekę żołnierze nie sprawiali wrażenia zdolnych do oddychania w próżni. Changeling zaczął "upuszczać" z siebie energię. Na początek w małych dawkach. Swą siłą woli kazał jej "podczepiać się" pod otaczające go cząsteczki powietrza. Jako że Ki jest silniejsze od jego cząsteczek, ruchy energią powinny pociągnąć za sobą także powietrze, co powinno skutkować wywołaniem silnego podmuchu. A więc spróbował poruszyć swą energią, wspomagając się wyrzuceniem ręki do przodu. Niepowodzenie, energia opuściła powietrze po czym wystrzeliła naprzód, i tyle. Skąd wiedział że nie doszło do podmuchu? A, włączył skauter, ustawił go sobie na tryb wzmożonej czujności, więc nawet najmniejszy atak energetyczny w otoczeniu był odpowiednio sygnalizowany pikaniem, które tym razem nie nastąpiło. Przy kolejnej próbie poczuł już, że jest odpowiedzialny za jakiś wiatr, co potwierdził skauter. Ale przy tej drugiej i ruch ręki był mniej gwałtowny, i jego wola spokojniej przemawiała do energii. Ale nie było tak kolorowo, podmuch był bowiem słabszy niż powinien, było to odrobinkę silniejsze niż podmuch od machnięcia ręką, nic poza tym. To jednak na chwilę obecną musiało wystarczać. Jeśli opanuje do perfekcji robienie tych całkowicie bezużytecznych (no, chyba że jego wróg będzie ukrywał się w domku z kart) podmuchów, te groźniejsze będą prostsze w wykonaniu. No więc sobie tak machał z piętnaście minut, na koniec robił to bez żadnego wysiłku. Teraz można było pomyśleć nad większą siłą ataku. Żeby nie rzucać się od razu na głęboką wodę machnął ręką niewiele gwałtowniej. I tym razem usłyszeć można było charakterystyczne "bip-bip!". Od razu spróbował jeszcze raz wykonać odrobinę potężniejszy atak. I widocznie przesadził, bo nie usłyszał niczego. Nie zraził się niepowodzeniem i obrał inny sposób oswojenia się z podmuchami. Na początek przybrał odpowiednią pozycję zamykając uprzednio oczy. Nogi lekko ugiął, ręce wyprostował do przodu. Następnie zaczął spokojnie i głęboko oddychać nosem wciągając powietrze, a ustami wydmuchując. A potem zaczął robić coś, co można nazwać połączeniem tańca i ćwiczeń Tai Chi. Powolutku przyjmował różne pozycje wykonując wiele malutkich kiai. Jako że umiał latać, nie ograniczało go prawo grawitacji, a więc mógł przyjmować takie pozycje, o których nie śniło się zwykłym śmiertelnikom. Wyłączył sobie na ten czas skauter, aby ten nie zaburzał jego spokoju ciągłym pikaniem. Trwało to dość długo, bo aż dwie godziny (!), jednak po tym czasie był pełen spokoju ducha i harmonii z otaczającym go niesamowitym gazem.
-Oooch, żywiole powietrza, oto ambasador ognia chce twej przyjaźni. Zjednaj się z nim, zsynchronizuuuuuuj się, harmooonia, taaaaaaaak... Oto prosi cię czworościan o pomoc, ośmiościenny króóóóóóluuuuuuu... Taaaaak, dla ciebie stanę się Kazeeeeeeberuuuuutoneeeeeeeemmmm rodu Riaaaaaaaaah, oooo taaaaaak. Razem będziemy niepokonaaaaani, staniemyyy się istotą o bossskieeeej mocy, aaaaaaa...
Można powiedzieć że odleciał. Ale za to chyba już nic nie mogło mu przeszkodzić w wykonywaniu podmuchów. Otworzył oczy. Zebrał w swej ręce energię, a następnie pozwolił, aby ta opuściła jego ciało i przylgnęła do otaczających go cząsteczek powietrza i razem z nim stworzyła potężną broń. A potem machnął gwałtownie, ciągnąc za swą dłonią energię, a moc pociągnęła powietrze. I rozległ się słyszalny i w sąsiednim pomieszczeniu huk, wywołany wyzwoleniem energii z impetem. Gdyby tuż przed ręką, z której wystrzelony został kiai znajdował się jakiś kamień, kto wie czy nie wbiłby się w pancerz statku. Sprawca tego odgłosu zaczął dyszeć ciężko. Czyżby wykonanie Kiaia było aż tak męczące? Nie, po prostu tak głośny huk po tak długim okresie ciszy wprawił kapelusznika w rodzaj szoku. Zaraz jednak się otrząsnął i zadowolony z siebie opuścił salę. Wkroczył do pomieszczenia, gdzie znajdowali się Kapr i Rakot. Głośno zawołał Kapra, ten posłusznie stawił się na rozkaz tuż przed nim. Hono patrzał na niego przez chwilę nie odzywając się ani słowem, a potem wysunął rękę ku jego piersi. Kapr chyba nie spodziewał się, co zamierza zrobić jego tymczasowy przełożony. Zaraz potem mógł usłyszeć dwa potężne odgłosy. Jeden to była energia Kiaia. Drugi - jego ciało upadające na ziemię. Nie zrobiło mu to zbyt wielkiej krzywdy, w końcu to był zwykły Kiai. Ale nakrapianiec i tak był z siebie zadowolony, podał żołnierzowi rękę, pomógł mu wstać, zaśmiał się cicho a następnie poinformował go, że idzie się zdrzemnąć. I poszedł do sypialni, gdzie walnął się na jedno z wolnych łóżek, po czym zasnął.
avatar

