Mieszkanie Arystarcha na krańcu miasta

Zobacz poprzedni temat Zobacz następny temat Go down

Mieszkanie Arystarcha na krańcu miasta

Pisanie by Arystarch on Pon Sie 28, 2017 8:44 pm

Arystarch przeprowadził się do tego miejsca stosunkowo niedawno. Jakieś dwa tygodnie po zniszczeniu cyborga RR w pobliskim mieście. Są to tereny zielone oraz niewielkie lasy. Pośród jednego z takich lasków stoi budynek pozornie wyglądający na opuszczony. Głównie przez porośnięty bluszczem dach oraz ściany, jednak ścieżka do tego miejsca jest nienagannie zamieciona i regularnie odchwaszczana. Wokół domu jest sporo wolnej przestrzeni. Za domem znajduje się kanciapa z narzędziami, które mężczyzna doprowadził do stanu używalności oraz studnia, z której regularnie pobiera wodę. Nie ma tu takich wygód jak kanalizacja, a wychodek jest umiejscowiony pośrodku lasu. Za domem jest jeszcze niewielki pieniek oraz stosik drewnianych kawałków, które po prostu używane są do ogrzewania mieszkania. Stoi tam też taczka dla łatwiejszego załadunku. Nieopodal tego składowiska drewna jest wydeptany okrąg, na którym nierośnie żadna trawa.
Jeśli chodzi o sam dom to w 100% jest to konstrukcja drewniana. Od samego wejścia czuć ten charakterystyczny zapach dębowych desek. W przedsionku jest standardowe miejsce, by zostawić buty oraz płaszcz lub inne przedmioty pokroju parasola. Idąc na wprost zobaczymy drogę do dwóch pomieszczeń. Z lewej strony znajduje się salon, w którym nie ma zbyt wielu mebli tak naprawdę. Jest w nim kominek, który ogrzewa cały dom, dosyć duża acz stara czerwona sofa no i stolik z dwoma krzesłami. Pod ścianami stoją regały z książkami, zaś na ścianach wiszą wypchane łebki bażantów oraz innych leśnych stworzonek. Pewnie należały do poprzedniego właściciela. Z salonu można trafić bezpośrednio do skromnie urządzonej kuchni oraz do pokojów gościnnych. W kuchni praktycznie wszystko gotuje się na takiej starej kuchence, do której wkłada się węgiel albo kawałki drewna. Jest tu jednak pewien powiew nowoczesności, bo Arystarch zainwestował w chłodziarkę na baterie słoneczne. Niewielką, taką podróżną. Zaś co do pokoi gościnnych na piętrze... Są dwa takie pomieszczenia, które wyglądają praktycznie tak samo. Proste, drewniane łóżko jednoosobowe, niewielka szafa na ubrania oraz szafki nocne po obu stronach łóżka. Każde takie pomieszczenie ma okno wychodzące na zewnątrz domu. Niewiele pod tym względem różni się sypialnia Arystarcha, która jest tuż obok pokoi gościnnych. Jedyna różnica to dywan leżący na podłodze oraz masa walających się ubrań, którego skutecznie ukrywają. Czasami też wśród nich znajdzie się świerszczyki lub inne gazetki. Ostatnie pomieszczenie na dole, które do tej pory było pomijane to zamknięty pokój, w którym Bio-android składuje utensylia magiczne. Zlewki, księgi, rzeczy które wyczarował. Wszystko tam chomikuje i pokój najczęściej jest zwyczajnie zawalony po sam korek. Zawsze jest zamknięty na klucz.
avatar

Arystarch

Liczba postów : 24

Powrót do góry Go down

Re: Mieszkanie Arystarcha na krańcu miasta

Pisanie by Arystarch on Pon Sie 28, 2017 9:27 pm

[Start: Trening Szermierki -21:28, 2017-08-28]
Bio-android o poranku otworzył jedno ze swoich błękitnych ślepi. W czarnej koszulce z białymi misiami oraz bokserkach w Saibamany lub inne zielone ludki, przekręcił się na drugi bok tuląc do siebie poduchę. Łóżko było tak wygodne i zarazem kusiło, by zostać w nim nieco dłużej. Na cały dzień, a może na wieczność? Łóżko nie pyta, łóżko rozumie. Codziennie podejmowane są trudne decyzje i właśnie decyzja o rozstaniu się z ukochaną kołderką została podjęta. Marudząc zwlókł się w końcu z łóżka, przecierając oczy. Podszedł do okna by odgarnąć zasłonkę, gdy promień słoneczny uderzył jego oczy niczym Solar Flare i świetlista cenzura podglądającego zboczeńca. Błyskawicznie zasłonił okno. Musiał przyzwyczaić swój wzrok do światła, w końcu cały jego dom pogrążony był w mroku i to nie z powodu czarnej magii lub innych bzdur rodem z jakiegoś low fantasy. Po prostu nie było prądu w tym mieszkaniu.
Wtem zamarł. Usłyszał uderzenie, a następnie piorunujący ból przeszedł przez jego stopę, a potem rozerwał resztę jego ciała. To właśnie on, mały palec – uniwersalny wykrywacz mebli w mieszkaniu – znalazł jakiś obiekt. Bio-android poczuł jak coś w nim pęka i ten dzień zdecydowanie nie będzie dobry. Zakwilił, by nie wydać z siebie wrzasku. Stłumił go wewnątrz jak prawdziwy mężczyzna, a następnie zszedł na śniadanie. Wystarczyło wyczarować sobie trochę produktów i można było zrobić omlet. Czemu nie użył magii by zrobić gotowe jedzenie? Otóż nie smakowało mu i lepsze były takie własnoręcznie robione potrawy.
Po skończonym posiłku oraz porannej toalecie pozostało się ubrać i na moment powrócić do biblioteczki w salonie. Przejechał swoimi gładkimi palcami po grzbietach książek znajdujących się na półce, aż znalazł książkę której szukał. Nosiła wdzięczny tytuł: „Szermierka dla opornych”. Był to gruby kawał księgi napisany przez jednego z najwybitniejszych mistrzów miecza. Dokładnie opisane ruchy oraz treningi, a w połączeniu z talentem Arystarcha to po prostu nie mogło się nie udać. Z książką pod ręką oraz wyczarowanym nagim mieczem krzyżaków wyruszył nie pod Grunwald, a za dom na treningowe kółko. Tak, treningowe kółko a nie jakiś inny karno-jeżykowy obiekt jaki mogliby wymyślić czytelnicy lub autor posta. Android wziął kilka kawałków drewna i oparł o nie książkę oraz niewielką gałązkę, która miała uniemożliwić zamkniecie jej przez podmuch powietrza zwany też złośliwym wiatrem. Na moment przysiadł na pieńku i otworzył na pierwszej stronie, która tłumaczyła jak należy poprawnie się rozgrzać przez treningiem. Wyglądało to jak zwykłe ćwiczenia, pokroju rozciągania się, przysiadów oraz krótkiego biegu. Musiał tylko to wszystko przemnożyć razy 100, by osiągnąć swój poziom. Westchnął ciężko i otarł łezkę, która pojawiła się podczas wspominania wygodnej, cieplutkiej podusi. Następnie odwiesił płaszczyk na kołek i zaczął od rozgrzewki, po której przeszedł do rzeczy. Obok siebie ułożył kawałki drewna, które miały posłużyć w razie czego do ćwiczeń. Zacisnął mocno dłoń na rękojeści ekshibicjonistycznego ostrza i zaczął się trening. Wykonywał wszystkie kata zgodnie z tym co było napisane w książce. Na sukces wpływały naturalne predyspozycje oraz po prostu postępowanie zgodnie z instrukcjami.
- Humpf – mruknął przekręcając za pomocą ostrza stronę książki, by przejść do nieco bardziej zaawansowanych zagadnień z kendo. Zaczesał dłonią lekko zroszone potem włosy w tył i oczami wyobraźni widział przed sobą przeciwnika. Dokładnie tak jak doradzali w poradniku, by wyobrazić sobie kogoś zawsze szybszego i silniejszego, by móc pchać swoje limity do przodu. Chwilę później unosił się już kurz, a pośrodku cyklonu Arystarch poruszał się coraz szybciej z ostrzem wykonując cięcia. Od czasu do czasu podrzucał sobie w górę garść kawałków drewna, by móc je w locie ciąć. Sęk w tym, by nie przeciąć kawałka drewna, a zostawić na nim ślad. Dokładnie to decydowało o tym kto jest dobrym szermierzem. Liczyło się panowanie nad ostrzem, a raczej tak było napisane w książce.
avatar

