Haricotto - Time Skip

Zobacz poprzedni temat Zobacz następny temat Go down

Haricotto - Time Skip

Pisanie by Haricotto on Nie Sie 06, 2017 12:10 am


Od pamiętnego pierwszego spotkania Aiko i Haricotto minęło trochę czasu. Ich spotkanie było bardzo nietypowe. Praktycznie pierwszymi słowami, jakie wypowiedział Haricotto, gdy ujrzał ją Aiko w całej okazałości, było jednoznaczne zapytanie o to, czy ta nie zechciałaby zostać... uwaga... matką jego dzieci! Normalnie bezczelny cham! Trzeba jednak wziąć pod uwagę, że Fasolka nie pochodził z Ziemi i był Saiyaninem. Obca była mu miłość i wszystko z nią związane. Oczywiście, wszystko o "przedłużaniu gatunku" wiedział, jednakże nigdy wcześniej nie był zakochany. Później wydarzyło się bardzo wiele. Nie od dziś wiadomo, że na przestrzeni jednego roku wydarzyć się może sporo. Trening z Boskim Mistrzem zwanym jako Żółwi Pustelnik tudzież Muten Roshi, ponowne spotkanie z Ryu i Aymi, a także ich trening pod okiem Haricotto. Niemniej jednak, to nie wydarzyło się ot tak...

Przenieśmy się nieco w czasie. Wciąż jest rok 750, a Armia Czerwonej Wstęgi trzyma łapę na praktycznie całej powierzchni Ziemi. Niektóre tylko tereny utrzymały swoją neutralność. Najsłynniejszym z nich były tereny zamieszkałe przez plemię Karinga, które pilnowało Świętej Ziemi.
Ta historia zaczyna się w momencie, w którym Haricotto opuścił swoją chatkę, zostawiając w niej Rock. Zauroczony jej osobą i jej urodą, pozwolił jej zostać w górskim domku tak długo, jak tylko miała na to ochotę. Nie chciał jej zostawiać, jednakże wiedział, że jego moc nie jest wystarczająca, by wyzwolić Ziemię i pomóc swoim bliskim osobom (Aymi, Ryu, Rock). Wolał zostać z Aiko i nacieszyć się tymi chwilami, jednakże jego wojownicza krew dała o sobie znak, wrząc i pchając go ku treningowi. Wiedział, że tak bardzo upragnione rezultaty zdobędzie tylko w jednym miejscu. W miejscu, które niedawno opuścił, ale do którego musiał wrócić, by doszkolić swoje umiejętności. Żegnając się z piękną ukochaną, która prawdopodobnie nie odwzajemniała tego uczucia, udał się prosto do Kame Sennina.
Wystrzelił jak proca z tarasu chatki, zostawiając za sobą białą smugę, która była pozostałością po szalonej aurze, która spowijała agresywnie jego ciało. Udał się ku zachodzącemu słońcu, a wiatr majestatycznie poruszał jego włosami.


Jakiś czas później, Kame House na wyspie pośrodku oceanu.

Haricotto wylądował, witając się głośnym "Yo!", kierując się prosto do domu, ponieważ nie zauważył nikogo na zewnątrz. Wszedł pewnie przez drzwi frontowe i ujrzał jak starszy mężczyzna siedzi i ogląda kobiety poruszające swoimi ciałami w bardzo erotyczny sposób. Oczywiście, był to zapis z kasety VHS, ponieważ odkąd RR objęło panowanie, telewizja puszczała tylko propagandowe reklamy, wychwalające wielką, wspaniałą i kochaną Armię Czerwonej Wstęgi.
Seans starca został oczywiście przerwany nagłym wkroczeniem Saiyanina, która stanął pomiędzy nim a odbiornikiem telewizyjnym, samemu oczywiście gapiąc się na piękne kobiety. Pierwszą myślą jaka przeszła mu przez głowę na widok mocnego twerku było "Ciekawe czy Aiko też tak potrafi?". Jednakże, nie miał czasu by dalej to oglądać. Kame zaczął go wyzywać od najgorszych za przerwanie mu pięknych widoków. Fasolka zaczął go uspokajać, mówiąc mu, że krew mu cieknie z nosa i żeby się uspokoił, bo jeszcze mu żyłka pęknie lub zawału dostanie. Obaj mężczyźni doszli do porozumienia, że z samego rana rozpoczynają trening.