Honoberuto
Time Patrol
Time Patrol

Liczba postów : 474

Powrót do góry Go down

Re: Treningi Honoberuto

Pisanie by Haricotto on Wto Lis 08, 2016 11:22 am

AKCEPTACJA

_________________
Sūpā Saiya-jin:


avatar

Haricotto
Admin/Time Patrol
Admin/Time Patrol

Liczba postów : 1130

Powrót do góry Go down

Re: Treningi Honoberuto

Pisanie by Honoberuto on Pią Gru 09, 2016 6:34 pm

Trening na staty

Jirri jednak nie zdecydował się na wspólny trening i zasugerował żeby Kapr dostał wycisk dwa razy. No cóż, teraz on był okrutny i niedobry, Hono zaś nie mógł nic poradzić na sadystyczne skłonności swego towarzysza. Jedyne co mógł więc zrobić, to zrobić to co miał do zrobienia w miarę szybko, żeby ich żywy worek treningowy cierpiał jak najkrócej. Taki był dobry. Oczywiście że to nie jest wcale żadne kłamstwo.
Znajdowali się już na sali i zanim mogło dojść do jakichkolwiek treningów, jaszczur musiał dokładnie obejrzeć swego pomocnika. Rybeniek chyba nie był jakimś patyczkiem, co to by padał po byle ciosie. W końcu był żołnierzem. Chociaż... W sumie kapelusznik nigdy nie widział co też ten gość potrafi. Istniało pewne prawdopodobieństwo, że dali im jakiegoś pozera, co to tylko groźnie wyglądać miał. Podszedł bliżej niego i spojrzał mu głęboko w oczy. Potem odwrócił się na pięcie, zrobił kilka kroków do przodu i znów się do niego odwrócił jeszcze raz ogarniając wzrokiem całą sylwetkę ciutkę podobnego do Kanassianina osobnika.
-Rozgrzewka będzie przyjemna - powiedział.
Następnie ponownie podszedł bliżej niego. Jedną ręką chwycił jego plecy na wysokości pasa, drugą złapał za jego dłoń i skierował na zewnątrz. Nakazał też to samo zrobić Kaprowi. Następnie zaczął powoli krążyć z nim po pokoju, bujając przy tym biodrami, i co jakiś czas wyskakując, nie zmieniając zbytnio pozycji. Ryboczłek musiał słuchać jego instrukcji, które wydawał szeptem. Posłusznie się do nich stosował, a więc po paru minutach wyglądało to już ładnie i ich ruchy były w miarę zsynchronizowane. A więc mogli już się zabrać za szybsze łażenie po pokoju i odważniejsze skoki, nie zapominając przy tym o biodrach. Kolejne kilka minut w efekcie przyniosło ciekawy widok tańczącej ze sobą skocznie pary. Jeszcze lepiej by się na to patrzyło przy słuchaniu jakiejś pasującej do tego muzyki. Zamiast tego ten, który wymyślił tą zwariowaną rozgrzewkę, nucił sobie jakąś melodię bez ładu i składu, ale za to rytmicznie pasującą do wykonywanych ruchów. Kapr nie był pewnie zbyt uradowany tym że musi się z nim ściskać i sobie skakać po sali treningowej. Ale Najgorętszy z Demonów Mrozu był za to w swoim żywiole. I nie dostrzegał tego, że depcze partnerowi po nogach, że o mało co się nie przewrócił kilka razy, że gdyby ktoś z boku na to patrzał, roześmiałby się donośnie, głównie z jego powodu. Działo się to wszystko w coraz szybszym tempie, aż w końcu Hono niespodziewanie puścił rybeńkę klaszcząc przy tym w dłonie. Kaprowi od tych obrotów zakręciło się w głowie i upadł na tyłek, ale on był przyzwyczajony. Zdarzało mu się nie raz i nie dwa się tak obracać wyobrażając sobie jakiś taniec. Widząc upadek swego partnera, skłonił się nisko jakby ten przed chwilą nie zderzył się z podłogą, a zaczął klaskać. Tak, to była chyba wystarczająca rozgrzewka. Można już było przejść do treningu właściwego, co też zostało przez Honoberutona ogłoszone. O minie, jaką zrobił wtedy Kapr, chyba lepiej nie mówić.
Trzeba było urządzić trening siłowo-wytrzymałościowy. Siłowy dla Kapra, wytrzymałościowy dla właściciela peleryny. Był dość prosty w założeniu. Rybka miała wyprowadzać ciosy, Hono miał przyjmować je na tors. No i zaczęli. Z początku ciosy atakującego pozostawały w przedziale od "słabe" do "średnie", lecz po kilku minutach białołuski jakby się rozkręcił i już ciosy były silniejsze i boleśniejsze. Trwało to około dwudziestu minut. Było to też dobre ćwiczenie na opanowanie dla tego, kto przyjmował ciosy. W końcu bezczynne stanie podczas gdy ktoś cię okłada nie jest prostym zadaniem. Ale jemu to się udało, chociaż od pewnego momentu zaczął się zauważalnie trząść. Następnie nadszedł czas na kolejny rodzaj treningu, tym razem sprawdzający wytrzymałość Kapra. On jednak nie miał przyjmować ciosów na tors, lecz łapać je rękoma. Atakował oczywiście jaszczur. I to też trwało około dwudziestu minut. A potem kapelusznik wymyślił sobie coś nowego. Położył się na ziemi i kazał pomocnikowi stanąć na jego dłoni, którą trzymał teraz na wysokości klatki piersiowej. Po tym jak Kapr to zrobił (stał na jednej nodze, tylko tyle było miejsca), changeling zaczął go... podnosić! Tak, cała masa jego koleżki była skupiona była w jednym w punkcie, a on ten punkt podnosił! Oczywiście, na początku było ciężko, ale ostatecznie udało mu się podnieść go na wysokość dwudziestu centymetrów od podłoża! Potem Kapr stracił równowagę i spadł. A wtedy nadszedł czas na drugą rękę, z którą zrobił to samo. Po tym treningu ramion mięśnie jaszczura bolały niemiłosiernie. Aby nieco ulżyć rękom, powtórzył cały proces podnoszenia kapra, lecz tym razem nogami! Następnie próbował jeszcze ogonem, ale tu już nie podniósł go nawet na dziesięć centymetrów. No dobrze, chyba powinien dać chwilę odpoczynku swojemu ciału. Tylko swojemu. A co ryba miał robić? Stać na rękach. Nakrapianiec zaś wytworzył sobie pocisk ki, którym sterował pomiędzy rękoma swego pomocnika, między jego nogami, a czasem niebezpiecznie blisko zbliżając go do jego twarzy. W walce oczywiście taki pocisk byłby zupełnie bezużyteczny. Może można było nim sterować, ale był strasznie powolny i tak słaby, że nikomu by nie zrobił krzywdy. Stwórca tego ataku nie był jeszcze na tyle doświadczony, aby swobodnie sterować kulami energetycznymi i wykorzystać to w walce. Ale takie krążenie wokół drżącego nieco karpiowatego było dobrym ćwiczeniem na koncentrację, a co za tym idzie - na zwiększenie swych możliwości panowania nad Ki. No i to trwało z pół godziny, bo po tym czasie ryboczłek zmęczył się i stanął na nogach, obolałymi rękami machając na boki.
-No, chyba starczy - powiedział do niego kapelusznik. Następnie stanął tuż przed nim, stykając się z nim klatką piersiową. Stali tak z minutę. Gad uśmiechał się jakoś tak nieprzyjemnie, Kapr był nieco zestresowany i chyba nawet zmęczony. I nagle: BACH! Pięść Honoberutona wylądowała na jego piersi popychając go nieco do tyłu. Chwilę później liczba ludności na sali treningowej zmniejszyła się o połowę, bowiem sprawca tego uderzenia opuścił ją. Podszedł do Jirriego i rzekł mu:
-Możesz go już sobie wziąć, ja chyba muszę odpocząć.
avatar