Arystarch

Liczba postów : 24

Powrót do góry Go down

Re: Mieszkanie Arystarcha na krańcu miasta

Pisanie by Arystarch on Wto Sie 29, 2017 11:55 pm

[Koniec: Trening Szermierki -23:28, 2017-08-29]
Bio-android miał naprawdę przednią zabawę z tego treningu. Do tego stopnia, że wpadł na dosyć ciekawy pomysł na dalszą część. Zapakował część kawałków drewna do worka, a następnie wzleciał na znaczną wysokość. Z całej siły cisnął worem w górę, zaś opadające kawałki drewna miały być kolejną formą ćwiczenia. Schował miecz do pochwy, przymykając na moment oczy i wyczekując dogodnego momentu. Postanowił teraz nieco podszkolić swoje iaido, w którym przecież chodziło o szybkie dobieranie broni oraz wykonanie błyskawicznego cięcia. Z pominięciem rzecz jasna siadu seiza. Słyszał lecące kawałki drewna i na moment zanim miały go minąć, otworzył oczy. Świst powietrza towarzyszący dobyciu miecza był dosyć donośny, zaś w mgnieniu oka Arystarch jednym szybkim cięciem strącił dwa z opadających kawałków drewna. Nie mógł na tym poprzestać, gdyż ćwiczenie polegało na zniszczeniu każdego zanim dotkną ziemi, dlatego od razu zanurkował za resztą, wykonując przy tym obrót wokół własnej osi z wyciągniętym ostrzem – strącając kolejne dwa kawałki. Niestety nie zdążył przed upadkiem ostatniego z kawałków. Stanął pośrodku okręgu i westchnął ciężko, ścierając pot z czoła. Potrzebował tylko kilku chwil przerwy, w trakcie których poszedł po wodę oraz ręcznik. Napił się lodowatego płynu, a następnie wrócił do ćwiczeń. Tym razem bez górnej warstwy stroju, gdyż troszkę go krępowała plus niezbyt przyjemnie pachniała. Teraz mógł przejść do czegoś prostszego, by dać ciału odpocząć. Stanął w lekkim rozkroku tak jak sugerowali w książce, a następnie wykonując krok do przodu wyprowadzał cięcie z nad głowy.
- Ha! –
wydawał z siebie okrzyk przy każdym z cięć, a następnie cofał się o krok, by ponownie wykonać dalszą serię. W ten sposób chciał dojść do 300 powtórzeń, by móc jak najlepiej opanować sztukę właściwego wyprowadzania ciosu. Krzyk miał temu nadawać moc wedle opisów, jednak dla niego wydawało się to głupie. Brzmiało głupio i wyglądało głupio z boku, jednak działało. Pozostała tylko kwestia tego, by nauczyć się walczyć bronią w takim stopniu żeby cięć było jak najmniej, a stały się one zabójczo skuteczne. Musiał również popracować nad równowagą, gdyż bardzo łatwo jest kogoś przewrócić jeśli jest nieobyty w walce bronią. Głownie z powodu złej pozycji oraz balansu ciała według opisu. Było na to jednak bardzo proste ćwiczenie. Arystarch przekręcił miecz tak, by mieć przed sobą jego płaz i umieścił na końcu niewielką piłeczkę. Taką jakie zwykle rzuca się psom, a następnie starał się by nie spadła, jednocześnie próbując robić przysiady. Z początku była to mozolna praca, jednak w miarę upływu czasu wychodziło to coraz lepiej. Nie obyło się jednak bez powtórek, gdyż piłka zwyczajnie spadała od czasu do czasu. Najgorsza była myśl, że to dopiero początek treningu, a nie ma jeszcze południa!
Szermierka miała też jeszcze jeden zasadniczy minus, który musiał zniwelować. Była nią preferencja ręki, dlatego priorytetem stało się również nauczenie się walki tak lewą jak i prawą ręką. W tym celu w drugiej ręce również za pomocą magii stworzył katanę, na której analogicznie umieścił piłkę i tutaj zaczynały się już schody do bardziej zaawansowanych technik zachowania równowagi. Stawanie na jednej nodze i przysiad z tej pozycji, jak również takie na pozór proste rzeczy jak poruszanie się z piłkami. Celem jaki sobie postawił było wykonanie 150 powtórzeń bez skuchy, jednak przy 149 gdzie spadła mu piłka po prostu się sfrustrował. Potrzebował chwili odpoczynku psychicznego i odreagowania, dlatego za pomocą cięć mieczami postanowił coś wystrugać z kawałka drewna. Na przemian ciął to lewą to prawą ręką, by weszło mu w krew atakowanie oburęcznie. Oczywiście zmieniał w trakcie kombinacje, by nie stać się zbyt przewidywalnym, a kawałek drewna coraz bardziej przypominał wystruganego drewnianego kotka. Takiego siedzącego na tyłku. To ćwiczenie miało za zadanie nauczyć go precyzji, bo gdy obciął przypadkiem kotkowi jedno z uszek to musiał zaczynać od początku z drugim bloczkiem. Nie zabrakło również w trakcie treningu momentów, gdzie ostrza trzeba było wymienić na nowe.
W taki sposób minęło mu popołudnie i zbliżał się wieczór, gdy zaczęły go ciąć komary niczym messerschmitty. Mieszkał w lesie, a komar tygrysi bardzo lubi takie miejsca, więc nasz wojownik został zmuszony ponownie wejść do domu i natrzeć się cebulą. Robactwo nienawidziło tego zapachu i przez jakiś czas dawały mu spokój. Nawet obmyślił bardzo ambitne zadanie, by odwdzięczyć się tym krwiopijcom pięknym za nadobne i w ramach kolejnego ćwiczenia postanowił na nie zapolować – za pomocą miecza rzecz jasna. Była to iście syzyfowa praca i po jakimś czasie Arystarch padł zmęczony na ziemi. Nie miał już siły po całym dniu na nic. Powolnym ruchem doczołgał się do domu, gdzie pozostało się tylko umyć, zmówić paciorek i obejrzeć dobranockę. Szkoda, że nie ma działającego telewizora, dlatego musiał się zadowolić tylko wygodnym łóżkiem i baaardzo długą drzemką. Na szafce nocnej zaś spoczął gruby podręcznik, który pewnie nie raz i nie dwa zostanie przeczytany.
avatar

Arystarch

Liczba postów : 24

Powrót do góry Go down

Re: Mieszkanie Arystarcha na krańcu miasta

Pisanie by Aymi on Pon Wrz 04, 2017 11:02 am

Eien no MG Modo


Po całym dniu ciężkiego treningu z mieczem w dłoni (a raczej dłoniach) przyszła pora na zasłużony odpoczynek. Niestety Arystarch musiał obejść się bez Dobranocki i po prostu legł na łóżku, po chwili zasypiając. Długo jednak nie dane mu było słodko drzemać...
Noc trwała w najlepsze, pochłaniając w mroku okoliczne tereny, a jedynym źródłem światła zdawał się być księżyc. Na niebie dostrzec można było kilka drobnych chmur, nic jednak nie zwiastowało deszczu, zatem nocną pogodę uznać można za sprzyjającą. Gdzieś wśród drzew słychać było pohukiwanie sów, które wyruszyły na conocne polowanie, wśród traw grasowały ryjówki i inne nocne gryzonie stanowiące łatwy cel dla tych skrzydlatych drapieżników. Ale nie tylko sowy polowały. Na łowy wybrały się także wilki, których donośne wycie rozchodziło się po całym lesie. Do czasu.
Huk rozległ się po okolicy, płosząc zwierzęta łowne i ptaki, które zerwały się do ucieczki. Nawet białowłosego musiało to wyrwać ze snu. Wyjrzawszy przez okno na zewnątrz, mógł zauważyć jasną łunę w oddali. Czyżby to był ogień? Ale skąd by się wziął? Przecież nie padało, o burzy z piorunami nie wspominając. Przyglądając się tak migoczącej strefie, szermierz przypomniał sobie niedawno mijaną chatkę, która znajdowała się właśnie w tamtych okolicach. Jeśli to ten dom płonął...
Cóż zrobisz, bohaterze?
avatar

Aymi

Liczba postów : 198

Powrót do góry Go down

Re: Mieszkanie Arystarcha na krańcu miasta

Pisanie by Arystarch on Pon Wrz 04, 2017 12:28 pm

Odgłosy lasu to było najpiękniejsze co mogło usypiać Arystarcha. No może lepsze byłyby tylko kolana jakiejś pięknej niewiasty, która nuciłaby jakąś piosenkę. Lets just live, a może nawet Red like Roses? Cokolwiek by się nadało o ile będzie miała melodyczny głos, bo jak mówi porzekadło „śpiewać każdy może, trochę lepiej trochę gorzej”, zaś jego zwieńczeniem jest stwierdzenie „ale nie każdy powinien”. Chwilowo musiał się zadowolić lasem oraz orkiestrą jaką mu prezentował. Szkoda, że tak mało osób podziela jego zamiłowanie do przyrody. Skąd taki wniosek? Ludzie wycinają kolejne lasy pod osiedla mieszkalne oraz polują na dzikie zwierzęta dla sportu. Z drugiej strony jeśli by burzyć te mieszkania i zabijać ludzi dla sportu to określa się to mianem największej zbrodni. Aryś nie mógł się dopuścić ludobójstwa, ale co innego jego ciemniejsza strona, która czasami się budziła. Może to były po prostu drzemiące wewnątrz instynkty jak u zwierząt? Zresztą nawet u ludzi czasami budziły się te pierwotne myśli, by ratować siebie i móc przedłużyć potomstwo innym razem. Ten moralniejszy bohater w sumie miał lepszy pomysł jak powstrzymać taką wycinkę lasu. Nikt się nie będzie spodziewał kuli Ki uderzającej w silnik maszyny. Takiej malutkiej, która po prostu go uszkodzi. Zawsze można też przebrać się za yeti i straszyć ludzi.
Przewracał się właśnie na drugi boczek tuląc poduszkę, a w sennej wizji mając twarz wtuloną w obfite zderzaki płci pięknej. Nawet jeśli żył w lesie to nadal pozostawał facetem, a takie sny to norma, gdyż w nocy pracuje ten „drugi mózg”. Potem senną wizytę w łaźni zapełnionej po brzegi jego własnym haremem przerwał huk. Odruchem szybko wstał do pozycji półsiedzącej, a jego łóżko zaskrzypiało złowieszczo. Wybudzony ze snu właśnie łączył wątki. To na pewno nie RR, które znowu wbiło mu na chatę inaczej już by go wywlekali z łóżka. Tym bardziej to nie apokalipsa Św. Jana bo wyglądało to ździebko inaczej w opisach. Wstał i podszedł do okna. Na zewnątrz była łuna światła charakterystyczna dla chyba ognia. Może to też sugerować, że jakieś warzywa lub inne nastolatki robiły sobie grilla gazowego i wybuchła im butla. Tak to jest jak się bierze butle gazową od ruskich z bazaru! Chociaż nie… tam był chyba jakiś dom? Może urządzali sobie grilla również z ruską butlą gazową?
- No nic… trzeba się ubrać i ratować ludzi przed ich własną głupotą. Straż pożarna pewnie tu nie dojedzie na czas… utrapienie. Jak nie ocale żadnej kiełbaski z tego grilla to się wkurwie – wymamrotał i zaczął się ubierać. Gdyby miał pewność, że tamten budynek jest pusty to w innych okolicznościach machnąłby na to ręką. Problemem było jego położenie, gdyż w całym lesie może wybuchnąć pożar, a na to nie może pozwolić. Znaczy mógłby jakby miał szczerze gdzieś zwierzątka, ale on jest zdecydowanie lepszy niż większość aktywistów grin pisu. Szybko wyniuchał, które rzeczy są świeże (gdyż jest facetem i po prostu robi pranie, gdy trzeba), a następnie nałożył dosyć szybko bieliznę, spodnie, skarpety, ale o zmianie koszulki od piżamy już zapomniał więc doszły do tego tylko buty. W sumie wziął też miecz, bo podpalaczowi należy się kara. 20 batów pochwą na gołą dupę.
Otworzył okno i ziewając, wyleciał przez nie niczym Piotruś Pan na konwent… oj przepraszam, koncert Snoop Dogga. W końcu tylko ujarani latają albo wojownicy z przyszłości. Po drodze rozglądał się czy ogień przypadkiem nie zaczął się rozprzestrzeniać na drzewa. Wtedy nie pozostanie nic innego jak po prostu je ściąć.
avatar

