Mieszkanie Arystarcha na krańcu miasta

Strona 2 z 2 Previous  1, 2

Zobacz poprzedni temat Zobacz następny temat Go down

Mieszkanie Arystarcha na krańcu miasta

Pisanie by Arystarch on Pon Sie 28, 2017 8:44 pm

First topic message reminder :

Arystarch przeprowadził się do tego miejsca stosunkowo niedawno. Jakieś dwa tygodnie po zniszczeniu cyborga RR w pobliskim mieście. Są to tereny zielone oraz niewielkie lasy. Pośród jednego z takich lasków stoi budynek pozornie wyglądający na opuszczony. Głównie przez porośnięty bluszczem dach oraz ściany, jednak ścieżka do tego miejsca jest nienagannie zamieciona i regularnie odchwaszczana. Wokół domu jest sporo wolnej przestrzeni. Za domem znajduje się kanciapa z narzędziami, które mężczyzna doprowadził do stanu używalności oraz studnia, z której regularnie pobiera wodę. Nie ma tu takich wygód jak kanalizacja, a wychodek jest umiejscowiony pośrodku lasu. Za domem jest jeszcze niewielki pieniek oraz stosik drewnianych kawałków, które po prostu używane są do ogrzewania mieszkania. Stoi tam też taczka dla łatwiejszego załadunku. Nieopodal tego składowiska drewna jest wydeptany okrąg, na którym nierośnie żadna trawa.
Jeśli chodzi o sam dom to w 100% jest to konstrukcja drewniana. Od samego wejścia czuć ten charakterystyczny zapach dębowych desek. W przedsionku jest standardowe miejsce, by zostawić buty oraz płaszcz lub inne przedmioty pokroju parasola. Idąc na wprost zobaczymy drogę do dwóch pomieszczeń. Z lewej strony znajduje się salon, w którym nie ma zbyt wielu mebli tak naprawdę. Jest w nim kominek, który ogrzewa cały dom, dosyć duża acz stara czerwona sofa no i stolik z dwoma krzesłami. Pod ścianami stoją regały z książkami, zaś na ścianach wiszą wypchane łebki bażantów oraz innych leśnych stworzonek. Pewnie należały do poprzedniego właściciela. Z salonu można trafić bezpośrednio do skromnie urządzonej kuchni oraz do pokojów gościnnych. W kuchni praktycznie wszystko gotuje się na takiej starej kuchence, do której wkłada się węgiel albo kawałki drewna. Jest tu jednak pewien powiew nowoczesności, bo Arystarch zainwestował w chłodziarkę na baterie słoneczne. Niewielką, taką podróżną. Zaś co do pokoi gościnnych na piętrze... Są dwa takie pomieszczenia, które wyglądają praktycznie tak samo. Proste, drewniane łóżko jednoosobowe, niewielka szafa na ubrania oraz szafki nocne po obu stronach łóżka. Każde takie pomieszczenie ma okno wychodzące na zewnątrz domu. Niewiele pod tym względem różni się sypialnia Arystarcha, która jest tuż obok pokoi gościnnych. Jedyna różnica to dywan leżący na podłodze oraz masa walających się ubrań, którego skutecznie ukrywają. Czasami też wśród nich znajdzie się świerszczyki lub inne gazetki. Ostatnie pomieszczenie na dole, które do tej pory było pomijane to zamknięty pokój, w którym Bio-android składuje utensylia magiczne. Zlewki, księgi, rzeczy które wyczarował. Wszystko tam chomikuje i pokój najczęściej jest zwyczajnie zawalony po sam korek. Zawsze jest zamknięty na klucz.
avatar