Honoberuto
Time Patrol
Time Patrol

Liczba postów : 474

Powrót do góry Go down

Re: Treningi Honoberuto

Pisanie by Laptor on Pią Gru 09, 2016 6:42 pm

Akcept

_________________
Ore ni kateru no wa, ore dake da
______________________________________________________
avatar

Laptor
Mistrz Gry

Liczba postów : 1283

http://www.invincible.oxn.pl

Powrót do góry Go down

Re: Treningi Honoberuto

Pisanie by Honoberuto on Sob Gru 24, 2016 3:08 pm

Trening Whirlwind Blowa

Honoberuto powoli, nieco leniwie kroczył po korytarzu bazy. Co jakiś czas wzdychał głośno, aż się za nim obracali z miną skrzywioną. On po prostu był zmęczony. Może niezbyt jeśli chodzi o doznania cielesne, ale psychicznie miał dość wrażeń, przynajmniej na najbliższe kilka godzin. W sumie był żołnierzem, więc nie mógł liczyć na jakieś długie wolne. No, pomarzyć zawsze można. W końcu stanął pod drzwiami do których chciał wejść. Były to drzwi do jego mieszkania. Otworzył drzwi i w jednej chwili zdębiał. Jego oczom ukazał się widok CAŁKOWICIE PUSTEGO białego pomieszczenia. Z początku zrobił krok w tył i przyjrzał się oznaczeniom widocznym z korytarza. Zawsze wiszące tu napisy "SEH Harara" i "Bar u Embesa" nadal były doskonale widoczne. Numer także się zgadzał. Nie było mowy o pomyłce. Upewniwszy się że nie dokonał omyłkowego włamania, wszedł w głąb swego mieszkania i rozejrzał się po białym pomieszczeniu. Gdzie kontuar? Gdzie stoliki, krzesełka, cała reszta wyposażenia baru? Odpowiedź była oczywście prosta i każdy głupi zorientowałby się o co tu chodzi. Ale kapelusznikowi należy wybaczyć, jeśli chodzi o myślenie to nieco się na ten dzień wyczerpał. Odpowiedź przyszła, gdy ze schodów zszedła dobrze znana mu osoba.
-O, Hono.
-Cześć.
Widok Embesa od razu mu przypomniał, że jego brat przecież planował zamknąć bar. Nieco zawstydzony tym, że z początku niemal zaczął panikować, zaczerwienił się lekko.
-Gdzie byłeś? Zapisałeś się w końcu do wojska? - zapytał go Embes.
-A, tak! Wiesz, w sumie to nawet dwie pierwsze misje za mną.
-No właśnie. Przez kilka dni w ogóle cię nie widywałem, gdzieś ty był?
-Ooo, no właśnie zaraz ci opowiem.