Arystarch

Liczba postów : 24

Powrót do góry Go down

Re: Mieszkanie Arystarcha na krańcu miasta

Pisanie by Aymi on Pon Wrz 04, 2017 8:04 pm

Eien no MG Modo

Will you say Nevermore?~~

Kiedy Arystarch przyleciał na miejsce z pragnieniem ratowania ludzi i ich dobytku, chatka płonęła już w najlepsze. Sporej wielkości, biały budynek o czerwonym dachu z wesołymi oknami, przez które w dzień wślizgiwały się tańczące promienie słońca, a w nocy zaglądał radosny, srebrny księżyc, teraz kąpał się w straszliwych, głodnych swej żertwy płomieniach. Na jego i innych szczęście, jeszcze nie dotknęły one drzew, jedynie rozświetlając całą scenę. Akurat w chwili, gdy stopy mężczyzny dotknęły subtelnie ziemi, chmury zasłoniły księżyc i zapanowała niepodzielna ciemność, przerywana co jakiś czas żywszym wybuchem ognia. Szkarłatne języki lizały z zachwytem drzwi, meble, książki, słowem - cały dobytek mieszkańców tego pogrążającego się z każdą chwilą coraz silniej w otchłani pożaru domu. Gdy nasz bohater uważnie się rozejrzał, szukając potencjalnych ofiar, do jego uszu dotarł rozpaczliwy, przeszywający szloch kobiety. Jeżeli poszedł za owym wzmagającym się, raz silniejszym, raz słabszym, ale wciąż przejmującym łkaniem wyrywającym się z piersi kogoś, kto stracił już wszelką nadzieję, to doprowadziło go to do młodej, klęczącej niedaleko domku, między dwoma potężnymi krzewami kobiety. Jej drobną twarz początkowo zasłaniały długie, czarne włosy, lecz gdy je odrzuciła, pogrążona w rozdzierającej rozpaczy, odsłoniła zapłakane, ciemnozielone niczym trawa w tym pięknym, groźnie milczącym lesie oczy; drobne, różowe usta co chwila rozchylały się niczym kwiaty w desperackim szlochu, który targał jej pięknym ciałem. Kiedy usłyszała kroki, podniosła głowę i zadygotała na całym ciele, a jej oszklone łzą ciemnobrązowe tęczówki spotkały się z oczami przybysza.
Kobieta odziana była jedynie w białą, dziwnie się wyróżniającą na tle mrocznego granatu nieba i głębokiej zieleni drzew i krzewów, koszulę nocną. Kiedy białowłosy podszedł bliżej, znów zaczęła powtarzać głosem zdławionym przez łzy:
- Moje dziecko... błagam, tylko nie moje dziecko... moje słoneczko... nie, moje...
Wokół panowała głucha cisza; przerywał ją jedynie trzask płomieni i zapadającego się powoli domu, szloch kobiety i straszne, chrapliwe krakanie kruka, które dobiegało nie wiadomo skąd. Słysząc ów okropny odgłos, kobieta na chwilę umilkła, jakby przerażona. Po chwili znów dało się słyszeć jej rozpaczliwe zawodzenie:
- Moje maleństwo... Oddajcie mi moje maleństwo! Gdzie jesteś... moje słoneczko...

Czy ty też powiesz jej "Nevermore", dzielny bohaterze?
avatar

Aymi

Liczba postów : 198

Powrót do góry Go down

Re: Mieszkanie Arystarcha na krańcu miasta

Pisanie by Arystarch on Pon Wrz 04, 2017 10:42 pm

- Ale ktoś tu Silent Hill odwalił albo scenę z Fullmetal Alchemist – skomentował przylatując na miejsce zdarzenia. Domek bardzo przypominał mieszkanko rodzeństwa Elriców zanim tamci je spalili. Czerwony daszek, białe deski, okienka witające każdy dzień oraz noc. Ogień jeszcze się nie rozprzestrzeniał na drzewa, a raczej nie zapowiadało się by miało to niebawem nastąpić. Miał troszkę czasu i w sumie najlepszym sposobem byłoby zawalenie domu. Ugasić i tak nie ugaszą go przy pomocy Ki, ale za to można zminimalizować potencjalny wybuch pożaru. Kwestia czy w środku nie było ludzi, dlatego najpierw musiał się przejść na około i poszukać ewentualnych rannych. Za cholerę nie wiedział jak wykonać pierwszą pomoc, ale widział parę scenek ze Słonecznego Patrolu jak Pamela Anderson z zacnymi balonami robiła usta-usta i to wystarczyło, by faceta postawić na nogi. Tylko to chyba działało jedynie na topielców. Szkoda, że nie obejrzał jeszcze kilku odcinków Szpitala. Wiedziałby co ordynator Rysiek by zrobił w takiej sytuacji!
Może i był nadczłowiekiem, jednak prędzej czy później gorąco oraz czad (nie fajność wydarzenia, a ten gaz) w końcu go dorwą. Pozostało tylko zdjąć koszulkę i owinąć ją sobie wokół ust oraz nosa, wykonując tym samym prowizoryczną maskę. Niebawem też usłyszał łkanie. Na pewno niewiasty, bo chłopaki nie paczą… nie płaczą!
- Cholera, wygląda jak Samara z Ringu! – mruknął pod nosem widząc zrozpaczoną kobietę, a zaraz potem przybrał poważniejszy wyraz twarzy i podszedł bliżej niej. Młoda kobieta była zrozpaczona a sadząc po ubiorze to chyba pożar wybuchł kiedy ta spała. Ciekawe tylko czy ten wcześniejszy huk był przyczyną całego zajścia? Swoją drogą strasznie jasna ta jej koszula. Czy to jakiś duch albo inny czort? Gdzie jest krzyż gdy go potrzeba!
Jej mamrotanie nie miało sensu. Tak samo jak chrapanie… przepraszam, chrapliwe krakanie kruka. Przecież zwierzęta powinny już dawno uciec z tego miejsca! Coś tu zdecydowanie było nie tak, ale to mógł być jedynie niefortunny zbieg okoliczności więc pozostało nic innego jak oddać się dobrej stronie swojego serca. Przykucnąć przy kobiecie i położyć dłoń na jej ramieniu.
- Proszę Pani! Halo! Kto wywołał pożar i kto zabrał Pani dziecko? – mówił głośno i wyraźnie, potrząsając lekko ramionami kobiety. Musiał powtarzać to do skutku, by wydobyć jakikolwiek informacje. Ktoś na pewno jej zabrał dzieciaka więc najpewniej nie ma go w płonącym budynku.
- Czy ktoś jeszcze jest w budynku? – dodał zapytanie niezależnie czy uzyskał na poprzednie odpowiedź. Dziecko zawsze można uratować potem, a jeśli ktoś pozostał w budynku to trzeba go ratować teraz. Inaczej umrze od zaczadzenia albo spłonie żywcem. Dla niego wyważenie drzwi lub wyciągnięcie przez okno raczej nie powinno być problemem więc tym powinien zająć się najpierw. Oczywiście miał też parę podejrzanych, którzy mogli tego dokonać. Mogły to być jakieś szumowiny z RR, ale mogły to też być lokalne oprychy. Musiał być teraz jak najbardziej wyrozumiały i mówić spokojnie do kobiety. Kwestia tylko, że jego ostra niczym słowa Korwina gęba mogła to utrudniać.
avatar

Arystarch

Liczba postów : 24

Powrót do góry Go down

Re: Mieszkanie Arystarcha na krańcu miasta

Pisanie by Aymi on Pon Wrz 11, 2017 9:19 pm

Eien no MG Modo


I will die for you~~

Kiedy Arystarch podszedł bliżej, zalana łzami nieszczęsna kobieta podniosła się na równe nogi - nieco chwiejnie, ale jednak się podniosła. Zrobiła parę powolnych kroków w przód, po czym, nie przestając rozpaczliwie łkać, rzuciła mu się na szyję. Przez chwilę nasz bohater nie mógł niczego zrozumieć, gdyż desperacki szloch wciąż wstrząsał piersią młodej niewiasty, a do tego chwilowo zagłuszył ją trzask zapadających się belek. Jeżeli jednak skupił się trochę, to z gorączkowego łkania wyróżnił niewątpliwie męskie imię "Ren", jakieś bezładne słowa o dziecku, o podpaleniu i powtarzaną co chwila frazę "zabili go, zabili". Obecność mężczyzny pozwoliła czekoladowookiej na chwilę się skupić - jest tu jakiś człowiek, który może jej pomóc! Musi mu opowiedzieć, co się stało!
- Ren... o bogowie, R-Ren... mój mąż... - załkała rozedrganym, wibrującym głosem, wśród półtonów przytłumionego, księżycowego światła padających na jej mokrą, bladą twarz, huku szalejących płomieni, który co jakiś czas zagłuszał to, co mówiła. Wskazała trzęsącą się dłonią na domek i dokończyła drżącym głosem, przerywanym od szlochu:
- Z-zostawili go... zostawili... on krzyczał... tak krzyczał...
Z jej gardła wyrwał się nieludzki wręcz skowyt, płacz skrzywdzonej kobiety brzmiał teraz nader donośnie, a za nią chatka właśnie zapadła się z donośnym hukiem, prawdopodobnie grzebiąc ciało jej ukochanego męża pod ścianami i dachem. Kobieta zatrzęsła się spazmatycznie, na chwilę zabrakło jej tchu. Ból, jaki odczuwała, musiał być nie do zniesienia, wręcz fizyczny, czego mogła dowodzić nieskończona rozpacz w jej oczach, wyrażających niebezpieczną bliskość obłędu.
- Z-zabrali... moje słoneczko... moje dzieciątko - dodała jeszcze, po czym umilkła, jakby znów na chwilę straciła siły. Blask pożaru mieszał się z tajemniczym blaskiem księżyca, przyćmionym i smutnym, krakanie kruka rozlegało się raz tu, raz tam, raz ciszej, raz głośniej. Czarny, jedwabisty kosmyk włosów młodej wdowy musnął przelotnie, delikatnie, niczym pióro z anielskich skrzydeł, twarz Arystarcha.
- Moje dziecko... mój Ren... Moje skarby... Zabrali mi ich... Zabili... Zabrali...
Przymknęła na chwilę oczy, spod opuchniętych powiek wyrwały się łzy, kolejne już tej nieszczęsnej nocy.
- Gdzie... jest moje dziecko? - spytała zrozpaczonym, ochrypłym od szlochu szeptem. - Błagam... odnajdź moje... dziecko... moje jedyne maleństwo...
Jej ciało znów zadygotało, serce waliło jej jak młotem, a usta wciąż powtarzały desperacko "odnajdź moje dziecko". Słabe palce zacisnęły się na ciele Arystarcha, ale ześliznęły się w dół.
Kruk zakrakał: kres i krach~~
avatar