Arystarch

Liczba postów : 109

Powrót do góry Go down


Re: Mieszkanie Arystarcha na krańcu miasta

Pisanie by Aymi on Sro Paź 04, 2017 10:42 am

Eien no MG Modo

Before I die alone let me have vengeance~~

No cóż, sytuacja nie wyglądała zbyt kolorowo dla wszystkich, łącznie z nieszczęsną Lenore, radiant maiden leżącą u stóp mężczyzny w skalanej teraz kurzem i brudem podłogi bieli. Już nie przypominała sobą anioła nocy - chociaż czy możemy zakładać, że anioł zmuszony do upadku nie wyglądałby tak, jak ona teraz?
Wielkolud popatrzył na białowłosego gościa z jakimś śmiesznym mieczykiem, bohaterskiego mistrza sztuk walki, jak na idiotę. Takim spojrzeniem obdarza się kogoś, kto chyba nie wie, w obliczu jakiej sytuacji się znajduje, a najczęściej mówi ono, pardon, "are you fucking kidding me?" Przecież Pumba jednym prostym, szybkim cięciem wymierzonym precyzyjnie w tętnicę szyjną mógł zakończyć żywot maluszka, a ten kretyn, Arystarch jeszcze mu dyktował warunki.
- Tobie się chyba coś pomyliło, gościu. Lepiej wróć do domu, do mamusi, i niech Cię ulula do snu, bo już po dobranocce - zaszydził grubas, a na jego buźce widniał durny wyraz twarzy. Cóż, bogowie, kiedy chcą kogoś ukarać, najpierw odbierają mu rozum.
- Błagam… Błagam, uratuj Shiro-chana  -zaszlochała żałośnie Lenore, próbując się podnieść z ziemi, jednakże bezskutecznie. Cały czas patrzyła tym swoim zmąconym przez łzy spojrzeniem prosto na Arystarcha, jakby tylko w nim leżało jej wybawienie. Mężczyzna spojrzał na ciemnowłosą niewiastę z pogardą, tak mógłby spojrzeć pracowity żeniec na chwasty, które zarastają mu pole pełne bogatych plonów. Kiedy znów powtórzyła swoje błaganie, rozdzierające i bolesne,  spotkała się z surową karą: kopniakiem prosto w zęby. No, a dziecko? A dziecko cały czas nie przestawało płakać, chciało jak najszybciej wydostać się z objęć mężczyzny.
- Ty chyba naprawdę nie ogarniasz, co nie? Czy ty nie rozumiesz, że mam Cię w garści? No i nie tylko Ciebie, oczywiście… - tu Pumba zachichotał brudnym, ochrypłym rechotem przypominającym kumkanie starej żaby, szydząc z naszego ‘’biednego’’ Arystarcha.  - Zrozum, że jesteś bez szans. Jakikolwiek opór jest bezcelowy. Wbij sobie to do tego pustego łba, że jedna twoja pochopna decyzja może zaważyć na tym, że to dziecko po prostu zginie!
W momencie, w którym Aryś rzeczywiście zaczął odliczać, obdarzony tuszą oponent zrobił wielkie oczy. Naprawdę nie wierzył w to co się dzieję. No cóż, najwidoczniej znajdował się przed nim gość, który był albo bardzo pewny siebie, albo niezwykle głupi. Obstawiał to drugie.
- Kami-sama, on naprawdę chce to zrobić… Nie zgrywaj bohatera, głupcze!
Opryszek był w każdej chwili gotowy, aby zabić niewinnego maluszka, jednakże w obecnej sytuacji zaistniał jeden mały szczegół: nie był on gotowy na jakiekolwiek użycie telekinezy!
Gdy tylko bioandroid wykorzystał swoje nadludzkie moce, ręka wielkoluda w mgnieniu oka zaczęła się poruszać wbrew woli tego drugiego.
- C-Co je…
Nie dokończył, ponieważ chwilę później ostrze wbiło się w jego klatkę piersiową. Z gardła osiłka wydarł się potężny okrzyk bólu, który z pewnością mogli usłyszeć ludzie z całej okolicy. Było to dla niego olbrzymim szokiem, szokiem tak dużym, że z wrażenia aż puścił dziecko, które znajdowało się w jego ramionach. Zaczęło ono lecieć w dół, nie przerywając swego dramatycznego krzyku, tak musiał krzyczeć Ren składany w ofierze. Dalsze wydarzenia potoczyły się jednak w kierunku, który musiał zadowolić kraczące ponuro ptaszysko Ateny, strzegące nowego pokolenia. Arystarchowi udało się zlikwidować obu oprawców, jednego unieszkodliwić, drugiego zabić. Skrwawione dziecko, splamione posoką wroga, łkało nadal, aczkolwiek trochę ucichło, gdy trafiło w ciepłe, podobne do ojcowskich ramiona Arystarcha. Czyżby miało się szykować szczęśliwe zakończenie? Czyżby złowrogi anioł czy demon w osobie czarnopiórego ptaka miał wykrzyknąć tym razem "forevermore"?
Kruczowłosa dziewczyna podniosła się chwiejnie, wypluwając wybite starannym, pewnym ciosem zęby na podłogę. Popatrzyła na bioandroida niepewnie, po czym skłoniła się głęboko, aż do ziemi, przykładając dłonie do ud w geście największej czci i wdzięczności.
- Dziękuję - wyszeptała z twarzą zalaną łzami, lecz w odróżnieniu od Izanami zasnutą półmrokiem. Trudno byłoby zapamiętać jej rysy, wydawały się być płynne, zmienne, jak upływający czas.