No i mu opowiedział. O tym jak się zapisał, jak odebrał sprzęt, jak zabił ostatniego Kanassianina, jak trenował, jak poznał Jirriego, jak udał się z nim na Imeckę, jak udawał jego ojca, jak ich uratowała jakaś dziwna paniusia, jak powrócili i jak Jirri go zagrał mu na nerwach... Nie obyło się bez przerywania, dopytywań, komentarzy i innych reakcji ze strony Embesa, no ale to naturalne przy każdym dłuższym opowiadaniu.
-... no i wtedy pomyślałem że pójdę do domu, no i tyle się działo.
-No, wziąłęś się za siebie, i to solidnie. To bardzo dobrze. A ja załatwiałem zamknięcie baru. Nieco mniej to było pasjonujące, nie ma o czym gadać, hehe.
-Ach, chyba o czymś zapomniałeś.
-A, no tak, na korytarzu. Później to zabiorę.
-Co teraz będziesz robić bez baru?
-Nie mam już ochoty na prowadzenie jakiegoś interesu. Też pójdę do wojska. Pewnie będę pilotem, jak tata. To się bardziej opłaca, jeśli się oczywiście to lubi.
-O, właśnie, tata kontaktował się z tobą?
-Tak. Na planetę powinien dotrzeć jutro.
-Yhm.

Zapadło na chwilę milczenie. Zaraz potem jednak Embes rozejrzał się po pustym pomieszczeniu i odezwał się znowu:
-Się tak zastanawiałem czy za kasę z baru nie kupić tu jakiegoś sprzętu do treningu. Worki, hantle, może jakieś automaty, rozumiesz. Byśmy mogli sobie trenować tutaj. Na siłce jest tłoczno i nieprzyjemnie, to byśmy mogli sobie tutaj trenować, w zaciszu. Miejsca chyba jest dość.
-Ta, też tak myślę.
-A właśnie, nie masz może ochoty żeby się trochę rozruszać?
-Może mam.
-To pokażę ci Whirlwind Blowa.
-Okej.

Embes stanął jakiś metr od środka pomieszczenia i polecił bratu stanąć naprzeciwko siebie. Ten zrobił to i wysłuchał jego instrukcji.
-Zaprzyj się nogami.
Widząc po nogach ucznia, że polecenie zostało wykonane, starszy z braci w jednej chwili bardzo się skupił. Stanął w rozkroku, wciągnął powietrze nosem i przez kilka sekund w ogóle się nie poruszał. A potem usta zgiął w dzióbek i wydał z siebie silny gwizd. Poza tym gwizdem z jego ust wydobyło się coś jakby promień, który uderzył w Honoberutona i przewrócił go, przez co kapelusznik upadł na ramię. Zaraz się podniósł, powiedział "ała" i spojrzał na sprawcę swego bólu.
-Gdybyś się nie zaparł, mógłbyś polecieć na ścianę. A to i tak była słabsza wersja tej techniki - wytłumaczył Embes.
-Działa trochę jak Kiai.
-Jeśli używa się tego na jednej osobie, to można powiedzieć że to jest całkowicie jak Kiai, tyle że silniejsze. Ale gdybym był otoczony, to nie tylko ty byś się przewrócił, a więc różnica by była. Ta technika polega na wytworzeniu trąby powietrznej, która odrzuci od nas przeciwników.
-Rozumiem.
-To dobrze. Myślę że mogłoby ci się to przydać.
-Pewnie tak.
-A więc nauczę cię tego. Ale zanim przejdziemy do właściwej lekcji... Potrafisz gwizdać?
-Jasne
- powiedział Hono i dał dowód krótkim gwizdem.
-O, wspaniale. Dla tych co tego nie potrafią, najwięcej problemów sprawia właśnie nauka gwizdania, właściwa technika to pół biedy. Pamiętam jak tata mnie uczył, usta bolały mnie okropnie. Tego jednak wymaga ta technika, tylko gwiżdżąc można wyzwolić jej pełny potencjał. No dobra, dość lania wody.
I lanie wody się skończyło. Zaczął się za to krótki wykład o tym, jak skumulować swą Ki w buzi. Nakrapianiec dokładnie wysłuchał instrukcji, a potem wedle jego zaleceń zebrał energię w jamie ustnej. Od razu gwizdnął pozwalając swej Ki odejść, lecz podmuchu nie było. Zaraz jednak otrzymał wyjaśnienie. Okazało się, że samo skumulowanie energii w ustach i gwizdnięcie będzie miało taki sam efekt jak zebranie energii we wnętrzu dłoni i wypuszczenie jej sekundę później, a więc tylko pozbycie się części swej mocy. Dowiedział się, że warto najpierw poćwiczyć wykonywanie Kiaia ustami. Tak więc zaczął to robić. Z początku dużo energii mu ubywało i ku jego niezadowoleniu Kiai był słaby, ale po kilkunastu minutach przyzwyczaił się i silne gwizdanie przynosiło taki sam efekt jak wywoływanie podmuchów ręką, a więc to mu się udało, z czego się cieszył. To jednak nadal nie był Whirlwind Blow. Nie pojawiały się kolorowe promienie, a podmuch nie miał skłonności do zakręcania i tworzenia trąby powietrznej. I tutaj otrzymał stosowne rady. Podmuch wytworzony pod pewnym kątem łatwiej będzie się wyginał i skręcał, a kolorowe promienie to efekt zużycia większej ilości siły, przez którą powietrze zaczyna się barwić na różne kolory. Zachęcony wyobrażeniem wrogów rozrzucanych po okolicy za pomocą gwizdu od razu zabrał się do doskonalenia techniki. Dzięki danym mu radom ten Kiai coraz bardziej przestawał być Kiaiem, a zmieniał się w Whirlwind Blowa. Gdy podmuch wykonywany w lewą stronę w ciągu sekundy uderzał w jego wstążeczki po prawej stronie, a więc obietnica tornada już się tworzyła. Zaś większe zaangażowanie jakby wytwarzało błyszczące na płomienny kolor małe promienie. Perfekcji jednak wciąż nie było. Nie zrażając się tym faktem Najgorętszy z Demonów Mrozu nadal ćwiczył próbując podmuch który narazie tylko go okrążał niejako wydłużyć i zwiększyć średnicę okręgu po którym ów podmuch się poruszał wraz ze wzrostem wysokości, na której się on znajdował. Dokładne kombinowanie i duże zaangażowanie dawało jeszcze więcej efektów specjalnych. Podczas gdy on ćwiczył i doskonalił technikę, Embes w międzyczasie przygotował mu jakiś pożywny koktajl, który miał mu dodać sił. Po paru minutach wyszedł z kuchni, podszedł do niego, podał mu szklankę i patrzył jak opróżnia ją w ciągu kilku sekund. Napój ten bowiem nie tylko praktycznie wzmacniał, lecz także smakował dość dobrze, bo zupełnie jak czekolada. A słodkości każdy przecież lubi. Zaraz Embes musiał wracać ze szklanką do zlewu żeby ją umyć, on zaś pełen nowych sił ponownie zabrał się za doprowadzanie swojego Whirlwind Blowa do perfekcji. To wytwarzanie podmuchów, upuszczanie i pochłanianie energii wymagało dużego skupienia, przez co nie mógł właściwie porównać tego co mógł robić teraz, do początku ćwiczeń. Poprosił więc nieobserwującego go już od pół godziny brata o kontrolę. Stanął naprzeciwko niego, i wciągnął powietrze nosem jednocześnie kumulując Ki w swojej buzi. Następnie zrobił dzióbek i gwizdnął głośno i piskliwie. Wraz z gwizdem pojawił się rzecz jasna podmuch. Był on podobny do tego stworzonego na początku przez Embesa. A podmuchowi towarzyszył niby-płomień który efektownie dodawał "pałera" tej całej technice. Jeśli zaś chodzi o siłę tego konkretnego ataku, to Embes, który się zaparł, o mało nie stracił równowagi. Jednakże był bardziej w tym doświadczony i mimo wszystko nie przewrócił się, choć w jednym ułamku sekundy kapelusznikowi wydawało się, że tak się stanie. Zaraz padła ocena.
-Siedem na dziesięć. Jeśli ci się chce, to popróbuj jeszcze trochę.
-E, może później. Wolałbym sobie trochę odpocząć
- odparł.
-A, jasne. To możesz się przespać, ja tu coś ugotuję. Co ty na smażone korzenie baobabów z planety B-612?
-Nie wiem co to, ale jeśli dobre to możesz przyrządzić.
-No to przyrządzę, a ty idź spać.
-Ta, to idę.