Tej nocy Haricotto spał na podłodze, będąc przykrytym zwykłym kocykiem. Noc była chłodna, odczuwał dreszcze, które wprawiały w ruch jego ciało. Mimo to, pocił się niesamowicie. Koszmary nawiedzały jego umysł. Oczami wyobraźni widział na początku sielankę. Piękna pogoda, słońce świeciło. Chatka w górach. Na tarasie Rock i Aymi, bawiące się razem. Rock nuciła coś Aymi, coś wesołego. Na dole, przed domem trenował Ryu, pokonując swój rekord w pompkach. Coś jednak było inne. Nie nosił swojego białego gi, tylko było ono pomarańczowe. Z przodu jak i na plecach miało one wyszyte znak kanji, który mniej lub bardziej nawiązywał do imienia Haricotto. Wyglądało to jak wyciągnięte żywcem z jakiegoś konwentu cosplayowego. Tak czy siak, wyglądał na zadowolonego. Wszyscy wydawali się być szczęśliwi. Obrazek był piękny, jednakże... brakowało na nim jednej osoby. Tą brakującą osobą był Haricotto. To było dziwne, bo przecież stał tam i wszystko widział, ale... Nie było go, nie widział go zupełnie nikt. W pewnej chwili niebo zabarwiło się jasnym, zielonkawym kolorem, a zaraz po tym w miejscu eksplozji światła stał on... Haricotto. Nie był to jednak ten wesoły, chcący każdemu pomóc wojownik. To był ten sam zagubiony w nienawiści i rozpaczy nieszczęśnik, którym Fasolka był po śmierci jego babci. Coś musiało się wydarzyć, skoro znów czuć było od niego tę aurę... wrogości. Wyciągnął on otwartą dłoń w stronę chaty, uśmiechnął się perfidnie, śmiejąc się paskudnie pod nosem, po czym wystrzelił potężny promień z ręki, który pomknął momentalnie w Rock, Aymi i Ryu.


Haricotto zastygł w miejscu, nie mogąc się ruszyć. Widział przerażenie na ich twarzach, jak próbowali się ratować. Ryu zerwał się momentalnie, odbijając swoje nogi od twardego podłoża. Ciało jego spowite zostało białą, szalejącą aurą, która nerwowo kołysała się na boki.  Mknął najszybciej jak tylko mógł w stronę dziewczyn, by je obronić, krzycząc rozpaczliwie ich imiona. I kiedy był już na wyciągnięcie ręki, kiedy wydawało się, że zabierze je stamtąd i że wszystko będzie dobrze... Nastąpił wybuch. Postacie Ryu, Aymi i Rock dosłownie rozsypały się na kawałki, jakby nie były niczym więcej niż zwykłym pyłem. Wybuch nie pozostawił nic po sobie, niszcząc cały dobytek. Saiyanin stał z wyciągniętą ręką przed siebie, jakby tym gestem chciał sięgnąć po swoich przyjaciół i ich uratować, ale było już za późno. Padł na kolana, zasłaniając swoją twarz dłońmi. Z jego oczu popłynęły łzy. Czuł gniew i rozpacz. Nie przeżył nikt, a w uszach jego ciągle dzwonił dźwięk krzyków dziewczyn i rozpaczliwy ryk Ryu, który nie zdołał ich uratować. Ostatnią rzeczą jaką zobaczył, był on sam. Saiyanin Haricotto, rozstawiający ręce na boki i śmiejący się. Bił sobie sam brawo, mówiąc spokojnie jedno słowo - "subarashii", akcentując w sposób jakby było to najlepsze czego kiedykolwiek dokonał. Po wypowiedzeniu go, przekręcił swoją głowę w bok i spojrzał na zastygnięte w ruchu swe alter-ego. Chwilę potem zaczął się histerycznie śmiać, a w prawdziwym świecie...
Wiercący się i rozkopujący koc mężczyzna przebudził się, momentalnie wstając na obie nogi. Przyjmował pozycję bojową, rozglądając się nerwowo na boki. Był cały spocony. Po chwili jednak uspokoił się, widząc że wciąż znajduje się w Kame House i że to wszystko było tylko koszmarem.
- Nigdy się taki nie stanę. Nigdy więcej! - powiedział do siebie pod nosem, nie wiedząc, że obserwowany był przez starca, który słysząc jego krzyki przez sen, zszedł na dół by sprawdzić, co się dzieje.
- Nigdy...  więcej. Obronię wszystkich... - wyszeptał znów pod nosem, po czym położył się, próbując znów zasnąć...