Tell me, is the balsam in the Gilead?

_________________
Koniec prawie zawsze jest początkiem...

avatar

Aymi
Mistrz Gry

Liczba postów : 531

Powrót do góry Go down

Re: Mieszkanie Arystarcha na krańcu miasta

Pisanie by Arystarch on Sro Paź 04, 2017 4:53 pm

Red Suns over paradise
Słowa wielkoluda tylko potwierdziły przypuszczenia Mrocznego Arysia, ten gość nie był zbyt inteligentny. Na wstępie powinien wyczuć zagrożenie płynące z tego, że ktoś może nie zagrać tak jak on tego pragnie. Cóż na szczęście bioandroid pokarał tego inteligentnego w tym duecie i pozostało już tylko wyeliminować wielkoluda. Tępego niczym stara siekiera lub zniszczone przez telewizyjną propagandę społeczeństw, wielkoluda. Jednak to nie Aryś miał być lulany do snu, a grubas – do snu wiecznego.
Z tyłu głowy gdzieś był jeszcze ten bardzo pogodny osobnik, który był ruszony płaczem kobiety i jednocześnie rozeźlony tym jak została potraktowana. Uśmiech kobiety to najpiękniejsza biżuteria jaką ta może przywdziać, a tej właśnie została pewnie zabrana jedna lub dwie perły. Tak się nie godziło więc ten pogodny Aryś jeszcze bardziej podjudził swoje mroczne „ja”, które nawet było rozbawione beznadziejnymi żartami grubasa. Takie pasożyty jak on żerowały właśnie na tym strachu ludzi i błędnej świadomości bezradności. Niezależnie od potęgi danego indywiduum mogło ono zginąć od czegoś błahego i małego. Przykładowo wojownik będący w stanie niszczyć planety mógłby zostać otruty, ginąc w bardzo krótkim czasie. W przypadku opryszków wystarczyło pokazać, że ma się gdzieś ich groźby i nagle zaczynają panikować. Wyjątek od reguły stanowiły osoby, które miały trochę oleju w głowie. Teraz przyszła pora, by wyrwać ten chwast żerujący na ogrodzie społeczeństwa. Arystarch był bardzo dobrym ogrodnikiem. Dbał o ogród jak i lasek w pobliżu, lepiej niż niejeden działacz Green PiSu. W ogrodzie wyrywał chwasty oraz przesadzał krzaki, które zabierały światło jego roślinkom, zaś w lesie zbierał i utylizował takie śmieci jak ten przed nim.
Jakże zabawnym był fakt, że ten grubas jest osobą religijną. W końcu tylko one wzywają swojego boga w krytycznych momentach. Czasami na daremno jak w tym przypadku. Blondyn wyszczerzył się szyderczo, widząc zdziwienie wielkoluda gdy jego własna ręka, dokładnie ta rąsia, którą dotykał się nie wiadomo gdzie (dla umilenia czasu lub zabicia samotności, who cares) nagle postanowiła go zdradzić. Pędzący demono-saiyano-majin czuł niebywałą przyjemność z zadawania komuś cierpienia, a jeszcze większą radością napawał go widok gdy ktoś sam sobie robił krzywdę.