No i wedle zapowiedzi wszedł po schodach na górę i poszedł do sypialni, gdzie prędko zasnął. Nie spał długo, nie minęła nawet godzina. Czuł się jednak w pełni wypoczęty. Po przebudzeniu rozciągnął się i prędko zszedł na dół. Wszedł do kuchni, a na kuchennym stole już stały dwa talerze na których leżały jakieś czarne materie które można nazwać smażonymi korzeniami. Przy jednym z nich już siedział Embes zajadając się ze smakiem. Niewiele myśląc dołączył do niego. Już po pierwszym kęsie docenił talent kulinarny swego brata. Zaczęli rozmowę najpierw o człowieku który dostarcza im tych korzeni. Później rozmowa zeszła na politykę, następnie wspólnie zaczęli rozmyślać nad podbojami. A potem zastanawiali się, czy też nieco agresywna polityka zewnętrzna ich imperium nie pogrąży ich w jakiejś wojnie. Tak to sobie rozmawiali dwaj bracia. A na koniec Hono wyszedł z domu mając nadzieję na coś do roboty, może niekoniecznie od bazy. Oj, ale by sobie kogoś zabił...
avatar

Honoberuto
Time Patrol
Time Patrol

Liczba postów : 474

Powrót do góry Go down

Re: Treningi Honoberuto

Pisanie by Haricotto on Pon Gru 26, 2016 9:19 pm

AKCEPTACJA

_________________
Sūpā Saiya-jin:


avatar

Haricotto
Admin/Time Patrol
Admin/Time Patrol

Liczba postów : 1130

Powrót do góry Go down

Re: Treningi Honoberuto

Pisanie by Honoberuto on Pon Sty 02, 2017 9:15 pm

Trening na staty

Honoberuto po opuszczeniu swego mieszkania przez jakiś czas kręcił się po korytarzach bazy bez celu nudząc się strasznie. W końcu naszła go myśl, żeby udać się gdzieś z dala od innych, na jakieś odludzie. Tak też zrobił. Opuścił bazę, oczywiście uprzednio załatwiając potrzebne do tego zezwolenie. I poleciał przed siebie. I latał tak, latał, aż w końcu dostrzegł polanę na skraju lasu, na której stało po środku drzewo. Pomyślał że się tam zatrzyma i tak też zrobił. Było tam trochę krzaków z podejrzanymi owocami, trochę skałek i suchych pniaków. Pomyślał że choć niedawno trenował, może ponownie to zrobić. Nie tyle był zmęczony fizycznie, co psychicznie, dlatego też ćwiczenia z dala od innych ludzi wydawały mu się teraz formą wypoczynku. Po wylądowaniu postanowił wykonać trochę banalnych ćwiczeń, takich jak skłony, przysiady, pompki i pajacyki. Nie musiał się śpieszyć, miał dość miejsca i był całkiem sam, dlatego nie śpieszył się zbytnio z tą rozgrzewką. Trwała ona pół godziny. Nie przemęczał się zbytnio, w końcu nie o to chodzi w treningu. Mimo to zachciało mu się pić. Że też nie wziął se sobą żadnej wody! Pragnienie jednak na dłuższą metę wyssało by z niego chęci, dlatego też musiał coś z tym zrobić. I nagle przypomniał sobie coś, co usłyszał dawno temu podczas rozmowy z jakimś psopodobnym żołnierzem, klientem baru jego brata. Ten już trochę zawiany zaczął gadać na cały lokal o swojej zielarskiej pasji i o tym, że odkrył na No.79 niesamowite jagody. Jedna taka jagoda ma zaspokajać pragnienie w takim stopniu, jak łyk wody. Może jeden z występujących tu krzaków zawierał takie jagody? Próbował sobie przypomnieć jakieś szczegóły. Coś mu w głowie świtało że te jagody miały mieć jakiś jasny kolor i strasznie pikantny smak. Znalazł jakiś krzak jagód, ale te były ciemnozielone. Po chwili znalazł kolejne jagody. Te już były nieco jaśniejsze, ale nie dość aby nazwać je jasnymi. Potem znalazł dwa rosnące obok siebie krzaki. Na pierwszym były jasnoczerwone jagody, na drugim niemalże idealnie białe. A więc oba spełniały jeden z warunków. Teraz pytanie: która z nich będzie niesamowicie pikantna? Jaszczur przez chwilę się w nie wpatrywał, aż w końcu założył że ze smakiem pikantnym kojarzy mu się bardziej kolor czerwony. Urwał więc jedną z jagód z pierwszego krzaka. Już miał ją włożyć do buzi, gdy nagle zawahał się. A co jeśli tamten żołnierz tak naprawdę nie był żadnym zielarzem i to alkohol sprawił że zaczął gadać głupoty? A jeśli jednak tutaj nie rosły te jagody i po