Z samego rana rozpoczął się trening pod okiem samego Boskiego Miszcza. Pierwszym zadaniem nie było to, czego spodziewać mógł się Haricotto. Słowa Kame Sennina mówiły o... roznoszeniu mleka! Tak, dokładnie! O roznoszeniu mleka bez używania swoich nadprzyrodzonym zdolności. W grę wchodziło chodzenie na nogach i maksymalnie trucht. Nie wolno było używać Bukujutsu, ani sprintu przy użyciu swojej Ki, która wzmacniać miałaby jego mięśnie nóg. Na początku Haricotto to zlekceważył, myśląc sobie, że jest na tyle mocny, że poradzi sobie bez swojej mocy. Nigdy wcześniej tak bardzo się nie mylił. Chodzenie o własnych siłach, jak zwykły człowiek, wspinanie się w miejsca, w które normalnie wleciałby bez trudu, czy chociażby przepływanie oceanu, by dotrzeć na ląd, na którym roznoszone miało być mleko, sprawiły, że już drugiego dnia całe jego siły opuściły jego ciało, a w ich miejsce pojawiły się... zakwasy! Jakby tego było mało, za niedostarczenie buteleczki mleka w przynajmniej jedno miejsce, kończyło się tym, że kładł się z pustym żołądkiem. Przez to nie spał, bo nieustanny głód i burczenie brzucha nie dawały mu spokoju. Nie raz i nie dwa oszukiwał, wypijając mleko, by uspokoić swoje pragnienie, czy też by po prostu skrócić sobie drogę i wyeliminować dodatkowe domostwa do obskoczenia. Wszystko to podczas unikania patroli RR, co nie było łatwe. Musiał obiecać, że nie zrobi im krzywdy i zamiast walczyć, będzie uciekał. O własnych siłach, czyli tak jak w przypadku noszenia mleka - bez użycia swojej Ki. Umowy dotrzymał, niemniej jednak za każde odkryte oszustwo dostawał po głowie twardą laską Miszcza, a za karę, jako dodatek, musiał spędzać resztę dnia na masowaniu pleców starego Żółwia. To nie było nic przyjemnego.
Dnie mijały, a trening ciągle wyglądał tak samo. To były tylko pozory, ponieważ nawet po tak błahym treningu, Haricotto czuł się mocniejszy. Nie tylko ulepszył swoją kontrolę nad Ki (ponieważ był zmuszony do panowania nad nią w chwilach, kiedy użycie jej rozwiązałoby wszelkie problemy), ale zdecydowanie polepszył swoje ciało, swojego ducha i samozaparcie. Jak było po nim widać, trening ciągle siły, tej surowej oczywiście, nie zawsze był skuteczny. Szkolenie pod okiem starego Żółwia było naprawdę pomocne.
W ten sposób, czas mijał monotonnie i spokojnie. Pewnego niespodziewanego dnia, na wyspie pojawiła się Tensa razem z Aymi, oddając dziewczę pod opiekę Haricottowi. Wszystko to było tzw. pokwitowaniem od momentu, w którym to Haricotto oddał swoją "córkę" pod opiekę Tensie. Tego dnia przyszedł dzień rozliczenia. Podziękowali sobie, traktując się z szacunkiem, po czym rozeszli się w swoje strony. Czerwonowłose dziewczę zostało u boku mężczyzny, którego nazywała ojcem. Czy robiła to słusznie? Czas dopiero pokaże.
To był czas pożegnania. Wojownik ciepło pożegnał się ze swoim mistrzem, darząc go teraz takim szacunkiem, jakim na początku tego nie robił. Szczerze powiedziawszy, na początku miał go za starego dziada, który udaje kogoś, kim nie jest. To okazało się być nieprawdą i teraz zyskał wiele, naprawdę wiele w oczach Saiyanina. Podali sobie dłonie, wymieniając się mocnym uściskiem dłonie. Obaj patrzyli na siebie, śmiejąc się pod nosem, aż w końcu Żółw zamachnął się i uderzył drewnianą laską w sam środek głowy Haricotto, nakazując mu, że jeśli spocznie na laurach, to go odnajdzie i nakopie mu do tyłka. Fasolka skwitował tylko, że prędzej da się wykastrować niż zostanie leniwym dziadkiem jak Kame Sennin. Momentalnie po tym, chwycił Aymi i odleciał, machając staruszkowi na do widzenia.