Aymi

Liczba postów : 198

Powrót do góry Go down

Re: Mieszkanie Arystarcha na krańcu miasta

Pisanie by Arystarch on Pon Wrz 11, 2017 11:41 pm

Let’s just live~
Takiej reakcji w życiu się nie spodziewał. Kobieta rzuciła mu się na szyję jak głodny wampir (nie mylić z pedauowampirami ze Zmierzchu) albo bohaterki filmów akcji, którym na ratunek przychodzi strażak. Zwykle potem następował namiętny ślimak bohaterów oraz szła łzawa wstawka ich dalszego wspólnego życia, jednak to nie był film z Hollyshitwood, a brutalna rzeczywistość. Kobieta straciła właśnie dom i najpewniej wszystkich bliskich. Jedyne co zostało jej to życie, ale to też nie było pewne bo w końcu mogła chcieć je sobie odebrać. Szkoda byłoby, gdyby kobieta o jej urodzie oraz wieku zakończyła swój żywot. Nekrofil by pewnie nie narzekał, ale Aryś nie należał do tych lubujących się w zimnych paniach. Jeśli już to te ciepłe i żywsze. Na dodatek miał jeszcze trochę moralności, by nie wykorzystywać tej sytuacji zwłaszcza, że pewnie zaprowadzenie zdruzgotanej kobiety do łóżka nie byłoby problemem. Czułby w obecnej sytuacji do siebie obrzydzenie przez resztę życia, gdyby czegoś takiego dokonał. Nie uważał tej płci za słabą, bo mogła równie mocno przywalić ale jakoś nie mógł się przekonać, by oddać kobiecie. To była chyba rzadkość w obecnych czasach, ale skupmy się na tym co było przed androidem.
Czyli to wszystko było jedynie robotą piromanów, którzy chcieli ich najpewniej zaszantażować, a gdy ci się postawili to spotkał dom taki właśnie los. Nawet w momencie kiedy już chciał skoczyć w stronę budynku, by spróbować wydobyć z niego męża tej kobiety los zadrwił sobie z niego. Zadziałały pierwotne instynkty chronienia samic i kiedy budynek się zawalał Aryś osłonił ją plecami, by nie dostała przypadkiem jakimś odłamkiem. Ogień trawił już rumowisko, ale sądząc po wcześniejszych słowach wtulonej w niego niewiasty to mąż najpewniej już nie żył kiedy to wszystko się zawaliło. Tamci go zostawili w płonącym budynku i spalili żywcem. Arystarch wtulił mocniej w siebie czekoladowooką i zacisnął zęby obserwując zgliszcza. Przy takiej ilości ognia jeśli to powiedzenie było prawdziwe to zsika się w nocy.
Teraz był już naprawdę wkurzony. Do tego stopnia, że jego ślepia błysnęły czerwonym blaskiem jak tamtego dnia, a po chwili przygasły jakby wracając poprzedniego Arystarcha na miejsce tego, który przed chwilą miął żądze mordu we wzroku. Powrócił ten mężczyzna, który patrzył na nią ze współczuciem. Kobieta była już na skraju załamania psychicznego. Jej słowa traciły sens. Miał szukać dzieci, a zarazem wcześniej powiedziała że zabrali oboje i ich zabili. Nie wiadomo co z tego było prawdą, a co ułudą umysłu roztrzęsionej kobiety. Dzieciak jeśli go porwali to musiał być kartą przetargową i porywacze niedługo się odezwą. Tylko to nie pasowało do schematu działań zwykłych bandziorów. Jakby chcieli kobietę zmusić do zapłaty to mogli zrobić to w inny sposób. Na razie miał za mało wiedzy, by działać. Szukałby po omacku i nic by mu to nie dało. Jedyny świadek się w niego wtulał i nie mógł wykrzesać z siebie żadnej sensownej odpowiedzi. Nie teraz. Trzeba było to załatwić inaczej. Najpierw posłał parę kul ki, by powalić drzewa potencjalnie znajdujące się zbyt blisko ognia. Tak, by zapobiec rozprzestrzenianiu się pożaru. Budynek się już zapadł więc będzie teraz jak tlące się ognisko, także jedyne co może spowodować pożar lasu to ewentualne drzewa, które będą za blisko. Dlatego też nimi zajął się Aryś na początku o ile było to potrzebne. Teraz pozostało zająć się drugim problemem.
Spojrzał kobiecie w oczy i koniuszkiem palca otarł łzy z jej oczu. Uśmiechnął się do niej ciepło, ujmując obie dłonie w swoje. Przybrał zaraz potem poważny wyraz twarzy, gdyż mimo swojego wrodzonego lenistwa to jednak był porządną istotą. Leniwy ale zdolny do poświęceń i zrobienia czegoś dobrego.
- Odnajdę tych bydlaków, którzy to zrobili i wymierzę im karę, a dziecko odzyskam. Najpierw jednak muszę Panią stąd zabrać. Musi się Pani uspokoić i dopiero wtedy będę mógł coś zdziałać. Muszę wiedzieć kto to zrobił, ale na razie… - powiedział trzymając nerwy na wodzy. Głos miał spokojny, aczkolwiek na jego końcu krył się cichy gniew. Ujął ją w pasie, mocno przytrzymując by przypadkiem nie wypadła z jego objęć. Pozostało tylko polecieć do swojej chatki i tam zastanowić się co dalej.
- Jak się Pani nazywa? Tak głupio mówić do kogoś Ty albo per kobieto. Ja jestem Arystarch – ciągnął przyjaznym głosem i jak najszybciej chciał się oddalić z miejsca zdarzenia. Ogień pewnie tak czy siak teraz szalał i szukanie śladów może okazać się ryzykowne. Po doleceniu na miejsce docelowe odstawił kobietę praktycznie przed drzwiami swego domostwa – Czuj się jak u siebie – powiedział beznamiętnie i wszedł do środka. Zapraszającym gestem wskazał na drzwi domu przedtem. Drugi problem z głowy, pozostał tylko trzeci jakim byli porywacze tego dziecka. Mogło się okazać, że żadnego dzieciaka nie było bo zginął w ogniu a kobieta chciała tylko wyegzekwować zemstę. Tak czy siak jeśli dzicina nie żyła to zemsta nie przyniesie nic poza satysfakcją. Arystarch przysiadł przed drzwiami i dał tamtej kilka chwil, by się uspokoiła. Planował już nawet co tamtym zrobić w ramach odwetu. Może poucina im palce i wpuści w żerowisko komarów? Zostać pokąsanym i nie móc się podrapać to mogłaby być niezła tortura. Opierał o ramię katanę, która niebawem najpewniej zostanie splamiona krwią. Niczym Muramasa – demoniczne ostrze, które żywiło się duszami nieszczęśników padających od stali. Ciekawe ile prawdy było w tej legendzie? Tamci byli naprawdę wyrafinowani. Zostawili tamtą kobietę żeby żyła ze świadomością swojej bezsilności. Okropny cios poniżej pasa.
avatar

Arystarch

Liczba postów : 24

Powrót do góry Go down

Re: Mieszkanie Arystarcha na krańcu miasta

Pisanie by Aymi on Sro Wrz 13, 2017 4:25 pm

Eien no MG Modo

Help me, i'm burried alive~~

Kiedy Arystarch odlatywał z miejsca zdarzenia z młodą kobietą w ramionach, zbyt rozdygotaną, by mówić sensownie, żegnało go złowieszcze krakanie kruka. Ów majestatyczny, groźny ptak, zwiastun nieszczęścia, grozy i wszelkiego zła, posłaniec złowrogiego księżyca, pomknął za mężczyzną i jego spłakaną, ledwie przytomną towarzyszką, ale w odpowiedniej odległości. Obojętne promienie luny oświetlały ich ostro rysujące się wśród światła, co jakiś czas przesłanianego chmurami, sylwetki; drzewa, które z taką rozwagą nasz ekolog potraktował ki blastem, zwaliły się bezwładnie niczym marionetki, którym przecięto sprężyny, na ziemię i przez to nie padły ofiarą płomieni. Za nimi pozostało puste, głuche rumowisko, w którym, jeżeli by rozgarnąć węgle, zapewne dostrzegłoby się niedopalone, białe w tym wszystkim - jak suknia kobiety, suknia żalu - kości.
Kobieta połknęła łzy. Wtulała się wciąż w Arystarcha, czy jej się wydawało, czy bohater przez chwilę miał czerwone oczy..? Ale czerwień oczu, tak niebezpieczna i groźna, nie była przecież tak istotna jak los, który spotkał jej ukochanego Rena i ich jedynego brzdąca - na myśl o którym nieznajoma znowu uroniła kolejne łzy. Och, jakże wiele by dała, by bogowie cofnęli czas, wznieśli swoją łagodną rękę nad ich rodziną, małym ogniskiem miłości i ocalili Rena i dziecko... A jednak było to już niemożliwe.
Czekoladowooka zamrugała powiekami. Stali przed domem; mówił, że to jego, że odnajdzie jej rodzinę, że pomści winowajców. Zadrżała. Z jednej strony chciała się ukryć, ochronić, ale ten jego bezduszny, chłodny ton głosu, jak osądzający księżyc... a jeśli był jednym z nich? Przełknęła ślinę, jednak nacisnęła nieśmiało klamkę i weszła powolnym, ślimaczym krokiem za swoim wybawicielem. Usiadła niepewnie na sofie, podkurczając kolana i obejmując się ramionami, tak bardzo zmarznięta, wręcz zmrożona okrucieństwem świata. Wypadałoby się przedstawić, prawda...?
- Mam na imię... mam na imię Izanami - przedstawiła się cicho, połykając łzy. Och, tak, Izanami, kobieta, która zaprasza, jedna z boskiej pary małżonków, problem w tym, że jej Izanagi już nigdy nie stworzy dnia na nowo.
- Mieszkałam tam z Renem... moim mężem - mówiła dalej, nie ocierając już nawet kolejnych łez, pozwalając, by ciekły po szczupłych, bladych policzkach. - To Ren... on wybudował ten domek...
Załkała cicho, objęła się mocniej ramionami, kosmyki włosów na chwilę ukryły ją przed złowrogim światem, zasłoniły, jak niegdyś ramiona Rena.
Nie mogła uwierzyć, że nie żyje, że to koniec ich wspólnego życia.
- Mieliśmy synka... Shiroyuki... tak miał na imię, Shiro-chan...
Pokręciła głową. Otarła twarz. Jej dłonie drżały.
- Oni... przyszli wieczorem, kiedy akurat Ren wrócił z pracy... Podpalili dom... zabrali Shiro-chana, mnie zostawili, jak mówiłam... To było straszne, Ren tak okropnie krzyczał, a kiedy chciałam mu pomóc... jeden z nich mnie szarpnął za włosy, odciągnął od ognia i... i uderzył mocno w brzuch, żebym nie pobiegła mu pomóc... Śmiali się, a potem znikli w świetle księżyca.
Ucichła, znów skryła się w bezpiecznej pozycji, znów zasłoniła twarz, żeby tylko nic już nie widzieć. Po chwili ją podniosła, patrzyła teraz na Arystarcha tak, jak może patrzeć tylko ból matki.
- Proszę, pomóż mi odnaleźć mojego Shiro - poprosiła żałośnie. - Moją dziecinkę... Nie mam czym zapłacić, wszystko spłonęło, ale... Błagam, pomóż mi, pomóż mojemu słoneczku wrócić do domu! Och, co oni z nim zrobili, co mu robią...?
avatar