spożyciu tej dostanie poważnego zatrucia? Cóż, w końcu pomyślał że zaryzykuje. Baza w końcu nie była tak strasznie daleko. Gdyby źle się poczuł, mógłby od razu do niej polecieć. A więc zamknął oczy i wrzucił owoc do ust. Niby była to jagoda, a paliła jak najostrzejsza papryczka. Udało mu się ją przełknąć, ale zaraz potem zaczął pluć i łzawić. Chętnie by się czegoś napił. Ale właśnie po to zjadł tą jagodę żeby nie pić. Z minutę się męczył, ale potem z zadowoleniem stwierdził, że jednak rzeczywiście poczuł się tak, jakby napił się łyka wody. Ale to było za mało. Otarł czoło i zaraz wziął jeszcze dwie. Wrzucił je do ust i starając się nie dotykać ich językiem, zjadł je. Mimo starań pikanteria była ogromna, dlatego też pomyślał że tyle mu musi starczyć. Teraz mógł przejść do dalszego treningu. Powrócił na środek polany stając pod drzewem. Stanął tak, aby mógł spojrzeć na roślinę bez odwracania głowy. Zrobił kilka podskoków w miejscu. Niezbyt wysokie były te podskoki. Ale po chwili spadając na ziemię ugiął nogi, zebrał w nich siły i wyskoczył na trzy metry w górę, niczym na sprężynie. Zrobił fikołka w powietrzu po czym wylądował na ziemi. Oddalił się nieco od drzewa. Ponownie zebrał siłę w nogach i wyskoczył robiąc przewroty. I znowu. I jeszcze raz. I jeszcze. Każdy skok oddalał go od środka polany i przybliżał go do lasu. Po kilku takich efektownych skokach ponownie zleciał na ziemię. Jednak tym razem nie chciał już robić kolejnych podskoków. Mógłby wylądować na drzewie, bo był już całkiem blisko lasu. Dlatego też lądując zrobił szpagat w powietrzu. I poczuł, że coś jest nie tak. Podłoże było dziwnie miękkie. Po dwóch sekundach z przerażeniem spostrzegł, że coś go podnosi do góry! Nachylił się do przodu i ujrzał wielkie, czerwone, wpatrujące się w niego wściekle oczy. Wyglądało na to, że wylądował na grzbiecie jakiegoś wypoczywającego pod lasem zwierza! Ów zwierz był posiadaczem okazałych rogów, a więc złapał się za nie aby nie nie spaść. Wtem zwierze prychnęło, ryknęło, warknęło i wystartowało do przodu z zadziwiającą prędkością. Zaczęło skakać i wierzgać po polanie, wielokrotnie zakręcając gwałtownie. Changeling ledwo mógł się utrzymać na jego grzbiecie. Jeździec spadł jednak z niezbyt posłusznego wierzchowca dopiero po jakichś trzydziestu sekundach. Jednak tym razem rogacz tak nim cisnął o ziemię, że kapelusznik aż się potoczył niczym beczka, przy czym spadła mu peleryna. Powstał prędko. Teraz mógł przyjrzeć się zwierzowi. Wyglądał jak wielki niebieski tur z rogami skierowanymi do góry, czerwonymi ślepiami i bardzo gęstej sierści na grzbiecie, prawdopodobnie był to samiec. Chyba nie był zadowolony z tego, że jego spoczynek został zakłócony. Jednym z przednich kopyt pocierał o ziemię i prychał głośno, jakby dając intruzowi znak, aby prędko się wycofał. Intruz doskonale rozumiał te sygnały Ostrożnie schylił się po pelerynę i mając ją w ręku zrobił kilka kroków w tył. Peleryna była nieco przybrudzona, a więc załopotał ją aby oczyścić ją z kurzu. Zaraz potem miał zamiar się stąd ulotnić. Ale tura coś rozwścieczyło. Być może ruch czerwonego materiału? Wnet skoczył ku Honoberutonowi, ten zaś w ostatniej chwili zdołał odskoczyć. Wylądował na ziemi i widząc że zwierz gotuje się do kolejnego skoku, wykrzyknął głośno:
-Oż ty chamie, ja już iść sobie chciałem, a ty na mnie? Ja ci dam!