- I gdzie jest ten twój bóg teraz co? Hmm? – nadstawił uszko widząc osuwającego się na ziemię kolosa, który przed chwilą spryskał jego oraz dzieciaka krwią. Blondyn końcówką języka zlizał czerwoną posokę z kącika swoich ust i splunął wprost na ciało Pumby. Jakby okazując mu ostateczny brak szacunku. Pochylił się nieco trzymając w drugiej ręce Shiro, dorzucając kolejną drwinę – Tak myślałem. Dużo gadałeś jak na żarcie dla robali – skomentował i spojrzał na dziewczynę, której pewnie przydadzą się nowe zęby. O i to właśnie ona go natchnęła. Dała mu świetny pomysł na torturę dla tego drugiego chudzielca. Aryś powyrywa mu wszystkie zęby i połamie palce. To będzie świetna kara, którą zapamięta do końca swego nędznego życia.
Mimo wszystko niezależnie, w której osobowości był, tak samo szło mu przyjmowanie pochwał i wdzięczności. Łechtała właśnie jego ego, chociaż trochę dziwnym było, że tak łatwo zniosła wypatroszenie człowieka na swoich oczach. Nawet ptaszysko, które było w pobliżu wydawało się wdzięczne aczkolwiek działało jako świetne przypomnienie, że trzeba coś jeszcze zrobić. Dokonać sprawiedliwości. Oko za oko. Ząb za ząb.
- Jeszcze jest coś do zrobienia – powiedział wyciągając miecz z cielska wielkoluda. Na wszelki wypadek dźgnął go jeszcze w serce i dopiero potem strząchnął z miecza resztki krwi. Oparł płaz ostrza na swoim ramieniu, obracając się bokiem w kierunku dziury, którą niedawno wyciął. To była bardzo dobra noc, by móc zrosić las posoką. Nawet jeśli były to nic nieznaczące insekty lub najgorsze łajzy. Wszystkie te teksty, że każdy jest inny w środku były kłamstwem. Wątroba oraz reszta wnętrzności pozostają takie same, tak długo jak ktoś jest człowiekiem.
- Jeśli chcesz żyć idź już stąd. Oddam go jego mamuśce zaraz po tym jak wyrwę tamtemu wszystkie zęby i połamię palce. Lubie deptać takie szkodniki – powiedział chichocząc pod nosem na koniec, nucąc sobie lilium z pewnej chińskiej bajki, którą ostatnio emitowali w telewizji. Po chwili wyszedł przez dziurę najpierw wychylając się z niej, by upewnić się że nie czeka na niego lecący ki blast. Jeśli tamten Timon nie uciekł oraz jeszcze dychał to pozostało tylko podejść do niego. Miło się uśmiechnąć i wbić miecz w drugie ramię, tak by nigdy nie mógł już podnieść na kogoś ręki. Aryś chciał z niego uczynić kalekę do końca życia. Tak, by tamten odczuł jak to jest być zależnym od kogoś i być na czyjejś łasce. Jeśli tamten próbował wyciągnąć w jego stronę rękę by wystrzelić coś to telekinezą wyłamał mu dwa palce – mały i środkowy tej ręki, którą chciał podnieść. Jeśli natomiast tamten już się zmył to nie pozostało Arystarchowi nic innego jak podążyć krwawym śladem, który pewnie zostawi.
avatar