Aymi

Liczba postów : 198

Powrót do góry Go down

Re: Mieszkanie Arystarcha na krańcu miasta

Pisanie by Arystarch on Sro Wrz 13, 2017 10:13 pm

So pay the price and close your eyes and play the game and I'll make you cry~
Aryś wcale nie postrzegał kruków jako stworzeń złych. Owszem, były oznaką nadchodzącego nieszczęścia jeśli ktoś oczywiście był przesądny. Białowłosy miał do tej pory takiego pecha, że raczej już nic go nie zdziwi pod tym kątem. Brakowałoby tylko żeby nagle dom runął mu na głowę, a szczoteczka do zębów złamała się w pół podczas szczotkowania. Dorzućmy do puli nieszczęść jeszcze rozdwajające się końcówki i tragedia murowana! Czasami jednak trzeba było coś zniszczyć, by coś innego mogło żyć. Tak jak w przypadku drzew potraktowanych Ki Blastem. Natura to jeden wielki cykl zniszczenia i odrodzenia, który w swojej prostocie był naprawdę piękny. Bioandroid mógłby godzinami kontemplować piękno natury, które przemija a następnie odradza się na wiosnę. Trochę jak kobieta z rana przed i po wejściu do łazienki, ale ponoć liczy się bogate wnętrze nie? Piękna wątroba, seksowna śledziona!
Szkoda mu było tej kobiety, która właśnie straciła wszystko. To mógłby być genialny początek Kill Billa, ale raczej nie wyglądało na to, by był to ten typ kobiety. Chociaż podobno matka pragnąca uchronić swoje młode potrafi być groźniejsza niż agresywny samiec. Trudno mu to powiedzieć z autopsji, gdyż nigdy nie miał mamy, ani taty. Po prostu obudził się taki duży o. Jak na wielkoluda przystało był również łagodny wobec dzieci i nawet je lubił o ile nie wymagały od niego, by ruszył się ze swojego wygodnego wyrka.
Widząc idącą niepewnie czekoladowooką zastanawiał się czy ona ma coś jeszcze do stracenia poza własnym życiem? Pewnie Aryś wstanie rano przed nią i wróci do tamtych zgliszczy by poszukać śladów oraz pochować szczątki jej męża. Nie był specjalnie religijny, ale nie godziło się aby ciało człowieka było rozszarpane przez zwierzęta. Zwłaszcza, gdy był to ktoś niewinny i najwyraźniej po prostu dobry człowiek. Izanami mimo swojego obecnego stanu nie była ani wygłodzona, ani również nie wykazywała żadnych oznak znęcania się nad nią. Widząc jak podkurcza nogi, zaświtało mu w głowie, by napalić w kominku. Chociaż ogień mógł wywoływać w niej jakieś negatywne emocje, to jednak taki mały płomyczek chyba nie zaszkodzi. Aryś ustawił kilka drewieniek oraz dołożył kilka kawałków gazet, które miał przeznaczyć na recykling. Potem tylko cyknięcie zapalniczki i ogień powoli się rozpalał. Dopiero potem skoczył na moment do przedsionka, by z wieszaka ściągnąć swój płaszcz i okryć nią Izanami. Trzeba przyznać, że miała dosyć interesujące imię. Bardzo mitologiczne, a zarazem drwiące z obecnej sytuacji. W końcu bogini zmarła podczas porodu bóstwa ognia. Dopiero potem była dalsza część mitu o zejściu do podziemi i ucieczce przed brzydką niczym niemka żoną. Jak się zastanowić to Aryś nie miał czym się pochwalić w kwestii imienia, bo jedynie nawiązywał do pierwszego z astronomów i to tyle. Nawet nie było to imię nadane mu przez rodziców, a coś wyszytego na kurtce, którą miał na sobie.
Jako mężczyzna będący bliżej nieokreśloną mieszanką gatunkową poczuwał się do tego, by jakoś wesprzeć ją. Tak więc usiadł obok, bardzo blisko jednak nie stykał się z nią ramieniem. To już do niej należało czy skorzysta z zaproszenia do uścisku i pomocy w ulżeniu nieco bólu. Historia naprawdę smutna, ale że chłopaki nie płaczą to Arystarch nie uronił nawet łzy. Szkoda mu było malca, który teraz był w rękach porywaczy. Właściwie to ich zachowanie pasowało do grupy zbierającej haracze, ale czego szukali na takim zadupiu? Może po prostu rozrywki? To by było w stylu niższych oficerów RR, do których trafiały największe kanalie. Spalili człowieka żywcem i zabrali dziecko chyba tylko po to, by mieć się nad kim znęcać lub wykorzystywać seksualnie.
Słysząc prośby kobiety android tylko westchnął ciężko, ale po chwili posłał jej przyjazny uśmiech i zbliżył dłoń do jej twarzy, by otrzeć łzy. Następnie po prostu ją przyciągnął do siebie, wtulając w swoją pierś, a chwilę później zmierzwił jej włosy swoją dłonią.
- Daj spokój, nie chcę żadnej zapłaty. Mam pewne podejrzenia kto mógł wam to zrobić, bo parę takich dupków z oznaczeniami RR chodzi po mieście. Powiedz mi Izanami-chan… czy kiedykolwiek przychodzili do was ludzie i chcieli pieniędzy za „ochronę” albo dzierżawę ziemi? Albo czy pamiętasz, w którym kierunku się udali? – zadawał pytania głaszcząc kobietę po głowie. Grunt to było ją uspokoić i dać poczucie bezpieczeństwa, którego aktualnie potrzebowała. Nie mogli odejść daleko, zwłaszcza z dzieckiem, które pewnie spowalnia marsz, a okoliczny lasek Aryś znał dosyć dobrze. Co byłby z niego za miłośnik przyrody, gdyby nie przechadzał się po własnych włościach! Kwestia haraczu go interesowała, gdyż mógł to być jakiś punkt zaczepienia. Mogli w końcu niebawem też przyjść do niego! A zapłaty po prostu od niej nie chciał, gdyż pieniądz nie był mu potrzebny. Miał wszystko czego chciał… no prawie wszystko, bo kobiety nadal ani widu ani słychu.
- A… no i jak chcesz to kiedy go już uratuje… hmm możecie w sumie zamieszkać sobie tutaj, bo jakieś wolne pokoje się znajdą. W końcu cały wasz dobytek spłonął – wzruszył ramionami. Oczywiście nie miał w głowie żadnych lisich zamiarów. No może nie tylko, bo przecież dom sam się nie oporządzi. Trzeba w nim czasami sprzątać, a jedzenie gotować. Arysiowi się po prostu nie chce, a jeśli ma upiec trzy pieczenie na jednym ogniu to czemu nie? Niespecjalnie będzie mu przeszkadzało, że będą jeszcze dwie gęby do wykarmienia, tak długo jak będzie to piękna, młoda kobieta i jakiś dzieciak.
- Ale niezależnie co się stanie to masz iść z podniesioną głową przez życie, ok Izanami-chan? – zapytał i przeciągnął się, luzując uścisk pozwalając się kobiecie odsunąć jeśli tylko chciała.
avatar

Arystarch

Liczba postów : 24

Powrót do góry Go down

Re: Mieszkanie Arystarcha na krańcu miasta

Pisanie by Aymi on Pią Wrz 15, 2017 9:57 pm

Eien no MG Modo

Spokój jest wytchnieniem... lecz nigdy nie trwa wiecznie~~

Izanami uśmiechnęła się smutno. Wciąż nie mogła się przyzwyczaić do tego, co nazywało się ruiną jej życia, pogrzebaniem wszystkich marzeń, obietnicą lepszego istnienia, a co stało się martwym okrzykiem kruka wśród mgieł. Przytuliła się nieśmiało do Arystarcha, mrużąc zmęczone płaczem powieki.
- Nie... Nikt taki do nas nie przychodził - stwierdziła po dłuższej chwili namysłu. Uśmiechnęła się delikatnie, ów nieznajomy był tak miły i szlachetny! Prawdziwy skarb pośród tego okrutnego, milczącego świata, który nie słyszał już żadnych pytań i rozpaczliwych jęków ludzi tracących najbliższe osoby. A kiedy pomyślała, że mogłaby zamieszkać pod jego dachem przez jakiś czas z synem, że jej śliczny Shiro-chan będzie mógł spać w jej ramionach przy tym samym ogniu, przy którym ona teraz się ogrzewała...
- Dziękuję ci, Arystarch-san, dziękuję - powiedziała cichym, ochrypłym lekko od płaczu, wzruszonym głosem. Była mu naprawdę wdzięczna. - Odwdzięczę się, obiecuję.
Popatrzyła mu długo, przeciągle w oczy, jakby się trochę bała, a kiedy poinformował ją, że ma iść przez życie z podniesioną głową, nie upadać, oddać cześć jak bogini ognia płomieniom życia, ogrzewać swoje dziecko, skinęła pewnie głową. Kruk odleciał w niebyt, zdawało się, że błoga, kojąca cisza ukołysała zmysły Izanami, ułagodziła przyrodę, ułożyła do snu życie, sprawiła, że znów wszystko wydało się stabilne.
Na jak długo?
avatar