I tutaj ponownie załopotał peleryną, aby sprowokować go do ponownego ataku. Dobrze wiedział, że właśnie rzuca wyzwanie nieobliczalnej, pozbawionej moralności sile która mogłaby mu połamać kości, gdyby skoczyła na jego ciało. Siła zaś przyjęła wyzwanie i wykonała kolejny skok. Tym razem torreador spodziewał się tego, a więc unik nie sprawił mu problemu. Byk od razu ponowił skok, i ponownie intruz uniknął bolesnego spotkania z nim. Changeling zauważył jakąś leżącą na ziemi mocną gałąź. Podniósł ją i ponownie załopotał peleryną. Byk zaś znów przypuścił atak, teraz jednak Hono zamiast skoczyć w bok, skoczył do góry przeskakując nad dzikim rogaczem i gałęzią uderzając go w zad. Po wylądowaniu za nim zrobił jeszcze jeden skok w dal, żeby zwiększyć odległość między nim a niesfornym toro. Ten zaś prędko się odwrócił i już nawet nie czekając na łopotanie płachtą, skoczył ku kapelusznikowi. kapelusznik jednak nie zauważył, że zwierzątko wyskoczyło nieco wyżej niż zazwyczaj i ponownie skoczył w górę. Gdy zorientował się że zwierzę na niego leci, było już za późno na unik. Dlatego też nie myśląc za wiele zdzielił go gałęzią. Ta się złamała, zwierzę zaś odleciało nieco w tył. Jego długi róg niemalże zarysował gardło changa. Oboje spadli na ziemię, wzbił się kurz. Honoberuto ciężko dyszał. Taka korrida była bardzo męcząca. Zwierz z pewnością także był zmęczony. Oboje wpatrywali się sobie w oczy, ale z pewnością nie były to miłosne spojrzenia. Korzystając z chwili wytchnienia gad zamienił płachtę ponownie w pelerynę zakładając ją sobie prędko. Nie miał pojęcia jak sobie poradzić z niebezpiecznym okazem, a odpuszczać nie miał zamiaru. Może nie było to rozsądne, ale wybrał najprostszą opcję: Zwyczajnie się na niego rzucił! Biegł prosto na niego, co gospodarza polany wprawiło w lekkie osłupienie. Gdy był tuż przed turem, zrobił ślizg na plecach. Po chwili jego nogi znajdowały się między nogami byka. Rękoma złapał go za głowę i z całej siły się jej trzymał. Zdezorientowany dziki rogacz na chwilę stanął na tylnich nogach, jednakże zaraz stracił równowagę i przewrócił się na grzbiet. Dla kapelusznika była to szansa. W ułamku sekundy zdjął czapkę, nachylił odpowiednio głowę i gwałtownie pchnął. W jednej chwili rozległ się głośny ryk, kończyny obu wojów swymi ruchami wzbiły chmurę kurzu tak wielką, że opadła ona po dwudziestu sekundach. A gdy już opadła, jaszczur powstawał znad turzego trupa. Szeroko się uśmiechał. Nie dlatego że ocalił swe życie. Dlatego, że zabił tego byka! Zabił go! Jasne, to było zwierzę, ale jakie waleczne! Zaciskając pięście z radości śmiał się turowi prosto w martwe już oczy, na których jeszcze dojrzeć można było ogromne przerażenie. Tak dawno nie pozbawił nikogo życia, że emocje w nim buzowały. Czuł się jakby na jego plecy ktoś wylał wiadro lodowatej wody w upalny dzień. A wodą tą była radość nie do wypowiedzenia, a także satysfakcja i ogromna rozkosz. I nie myślał teraz o tym, że to było tylko zwierzę, że może był to czyjś pupilek domowy, że może jacyś międzygalaktyczni obrońcy praw zwierząt teraz się go uczepią. Nawet się nie zorientował, gdy upadł na kolana i zaczął ściskać tura jak jakiegoś wielkiego pluszaka, tak teraz był szczęśliwy. Dla jeszcze większej radości powstał, podskoczył wysoko, cały ciężar ciała przeniósł na jedną ze stóp i wylądował na byku, wgniatając się w jego ciało. Jeszcze raz rzucił się na ziemię i jął obejmować martwą bestię w taki sposób, że z jej przebitej szyi wytrysnęło jeszcze więcej krwi. Potem ta cała rozkosz ustała, przez co mógł zacząć racjonalnie myśleć. Powstał, odszedł od tura o kilka kroków i zorientował się, że pokryty jest czerwoną krwią, którą wydał z siebie ten byk. Sam tur nie był bardziej czysty, podłoże polany także przykryło się czerwienią. Już miał zacząć się martwić jak on to wszystko z siebie zmyje, ale nagle zerwał się wiatr. Korzystając z okazji ustawił się tak, żeby jego peleryna i wstążeczki mogły majestatycznie powiewać, jedną stopę postawił na turze, przyjął pozę bohatera i ryknął nie dziczej niż sam tur niedawno ryczał:
-WRRRRRAAAAAAAAAAAAGHH!
I wiatr nagle ustał. A więc kapelusznik postanowił wracać już do bazy, bo się zmęczył niebywale. Wziął byka na barki, co nie było łatwe zarówno z powodu rozmiarów, jak i masy zwierza. Ale udało mu się to zrobić. Potem zaś odwrócił się tak, aby trafić w stronę bazy i zaczął pomaluuuutku lecieć, żeby tylko swej zdobyczy nie upuścić.