Arystarch

Liczba postów : 109

Powrót do góry Go down

Re: Mieszkanie Arystarcha na krańcu miasta

Pisanie by Aymi on Pią Paź 06, 2017 12:28 pm

Eien no MG Modo

“Prophet!” said I, “thing of evil!—prophet still, if bird or devil!—
Whether Tempter sent, or whether tempest tossed thee here ashore,
Desolate yet all undaunted, on this desert land enchanted—


Po tym, jak Pumba padł pod morderczymi ciosami Arystarcha, wszystko wydawało się wrócić do normy. No właśnie, ale czy na pewno tak było?
Zalana łzami dziewczyna jakoś się podniosła, chwiejnie utrzymywała się w pionie, trzymając się dłonią za obolałą od pobicia twarz. Łkające dziecko w ramionach bioandroida nie ustawało w rzewnym płaczu, jakby chciało ulżyć sobie i wyrzucić z maleńkiego serca cały ten strach, całe to nagromadzenie złych emocji, które je przepełniały.
- Dziękuję jeszcze raz - wyszeptała Lenore, patrząc głęboko w oczy Arystarcha i starając się uspokoić w jakikolwiek sposób. W gardle miała nieprzyjemną suchość, drżała nerwowo na całym ciele. Gdy nasz bohater wyszedł z ocaloną na zewnątrz, starając się ukoić krzyk zatrwożonego maluszka, jeszcze nie pojmującego tego, co się wokół niego dzieje silnymi, męskimi objęciami ramion, dziewczyna wskazała mu gestem dziwne, krwawe ślady, na pewno należące do Timona, a wskazujące, że ranny mężczyzna odczołgał się w stronę gęstszej w jednym miejscu kępy drzew, bezpośrednio łączącej się z lasem.
- Idę z tobą - wyszeptała, a kruk podleciał do nich i usiadł na ramieniu Arystarcha. Widząc owego ptaka, mały Shiroyuki natychmiast ucichł, gdyż fascynujące, czarne, jedwabiście miękkie upierzenie zwierzęcia zaciekawiło go (przy lądowaniu kruka jedno z lśniących piór oderwało się i zsunęło się w rączki maleństwa). Zaciekawione dziecko patrzyło na ptaka, a Lenore, wykorzystując tę okoliczność, powtórzyła:
- Pozwól mi iść z tobą, proszę. Muszę chronić Shiro-chana. Ktoś musi się nim zająć, kiedy ty...
Nie dokończyła. Popatrzyła na malca, a w jej spojrzeniu pojawił się dziwny błysk. Mógł on oznaczać zarówno troskliwą czułość i opiekuńczość kierowaną pod adresem śnieżnego dziecka, jak i zimną, lodowatą nienawiść wziętą wprost z nocnego wybrzeża Plutona. Tego już naszemu bohaterowi nie dane było wiedzieć.
- Proszę - powtórzyła delikatnie, choć z jej głosu wynikało, że nie odpuści tego tak łatwo. - Zajmę się Shiro-chanem. Chcę go chronić. Chcę ci pomóc, bohaterze.

_________________
Koniec prawie zawsze jest początkiem...

avatar

Aymi
Mistrz Gry

Liczba postów : 531

Powrót do góry Go down

Re: Mieszkanie Arystarcha na krańcu miasta

Pisanie by Arystarch on Pią Paź 06, 2017 3:39 pm

I don’t know the season
Or what is the reason
I’m standing here holding my blade~