Aymi

Liczba postów : 198

Powrót do góry Go down

Re: Mieszkanie Arystarcha na krańcu miasta

Pisanie by Arystarch on Pią Wrz 15, 2017 11:06 pm

Nic nie łechta męskiego ego tak bardzo jak wtulona kobieta szukająca ochrony ze strony silnego samca. Nie umywają się do tego nawet wygrane zakłady po kilku piwach oraz aprobata ziomków z ekipy i karyn z osiedla. W swoim mniemaniu Arystarch zrobił dobry uczynek, który pewnie większość osób by określiła mianem lekkomyślnego. Kwestia tego, że nie miał absolutnie nic do stracenia. Nawet jakby go chciała okraść to w domu nie posiadał żadnych wartościowych przedmiotów. Jedynie jakieś drobne pieniądze, które czasami przydają się podczas wypraw do miasta. Chociaż zawsze mogła uciec ze sztucznymi głowami jeleni, które wisiały w salonie. To mogło być warte nawet jakieś pieniądze, ale majątku raczej się na tym nie zbije. Za absurdalną uznawał także opcje próby zabójstwa. Komu się naraził? Nikt by chyba nie opłacał zabójcy, by go zlikwidowali. Takie miał wrażenie, jednak nie od dziś wiadomo, że człowiek to bardzo mściwa istota i mógł zwyczajnie nieświadomie nadepnąć komuś na odcisk. Musiałby jednak pochwalić w takim wypadku zdolności aktorskie Izanami, gdyż jeśli ten uśmiech był udawany to powinna dostać Oscara.
Swoją drogą skoro nikt do nich nie przychodził to znaczyło, że o nieszczęściu zadecydował ślepy traf. Tamci mogli być zwykłymi rzezimieszkami, którzy postanowili się trochę zabawić, a gdy napotkali znaczny opór to spalili mieszkanie oraz zabili jej męża. Pełno było takich ludzi na świecie, a dzięki nim media zawsze miały jakiś temat na artykuł. Nie lubił pismaków, którzy żerowali na czyimś nieszczęściu. Cóż jednak poradzić, że człowiek woli patrzeć jak bliźniemu coś nie wychodzi. Dlaczego sąsiad ma mieć większy dom niż on sam? Dlaczego ma się z tego cieszyć? Lepiej gdyby tamtemu coś nie wyszło, tak by pomyślał przeciętny mieszkaniec miasta. Nie znał Izanami na tyle, by wiedzieć czego móc się po niej spodziewać ale to też miało swój urok. Pomieszka z nią i może kiedyś odgadnie co w trawie piszczy. Wątpił, by jakaś głębsza relacja uformowała się prędko podczas gdy jeszcze świeże było wspomnienie o spalonym mężu. Można powiedzieć, że to był nadal gorący temat. Propozycja odwdzięczenia się brzmiała nieco dwuznacznie, zwłaszcza przy tym dłuższym kontakcie wzrokowym. Ile ona mogła mieć lat? Pewnie przed 30 była, więc jeszcze najlepszy czas ma przed sobą.
- Swoim uśmiechem już się odwdzięczyłaś. Wiesz, ja nie mam wielkich potrzeb. Po prostu lubię jak ludzie są szczęśliwi – wzruszył ramionami i przeczesał czarne kosmyki włosów kobiety swoją dłonią. Spoglądał jej dalej w oczy nie mogąc się od nich oderwać, ale bardziej z troską niż pożądaniem. Pragnęła uwagi kogokolwiek w tym momencie więc i to należało jej zapewnić – Nie śpij na kanapie. Nie wypada gościowi – powiedział wsuwając rękę pod jej nogi, a drugą obejmując ją w talii by móc podnieść się i pewnie unieść Izanami. Planował po prostu zanieść ją do sypialni. Nie ważyła zbyt wiele, więc to już kwestia tylko przejścia paru kroków i otworzenia drzwi. Pewnie dla zachowania równowagi złapałaby się go za szyję. Na górze zaś odłożyłby ją do swojego łóżka i rzucił w jej kierunku jedną ze swoich koszulek. Dla niej pewnie będzie trochę przydługa jak to męska odzież, ale definitywnie ta koszulka była czystsza niż reszta. Noszona może ze dwa razy, ale względnie czysta.
- Przebierz się i tu możesz spać. Jeśli zgłodniejesz to kuchnie masz na dole. Wrócę niedługo, więc póki co pobędziesz chwilę sama. Jak chcesz mogę się potem położyć obok albo spać na kanapie – rzucił przeciągając się i przysiadając na rogu łóżka. W pokoju nadal było otwarte okno i pewnie naleciało trochę liści z zewnątrz. No trudno, posprząta się rano. Na niego chyba przyszła pora, więc całusem w czoło „utulił” Izanami i wyleciał przez okno, by pozwiedzać sobie miejsce niedawnego pożaru. Poleciał dosyć szybko, by jak najszybciej zacząć oględziny. Głównie interesowała go przyczyna pożaru, bo tego ślady nietrudno będzie znaleźć. W końcu wcześniej słyszał tamten wybuch, a Ki Blast pozostawia dosyć charakterystyczne ślady więc idzie go odróżnić od eksplozji butli z gazem. Zresztą po tym drugim zostaje też charakterystyczny zapach. Potem pozostanie mu szukać śladów targania kogoś. Dodatkową motywacją dla Arysia była wdzięczność kobiety. Sam fakt, że ktoś był mu wdzięczny i że komuś pomógł napawał go wewnętrzną radością, a jeszcze dorzucając do tego płeć dziękującego to w ogóle. Jeśli znalazłby jakieś ślady to wystarczy za nimi podążać. Miał przecież ze sobą miecz, więc w walce raczej nie będzie na straconej pozycji.
avatar

Arystarch

Liczba postów : 24

Powrót do góry Go down

Re: Mieszkanie Arystarcha na krańcu miasta

Pisanie by Aymi on Nie Wrz 17, 2017 7:26 pm

Eien no MG Modo

Please, come back to me~~

Słysząc zapewnienia Arystarcha, Izanami odetchnęła z ulgą. Teraz, dzięki uprzejmości tego młodego mężczyzny, będzie mogła stworzyć sobie nowe ognisko domowe, żyć tym, co utraciła tak niedawno. Shiroyuki znów znajdzie się w jej ramionach, będzie mógł napić się jej ciepłego mleka i zasnąć, ukojony ciepłem matczynego objęcia... A nad nimi czuwać będzie duch Rena, jej ukochanego męża, który zbyt szybko odszedł z tego świata - odwrotnie jak w owej starej legendzie; o tak, odwrotnie. W historii, o której mowa, to ona opuściła jego. Pozostawiła go na pastwę losu, wybierając z uśmiechem mroki podziemia i tajemniczych krain śmierci.
To ona, a nie on, stała się potwornym stworem, to ona zginęła z jego ręki.
Myślałby kto, że obie historie powinny mieć happy ending.
Kiedy tylko zostawił ją samą, przebrała się w jego koszulkę, z czym nie miała żadnych problemów, gdyż doskonale na nią pasowała. W nowym ubiorze przestała być plamą na tle, stała się ożywionym kolorem, półtonem w tajemniczej palecie życia. Po szybkim posiłku położyła się spać, jednak jej sny nie były zbyt kolorowe i poduszka, w którą się wtuliła, znów się podejrzanie zwilżyła.
W tym czasie Arystarch znajdował się już na pogorzelisku, gdzie podejmował czynności poszukiwawcze. Ruiny domku nie przedstawiały sobą zbyt ciekawego widoku, aczkolwiek kiedy zaczął je starannie przeszukiwać, znalazł sporo rzeczy: niedopalone meble, resztki ubrań, jakichś bibelotów, szczątki szkła walały się bezładnie wśród gruzów i popiołów. W jednym z miejsc znalazł doszczętnie spalony szkielet z kajdankami zatrzaśniętymi szczelnie na rękach ofiary; po budowie i z opowieści kobiety szybko wywnioskował, że musiał to być mąż kobiety, Ren.
Widać ogień nie jest wybawieniem.
Ponadto udało mu się znaleźć wyraźną dziurę po ki blaście, świadczącą o tym, że wybuch nie był sprawą przypadku; nigdzie nie wyczuwał także zapachu gazu. To natychmiast implikowało stwierdzenie, że teorię o gazie można spokojnie spisać na straty.
Co więcej, kiedy Arystarch zagłębił się w las, znalazł po dłuższym spacerze i zaglądaniu pod każdy krzak (no dobrze, nie pod każdy, ale pod większość) fragment niebieskiego ubranka. Izanami mówiła o dziecku jako o chłopcu, można więc było śmiało zakładać, że należy ono do małego Shiroyukiego. Pytanie, którędy miałby iść? Na miejscu znajdowały się trzy szlaki śladów; dwa zbaczały w lewo i w prawo, jeden zaś prowadził prosto przed siebie.
Jaka będzie twoja droga?
avatar