Pleasant days... Resztę czasu Haricotto spędził w swojej chatce. Widywał się codziennie z Aymi i Ryu, których trenował, bo przecież sami go o to prosili. Nie dawał im taryfy ulgowej, ponieważ wiedział, że jeśli teraz pokaże słabość, to w przyszłości to właśnie oni ją okażą. Razem ze swoim pierwszym uczniem, Ryu, którego od czasu do czasu pieszczotliwie nazywał Smokiem, stworzyli, a raczej opanowali coś na podstawie fali uderzeniowej Kamehameha. Unosili swoje swoje dłonie ku górze, na wysokość czoła i wypuszczali śmiercionośny promień, który będąc dobrze przygotowanym, zadawał większe obrażenia niż zwykła, podstawowa wersja Kamehameha.
Robił co tylko mógł, by zrobić z nich wojowników dumnych i przede wszystkich nieustraszonych. Od czasu do czasu w odwiedziny przychodziła Rock, na widok której serce Saiyanina topiło się. Wzdychał do niej po kątach, ale kiedy byli razem, nie dawał po sobie tego poznać. Niemniej jednak, po jego pierwszych, pamiętnych słowach do niej, ona musiała wiedzieć co jest grane. On zaś twardo obstawał przy swoim.  
Jakby nie było, cieszył się, że może spędzać czas z osobami, które wiele dla niego znaczyły. Wiedział podświadomie, że gdzieś tam czyha zło i Armia Czerwonej Wstęgi, jednakże czuł taką radość z obecnych chwil, że nie mógł po prostu dopuścić do siebie myśli, że to wszystko jest zagrożone i wystarczy jeden błąd i zniknie to jak bańka mydlana. W dodatku jego koszmar nawiedził go kilka razy, sprawiając że budził się w nocy przerażony. Ufał swojemu przeczuciu, że to było tylko i wyłącznie ukazanie tego, co może się stać, kiedy przestanie być sobą. Od pierwszego pojawienia się tej koszmarnej wizji, poprzysiągł sobie, że nigdy nie straci panowania nad sobą. Nie może. To właśnie dla nich, dla Rock, Aymi i Ryu musi być silny. Musi być... sobą, a nie jakąś złą podróbką samego siebie, którą niegdyś był.
_____


Ostatnio zmieniony przez Haricotto dnia Pon Sie 07, 2017 11:29 am, w całości zmieniany 1 raz

_________________
avatar

Haricotto
Admin/Time Patrol
Admin/Time Patrol

Liczba postów : 1044

Powrót do góry Go down

Re: Haricotto - Time Skip

Pisanie by Laptor on Nie Sie 06, 2017 12:39 pm

Przeczytane.

_________________
Ore ni kateru no wa, ore dake da
______________________________________________________
avatar

Laptor
Mistrz Gry

Liczba postów : 1178

http://www.invincible.oxn.pl

Powrót do góry Go down

Zobacz poprzedni temat Zobacz następny temat Powrót do góry


 
Permissions in this forum:
Nie możesz odpowiadać w tematach