z/t
avatar

Honoberuto
Time Patrol
Time Patrol

Liczba postów : 474

Powrót do góry Go down

Re: Treningi Honoberuto

Pisanie by Laptor on Pon Sty 02, 2017 10:17 pm

Akcept

Pisałem już ci o tym: Treningi wykonujesz w dziale na plenecie a tutaj tylko link ;d

_________________
Ore ni kateru no wa, ore dake da
______________________________________________________
avatar

Laptor
Mistrz Gry

Liczba postów : 1283

http://www.invincible.oxn.pl

Powrót do góry Go down

Re: Treningi Honoberuto

Pisanie by Honoberuto on Sob Sty 28, 2017 8:08 pm

http://dbanotheruniverse.forumpolish.com/t179-kanion

trening z NPC na technikę Ki Sword
avatar

Honoberuto
Time Patrol
Time Patrol

Liczba postów : 474

Powrót do góry Go down

Re: Treningi Honoberuto

Pisanie by Honoberuto on Sro Lut 01, 2017 8:05 pm

avatar

Honoberuto
Time Patrol
Time Patrol

Liczba postów : 474

Powrót do góry Go down

Re: Treningi Honoberuto

Pisanie by Laptor on Sro Lut 01, 2017 10:21 pm

Akcept

_________________
Ore ni kateru no wa, ore dake da
______________________________________________________
avatar

Laptor
Mistrz Gry

Liczba postów : 1283

http://www.invincible.oxn.pl

Powrót do góry Go down

Re: Treningi Honoberuto

Pisanie by Honoberuto on Nie Lut 05, 2017 6:40 pm



Ostatnio zmieniony przez Honoberuto dnia Nie Lut 05, 2017 8:16 pm, w całości zmieniany 1 raz
avatar

Honoberuto
Time Patrol
Time Patrol

Liczba postów : 474

Powrót do góry Go down

Re: Treningi Honoberuto

Pisanie by Laptor on Nie Lut 05, 2017 7:06 pm

"Poczuł się jakby" - Brakuje przecinka i tak samo "Z trudem się trzęsąc powstał" między trzęsąc a powstał no ale, dobra zaakceptuję ci to.

_________________
Ore ni kateru no wa, ore dake da
______________________________________________________
avatar

Laptor
Mistrz Gry

Liczba postów : 1283

http://www.invincible.oxn.pl

Powrót do góry Go down

Re: Treningi Honoberuto

Pisanie by Honoberuto on Sro Mar 15, 2017 7:31 pm

avatar

Honoberuto
Time Patrol
Time Patrol

Liczba postów : 474

Powrót do góry Go down

Re: Treningi Honoberuto

Pisanie by Laptor on Czw Mar 16, 2017 6:45 pm

Akcept

_________________
Ore ni kateru no wa, ore dake da
______________________________________________________
avatar

Laptor
Mistrz Gry

Liczba postów : 1283

http://www.invincible.oxn.pl

Powrót do góry Go down

Re: Treningi Honoberuto

Pisanie by Honoberuto on Wto Mar 21, 2017 6:23 pm

avatar

Honoberuto
Time Patrol
Time Patrol

Liczba postów : 474

Powrót do góry Go down

Re: Treningi Honoberuto

Pisanie by Laptor on Wto Mar 21, 2017 6:35 pm

Akceptacja

_________________
Ore ni kateru no wa, ore dake da
______________________________________________________
avatar

Laptor
Mistrz Gry

Liczba postów : 1283

http://www.invincible.oxn.pl

Powrót do góry Go down

Re: Treningi Honoberuto

Pisanie by Honoberuto on Nie Kwi 23, 2017 6:58 pm

avatar

Honoberuto
Time Patrol
Time Patrol

Liczba postów : 474

Powrót do góry Go down

Re: Treningi Honoberuto

Pisanie by Laptor on Wto Kwi 25, 2017 8:09 am

Akceptacja

_________________
Ore ni kateru no wa, ore dake da
______________________________________________________
avatar

Laptor
Mistrz Gry

Liczba postów : 1283

http://www.invincible.oxn.pl

Powrót do góry Go down

Re: Treningi Honoberuto

Pisanie by Honoberuto on Czw Kwi 27, 2017 8:31 pm

avatar

Honoberuto
Time Patrol
Time Patrol

Liczba postów : 474

Powrót do góry Go down

Re: Treningi Honoberuto

Pisanie by Sponsored content



Sponsored content


Powrót do góry Go down

Strona 1 z 3 1, 2, 3  Next

Zobacz poprzedni temat Zobacz następny temat Powrót do góry


 
Permissions in this forum:
Nie możesz odpowiadać w tematach