Aymi

Liczba postów : 198

Powrót do góry Go down

Re: Mieszkanie Arystarcha na krańcu miasta

Pisanie by Arystarch on Nie Wrz 17, 2017 11:03 pm

One Day there’ll be a knock on the door to the hole in my heart~
Izanami tworzyła sobie własne ognisko domowe, a międzyczasie Aryś miał nadzieję, że nie zrobi tego dosłownie. Głupio by było stracić dach nad głową, a sam jest zbyt leniwy żeby zbudować nową chałupę. Pewnie skończyłoby się na tym, że zamieszkałby w chatce na drewno. Może nawet dałoby radę zrobić tam wygodne legowisko pod postacią hamaka? Byłoby to bardzo nowatorskie rozwiązanie, a hamaczek jak wiadomo zwykle należy do tych najwygodniejszych miejsc do spania. Nie trzeba słać, nigdy nie jest za twardo, można się bujać do snu. Same plusy. Aż zastanawiało go czasami czemu tego nie zrobił u siebie w domu? Odpowiedź była prosta – chodziło o lenistwo. Trzeba by wstać, wbić haczyki i jeszcze skołować hamak, a Aryś nie ruszy dupska tak długo jak nie będzie to koniecznie.
Wróćmy jednak do sprawy zaginionego dziecka. W sumie poszukiwania mogły być utrudnione nieco przez sam fakt, że nie za bardzo wiedział w jakim wieku jest dzieciak oraz czy ma jakieś cechy szczególne. Jeśli będzie miał farta i jest podobny do mamy to pół biedy, ale jeśli do ojczulka to już zaczną się schody. Nie za bardzo wiedział jak wyglądał mąż owdowiałej Izanami, a tym bardziej nie mógł teraz ruszyć tego tematu. Pewnie już spała i próbowała się pozbyć tego pierwszego odczucia po stracie. Nawet nie za bardzo wiedział co obecnie robiła i czy dała sobie radę z przygotowaniem posiłku, ale teraz priorytetem było odnalezienie jakichkolwiek śladów. Bądź co bądź obiecał, że znajdzie tamtych i ich ukarze. Nie w imieniu księżyca, a w imię zasad.
Na miejscu wszędzie czuć było ten smród spalenizny oraz zapach spalonego ludzkiego ciała. Nic tam nie nadawało się do ponownego użytku i trzeba było uważać, by nie wdepnąć w wystający gwóźdź albo szkło. Trzeba było przyznać, że porywacze mieli tupet, bo skuli kajdankami więźnia zanim spalili dom. Interesujące było również to, że w pobliżu był ślad po ki blaście, a ciało było praktycznie całe spalone. Ogień musiałby mieć temperaturę pieców krematoryjnych, by doprowadzić do tego stanu albo palić się naprawdę długo. Drugą opcje można było wykluczyć, gdyż wtedy ogień musiałby trawić dom parę godzin. Aryś tak to brał na zdrowy chłopski rozum i wychodziło na to, że przeciwnik pewnie ki blastem mógł zwęglić ciało biedaczka do tego stopnia, że nic po nim nie zostało, a zarazem wyglądało to tak jakby sami z siebie musieli skuć dorosłego mężczyznę by ten nie sprawiał problemów. Sugerowało to, że fizycznie nie są zbyt sprawni, ale energią mogą wywołać pożar. Chociaż to może kwestia wcześniejszego przygotowania. Bardziej martwił się o dzieciaka, którego pewnie porwali w akcie paniki i najwyraźniej uciekali w popłochu sądząc po oderwanym kawałku ubrania. Przed nim były trzy ścieżki, jednak tutaj trzeba się było zastanowić gdzie najpierw zajdą porywacze. To jasne, że pewnie mieli gdzieś swoją kryjówkę i jako cywilizowani ludzie raczej nie będą mieszkać w jaskini, gdzie jest wilgoć, zimno oraz grzyby. Zostało zdać się znowu na chłopski rozum i wykonać słowiański przykuc przy każdym ze śladów. Poudawać myśliwego tropiącego zwierzynę albo pewnego Rosomaka z Kanady o bardzo dziwnej fryzurze, pekaesach i metalowym szkielecie. Ni chue, pozostało skorzystać z pamięci i spróbować skojarzyć ścieżki oraz stronę, w którą prowadzą. Wiadomo, że najlepiej będzie obrać taką z obiektem pokroju domku albo leśniczówki po drodze. Najpewniej tam mogliby się zatrzymać, jednak jeśli nie skojarzy takiego miejsca to pozostaje przejść się kawałek każdą ze ścieżek i zwrócić uwagę na jakieś dodatkowe wskazówki po drodze. Chociażby kolejne kawałki ubrania albo rozmazane ślady sugerujące ciągnięcie kogoś.
Wydawało mu się nawet przez moment, że o czymś zapomniał ale to chyba nie było nic ważnego. Pogrzebanie szkieletu poczeka. Przecież nie ucieknie!
avatar

Arystarch

Liczba postów : 24

Powrót do góry Go down

Re: Mieszkanie Arystarcha na krańcu miasta

Pisanie by Aymi on Wto Wrz 19, 2017 9:50 pm

Eien no MG Modo

Ślady ciągnięcia nie zostały w żadnym razie; ostatecznie to był niemowlak, a nie pług do orania ziemi, nie było potrzeby, by wlec go po nierównym, twardym gruncie. Na takim gruncie stali również porywacze - być może nie zauważyli, że oderwał się fragment ubranka malucha, ale na pewno starannie wybrali miejsce jego ukrycia.
Droga w lewo okazała się błędna i zawikłana, skomplikowana na tyle, że nasz bohater miał kłopot, by ją w całości zapamiętać. Zauważył wszakże ślady po ki blaście. Z prawej strony dochodziły tajemnicze płacze i wołania, szybko jednak umilkły; centrum było mroczne, zarośnięte, pełne chaszczy i zwalonych pni drzew oraz padłych jeleni. Najwidoczniej przestępcy pragnęli zmylić trop ewentualnego pościgu.
Droga prowadząca w prawo była niemniej długa i skomplikowana, jednak coraz częściej zaczęły się powtarzać charakterystyczne ślady stóp, należące bezsprzecznie do dwóch osób. Godnym odnotowania był fakt, że stopy jednej osoby były wyraźniejsze i mocniej odbite w ziemi, a więc dostrzegalne pomimo grobowych ciemności i braku światła księżyca. Drzewa szumiały groźnie, czasami zahuczał pogrzebowy puchacz.

___
tym razem bez podkładu ;-;
avatar

Aymi

Liczba postów : 198

Powrót do góry Go down

Re: Mieszkanie Arystarcha na krańcu miasta

Pisanie by Arystarch on Wto Wrz 19, 2017 10:41 pm

Like an angel with cruel and merciless intent~
A jednak mógł poczuć się jak łowca z Kanady! Chociaż pewnie trochę więcej osób go lubiło niż statystycznego Kanadyjczyka albo rudego. Był to naród tak olewany, że nawet word nie poprawiał nazwy kanada pisanej z małej tak jak tutaj. Teraz podczas przedzierania się przez chaszcze wpadło mu do głowy, że przecież tamci mogli chcieć porwać dzieciaka by go sprzedać. Słyszało się w telewizji i Internecie o porywaniu dzieci by je sprzedać jako małych niewolników dla szejka arabskiego albo po prostu wykorzystać jako żywe worki na organy. Obie wersje były niezbyt pocieszające, zwłaszcza dla rodziców takiego malucha. Lewacka ścieżka… oj przepraszam, lewa ścieżka okazała się niewypałem głównie ze względu na jakość tej drogi. Porywacze to też ludzie, a ci są praktyczni i nie będą się męczyć, zwłaszcza z ładunkiem, który może przez przypadek ulec uszkodzeniu jeśli źle postawią nogę. Środek natomiast był tą typową częścią lasu, gdzie polowały drapieżniki lub jacyś kretyni powybijali jelenie. Oczywiście mogło się zdarzyć, że jelonek umarł sobie przywalony drzewem, niemniej jednak bioandroidowi robiło się szkoda takiego Bambiego. Ta ścieżka również odpadała, gdyż była za trudna do przebycia. Jakby potrafili latać to w ogóle nie zostawialiby śladów, więc na pewno poruszali się piechotą. Drogą eliminacji została trzecia ścieżka, która wyglądała na najbardziej przystępną. Była długa, ale z czasem pojawiały się ślady stóp. Z każdym postawionym krokiem zdenerwowanie Arystarcha rosło. Nie lękał się tego, że mogą go zabić a raczej stracenia panowania nad sobą i skrócenia ich o głowę zbyt szybko. Plus walka raczej nie powinna się odbywać na oczach dziecka. Toż to będzie trauma na całe życie! Już pominął w myślach fakt, że malec będzie po prostu przeszkadzać oraz zostanie całkiem dobrą kartą przetargową.
Idąc spokojnym, dosyć szybkim krokiem rozglądał się po drzewach oraz pod nogi szukając dalszych śladów. W dłoni ściskał pochwę od miecza, tak że skóra z rękawiczek zaczęła lekko trzeszczeć. Dwa ślady. Jeden bardziej odbity, czyli na pewno ktoś cięższy, a drugi mniejszy. Typowe duo Mięśniaka i Czachy, przy czym ten drugi zwykle był cwańszy. Zapowiadało się, że przyjdzie mu walczyć w dosyć ciężkich warunkach, ale jeśli da radę dostać się do dziecka to wystarczy tylko odlecieć. Teraz pozostało się tylko skupić na tym, by nie wpaść w jakąś pułapkę. Wnyki lub po prostu błyszczącą w świetle księżyca żyłkę. Posiadali Ki, jednak Aryś nie umiał tego wyczuwać. Nikt go nie nauczył tej trudnej sztuki, która w tym momencie byłaby niezwykle pomocna. Miał jednak nieodparte wrażenie, że wcześniej słyszane płacze oraz wołania nie należały do porywaczy i dziecka, a do czegoś innego. Nie byli chyba na tyle głupi, by patrzeć jak dom płonie? A może byli tam jeszcze kilka chwil zanim Arystarch zabrał do siebie Izanami? To by wyjaśniało czemu zaczęli zacierać za sobą ślady. Do takiego miejsca raczej nie dotrze straż pożarna, jeśli nie ma zagrożenia pożaru lasu. Wojownik uniósł się lekko i zaczął lewitować nad ziemią, tak by wytłumić dźwięk swoich kroków. Mógł być już blisko, więc należało zachować maksimum ostrożności. Dodatkowo pewnie uniknie jakiś pułapek, które reagowały na nacisk. Oto właśnie anioł zemsty sunął przez las. Bardzo uważny oraz z gniewnym wzrokiem. To była prawdziwa cecha wojownika, a siłę można było zwykle wyczytać ze wzroku danej osoby. Widać w nich było dojrzałość do walki. Niewiele w takich przypadkach miała do rzeczy widoczna tężyzna fizyczna czy posiadana broń. Arystarch miał jasno wytyczony cel - znaleźć i ich zniszczyć oraz odzyskać dziecko.
_
A ja mam ;3
avatar

Arystarch

Liczba postów : 24

Powrót do góry Go down

Re: Mieszkanie Arystarcha na krańcu miasta

Pisanie by Aymi on Czw Wrz 21, 2017 12:11 pm

Eien no MG Modo

And when all the fires burn
When everything is overturning
There's no thing that I won’t go through


Podróż Arystarcha powoli zbliżała się do końca. Po kolejnych trzech zakrętach wąskiej, cienkiej, chwilami mokrej z jakiegoś powodu ścieżki, które przeleciał, i ósmym chyba z kolei krzaczku (chociaż kto by to liczył?!) las zaczął się już przerzedzać. Drzewa nie rosły aż tak zwartą gęstwiną, roślinność trochę się zmieniła, a i trawa stała się odrobinę jaśniejsza i w niektórych miejscach nosiła ślady wyraźnego wydeptania - tak wyraźnego, że bystre oczy bioandroida musiały je dostrzec prędzej czy później.
Wyszedł już na skraju lasu - było to widoczne po właśnie owej zmienionej roślinności, chwilami nawet jakby uszkodzonej przez ingerencję nadziemskiej mocy - sporo tu było połamanych drzew, miejscami rosły nienaturalnie gęste jak na to miejsce chaszcze (zalecamy uważać na pokrzywy!), a budynek, który ukazał się Arystarchowi, był nadrujnowaną, miejscami pozbawioną tynku, zapuszczoną do granic wszelkich możliwości leśniczówką. Być może kiedyś ktoś tu mieszkał, ba, zadbał nawet o to, żeby ogrodzić teren, dla naszego bohatera nie stanowiło to jednak najmniejszych przeszkód. Gorzej mogła się przedstawiać sytuacja z dwoma zbirami umiejscowionymi najprawdopodobniej wewnątrz domku, skupionymi na opiece nad uprowadzonym maluchem lub ustalaniem żądań wobec jego matki, pogrążonej w tej chwili w śnie, który uspokajał zmysły (przynajmniej tak powinien był działać. Drzwi od domku były stabilnie zamknięte i wydawało się, że było tylko jedno wejście; okna były małe i pozbawione szyb, choć jedno zasłonięto kawałkiem deski. Być może tam umieszczono dziecko?

Save me~~
avatar

Aymi

Liczba postów : 198

Powrót do góry Go down

Re: Mieszkanie Arystarcha na krańcu miasta

Pisanie by Arystarch on Czw Wrz 21, 2017 10:35 pm

They see you as small and helpless,
They see you as just a child,
Surprise when they find out a warrior will soon run wild

Aryś spodziewał się, że będzie podążał nieco głębiej w las, jak w bajce gdzie książę odnajdzie twierdzę ze skarbem pośrodku puszczy. Nie mógł się rozpraszać, dlatego też nie liczył krzaczków po drodze, ale gdyby były inne okoliczności to pewnie by to zrobił. Lubił poznawać każdy skrawek tego lasu, zresztą to był jego dom więc dlaczego miałby nie chcieć poznać całego terenu? Gdyby fucha leśniczego nie była obsadzona to sam by się do niej zgłosił, jakby się już oczywiście przemógł z wszechobecną biurokracją. Papier na to, na siamto i sramto. Na wszystko potrzebowali papieru. Coś było w tym żarcie, że nawet w urzędzie mają dwuwarstwowy papier bo z każdego gówna musi być kopia.
Brak gęstwiny i zakrzaczenia na drodze sugerował jednak, że ścieżkę wykorzystywano dosyć regularnie, a co za tym idzie rosła również szansa na odnalezienie brzdąca. Dobrze, że ten drugi porywacz był takim ciężkim klocem i zostawiał naprawdę duże ślady na biednej, zadeptanej trawie. Może to jakiś yeti albo inny sasquatch? A jeśli będzie zwierzęciem to pozostanie kwestia czy może go skrzywdzić! Aryś nie krzywdzi zwierzątek, ani kobiet. Ma pewne zasady, których się trzyma. Nie wyszedł od razu zza drzew widząc w oddali chatkę. Schował się za jednym na wszelki wypadek, by potencjalni porywacze go nie zauważyli. Rozejrzał się i ocenił sytuację. Leśniczówka pewnie nie była dawno odnawiana i świetnie pasowała na tymczasową kryjówkę lub miejsce pobytu bandytów. Ogrodzenie wyglądało jakby stawiał je typowy Janusz lub inny majster, bo pasowało idealnie do tej chatki. Chaszcze natomiast sprawiły, że Aryś wpadł na pewien pomysł. Trochę głupi, ale dostatecznie głupi by miał szansę powodzenia. Przemknął między drzewami w stronę krzaków i wyciął sobie drogę do jakiegoś większego krzaku. Odgarnął jego listki i poszukał łodygi, która powinna być tuż nad korzeniem. Odciął ją i złapał krzak od spodu. Przykucnął, a następnie zaczął powoli się skradać w stronę domku udając taki krzak. Oto prawdziwy człowiek lasu, który stał się jednością z naturą. Oczywiście szedł od tej strony, gdzie okno było zasłonięte deską. Chciał tam dojść i spojrzeć przez ewentualną dziurę do środka. W razie czego jeśli ktoś wyjdzie na zewnątrz to obróci się wraz z krzakiem i dalej się będzie za nim krył. Z pewnej odległości pewnie nikt go nie zauważy. Zwłaszcza w nocy. Plan idealny!
avatar

Arystarch

Liczba postów : 24

Powrót do góry Go down

Re: Mieszkanie Arystarcha na krańcu miasta

Pisanie by Aymi on Nie Wrz 24, 2017 8:01 pm

Eien no MG Modo

And the lamp-light o’er him streaming throws his shadow on the floor;
And my soul from out that shadow that lies floating on the floor
Shall be lifted—nevermore!


W domku panowała na pozór głucha cisza. Nic nie zdradzało obecności porywaczy, kryli się naprawdę dobrze, ale nagle wzeszedł jasny, ostry, srebrny księżyc i gdyby Arystarch nie ukrył się w chaszczach, udając taki właśnie krzak, zapewne zostałby z łatwością dostrzeżony przez tajemniczych nemezis. Udało mu się jednak dostać do okna, które zasłonięto dyktą. Jeżeli jakoś zdołał odsunąć sobie deskę, albo zrobić w niej dziurę, dostrzegł niewysoką, szczupłą nastolatkę o czarnych włosach ubraną w ciemną sukienkę, która trzymała w ramionach maleńkie niemowlę owinięte w niebieski kocyk. Maleństwo najwyraźniej zasypiało. Dziewczyna siedziała w kącie, delikatnie kołysząc maluszka i prawdopodobnie coś mu śpiewając.
Poza nią w pokoju znajdował się jeszcze mężczyzna, który chudością sylwetki i wystającymi kośćmi przypominał żywego trupa, i jego odwrotność, olbrzymi, wielki jak guziec Pumba facet mówiący coś do swojego towarzysza. Po chwili rozzłoszczony czymś chudzielec wyszedł na zewnątrz z melodyjnym, wręcz pięknym trzaśnięciem drzwiami. Nie zauważył jeszcze białowłosego, gdyż był zbyt zirytowany, aby się skupić na czymś tak nieistotnym jak kwiatki, drzewa, ptaszki i quasi-krzaczek.

Don't lose your way~~
avatar

Aymi

Liczba postów : 198

Powrót do góry Go down

Re: Mieszkanie Arystarcha na krańcu miasta

Pisanie by Arystarch on Nie Wrz 24, 2017 9:55 pm

Oświetlony niczym Sosuke Aizen Ostateczną Getsugą Tenshou domek był naprawdę dobrym miejscem by się zatrzymać. Wszędzie teren był tak naprawdę widoczny, aczkolwiek jak wszędzie znajdzie się też jakiś martwy punkt. Zawsze Aryś mógł też polecieć dostatecznie wysoko i opaść bezpośrednio na domek, ale wtedy akurat o tym nie pomyślał. Wolał zostać ogrodnikiem pierwszego poziomu i pokonać krzaka, z którego zrobił sobie ubranie. Niemalże ten sam poziom absurdu co Legendarna Kolczuga Chytrego Shena albo Kostur Natanka wypadające ze szczura w kanałach Caldeum na Infernalu. Początkujący ogrodniko-skrytobójca chwilę poskrobał i pogmerał przy desce, a widoczek ukazał mu się całkiem niezły. Jakiś Timon i Pumba albo Mięśniak i Czacha czy inne dziwne duo oraz dziewczyna. Dosyć młoda, aczkolwiek nie widać było po niej ciążowych rozstępów. Może dobry chirurg, a może nie było to jej dziecko? W każdym razie chyba znalazł nawet potencjalny powód, dla którego malec został porwany. Może tamta nie miała dziecka lub nie mogła go mieć i z zawiści kazała je oddać tamtej parze? A może za rogiem czaił się plot twist, że to ta czarnulka jest jego prawdziwą mamusią! Niemniej jednak Arysiowi nie podobała się forma odebrania swojej zguby, zwłaszcza palenie kogoś żywcem. Nie jarało go to. Ani trochę. No dobra, może tą jego mroczniejszą i sadystyczną stronę nieco bardziej.
Timon – bo tak nazwał chudzielca Aryś – wyszedł po bardzo burzliwej konwersacji. Może po prostu wzięły go wyrzuty sumienia albo uznał, że tamci coś po prostu spieprzyli? Teraz jednak było za późno na jakiekolwiek żale, bo przyszła kara i to tuż pod ich kryjówkę. Aryś miał kolejny plan. Jeśli Chudzielec stał do niego tyłem to quasi-krzaczek zaczął się do niego podkradać. Zatrzymywał się w momencie kiedy istniała szansa, że Timon się odwróci, a kiedy był dostatecznie blisko to Bioandroid wyciągnął po gościa łapy, wciągając go do krzaka i przykrywając drugą ręką usta, by ten przypadkiem nie krzyknął. Czuł się prawie jak jakiś komandos z gry mającej metalowe solidne zębatki w tytule, aczkolwiek Aryś musiał się czaić. Czuł jak wzbierają w nim te pierwotne instynkty, by od razu wyskoczyć i pozbawić przeciwnika życia. Jednym, prostym cięciem, a bardzo walczył z tym, by nie zabić chudzielca na miejscu. Wpadł jednak na inny plan, a raczej ta jego mroczna część wpadła. Jeśli udało mu się tym sposobem pojmać Timona to spojrzał mu prosto w oczy mając wyszczerz od ucha do ucha. Nie miał zamiaru zadać mu pytania „wiesz skąd mam te blizny?”, aczkolwiek mina była bardzo podobna.
- Ładnie to tak zakuwać mężczyznę i palić go żywcem hmm? Jeden ruch i rozerwę Ci gardło. Jeden krzyk i będzie to ostatnie co zrobisz – wyszeptał do ucha swej ofierze. Był teraz jeszcze czujniejszy niż wcześniej, gdyż tamci mogą wyjść z chaty w każdej chwili.
Oczywiście, jeśli Timon wyczuł zagrożenie i się obrócił to Arysiowi nie pozostało nic innego jak wyskoczyć z krzaku i z okrzykiem bojowym ‘Demaciaaa!” rzucić się na niego, powalić swoją masą przypierając przeciwnika do gleby. Szybko zakneblować mu usta ręką i przystawić ostrze do krtani, a następnie wykonać poprzednią sekwencję dialogową. Jeśli udało się i go nie zauważono to zaciągnął Timona za domek, gdzie przyparł go do ściany.
- A teraz powiesz mi czemu to zrobiliście. Krzyknij, a wypruje flaki z ciebie, twojego kolegi i tamtej dziewczyny. W gratisie ty umrzesz ostatni i będziesz patrzył na ich patroszenie - powiedział Aryś i odsunął rękę z ust tamtego. Jeśli krzyknął, by ostrzec tamtych to po prostu kopnął go w brzuch i wbił ostrze w lewę ramię na wysokości stawu, kneblując od razu biedaka. Zdzielił go potem solidnie po głowie, wysuwając ostrze i licząc, że cios wystarczył by go wyłączyć z gry na jakiś czas.
Taunt more as a lure but it's no use
avatar

Arystarch

Liczba postów : 24

Powrót do góry Go down

Zobacz poprzedni temat Zobacz następny temat Powrót do góry


 
Permissions in this forum:
Nie możesz odpowiadać w tematach