Lenora mogła w sumie leżeć spokojnie I nie utrudniać mrocznemu życia. Zresztą teraz tylko mógł się śmiać z jej imienia, bo któż inny nazwałby swoją córkę jak płyn do prania? Lepsze to niż nazwanie swojego syna od portek na basen. Większym przegrywem było dziecko nazwane od gatunku ryżu lub po prostu posiłku, jednak chyba Arystarch nie powinien się wypowiadać o śmiesznych imionach nadawanych przez rodziców. W końcu jemu nawet nie nadano imienia tylko sam je sobie wybrał na podstawie jakichś znaczków na kurtce. Był jak ten Batman tylko, że jemu nie zastrzelili rodziców w alejce i nie zakładał lateksowych ciuszków… no i nie był miliarderem z ogromnym arsenałem gadżetów.
Dobry ruch. Patrzysz w oczy, żeby nie patrzeć na flaki wokoło– pomyślał sobie Aryś zerkając to na dziewczynę to na swoje dzieło sztuki. Otóż cięcia to nie było byle jakie machanie kawałkiem żelastwa. Liczyła się tu finezja. Należało we właściwy sposób rozciąć brzuch ofiary, by wszystko z niego się wylało na podłogę. Nie można było ciąć ani za głęboko, bo wtedy ostrze mogło utknąć w mięsie, ani za płytko gdyż wtedy nie rozpłatało się kogoś. Trzeba było znać umiar, a znając standardy dzisiejszej sztuki to mroczny mógłby w sumie wyciąć te deski i wstawić to gdzieś do galerii. Podpisać jako „martwa natura” czy coś takiego i dorobić jakieś bzdurne przesłanie, którego krytycy nigdy mu nie udowodnią, a znawcy sztuki z wodogłowiem będą się zachwycali. Może zostanie artystą i zmieni imię na Artystarch?
Niestety też nie miał obecnie specjalnie ochoty na mizdrzenie się z jakąś kobieciną bez kilku zębów, która na dodatek ledwie stała. Jeszcze na dodatek zacznie za nim łazić by wpaść w jakąś pułapkę. Arystarchowi został wskazany krwawy ślad. Za daleko tamten raczej nie odejdzie przy takiej utracie krwi i chyba ostatecznie trzeba będzie skrócić tortury, gdyż Timon będzie ledwo żywy. Westchnął smutno, gdyż opryszek po prostu zabrał mu zabawę, a na dodatek teraz jeszcze obsiadł go jakiś ptakor, który chyba poczuł się za pewnie.
- Czy ja wyglądam na kapitana pirackiego albo nekromante z jakiegoś low fantasy? – zapytał kruka ironicznie. Nie miał ani opaski na oku, ani również nie bawił się w skrzeszanie zmarłych za pomocą smoczych jajec. Na pewno nie wskrzesiłby Yamchy bo to bezsensowne zmarnowanie życzenia – Jak mi narobisz na ramię to przerobię cię na KFC – dodał po chwili, a następnie wzruszył ramionami i zaczął iść w kierunku lasu. Tyle dobrego, że teraz dziecko miało czym się bawić. Mając jeszcze w głowie słowa kobiety zatrzymał się na moment i odwrócił w jej stronę profilem. W jednej ręce dzierżąc miecz, a w drugiej dziecko. Mógłby być teraz faktycznie spoko wzorem na pomnik wolności czy czegoś tam i chyba dlatego usiadł na nim czarny gołąb.
- Będziesz się tylko pałętać pod nogami. Raz nie dałaś rady się nim zająć to i drugi raz nie dasz. Najbardziej mi pomożesz jeśli pójdziesz już sobie. Tamten stracił już sporo krwi, więc skończę to raz dwa. Nie ma zabawy w torturowaniu trupa – odpowiedział z drapieżnym błyskiem w oku. Coś tutaj nie grało. Kobieta ani nie była matką dziecka, ani najwyraźniej nie charakteryzowała się poczytalnością. Bardzo jej zależało, by zająć się dzieckiem i chciała iść z nim w środek bitwy. Przecież wystarczy jeden nieumyślnie rzucony ki blast, by tamta pożegnała się z życiem. Chociaż jakby okazało się, że współpracuje z tamtymi to drugi raz sztuczka z telekinezą nie zadziała.
- Nie jestem bohaterem. Tylko gościem z mieczem, który zabija czas i ludzi– odpowiedział wymierzając miecz w stronę kobiety, a następnie w kierunku zniszczonej chaty – Chcesz mi pomóc to siedź na dupie i czekaj aż wrócę. Drugi raz nie będę o to prosił – rzucił patrząc surowo na kobietę. Statystycznie rzecz ujmując on miał większą szansę, że uchroni małego przed ewentualnym napastnikiem niż jakaś ledwo żywa kobiecina. Poza tym jeśli coś pójdzie nie tak to będzie miał pretensje jedynie do samego siebie.

There will be blood-shed
The man in the mirror nods his head

avatar

Arystarch

Liczba postów : 109

Powrót do góry Go down

Re: Mieszkanie Arystarcha na krańcu miasta

Pisanie by Aymi on Pią Paź 06, 2017 10:30 pm

Eien no MG Modo

~~

Rozpłatane cielsko grubasa wyglądało w pewnym sensie groteskowo, a sam białowłosy widział w swym dziele swego rodzaju kunszt. Nie mógł jednak podziwiać go dostatecznie długo, gdyż miał do załatwienia jeszcze kilka spraw. Dziewczyna nadal zdawała się być nieco roztrzęsiona, a może sprawiała tylko takie wrażenie? Tak czy inaczej Arystarchowi nie uśmiechało się niańczenie zarówno dziecka, jak i tej dziewoi. W dodatku oblazło go, jak sam stwierdził, jakieś ptaszysko, Timon postanowił zepsuć mu zabawę marną próbą ucieczki, a ta cała Lenore upierała się, by mu towarzyszyć. I jak tu żyć? No jak żyć, panie premierze?
Ponieważ ani pan premier, ani żaden inny polityk ani wielki tego świata nie znał odpowiedzi na to pytanie, Arystarchowi przypadło w udziale dalsze opiekowanie się maleństwem, które nadal z uporem próbowało chwycić Pana Boga za nogi. A raczej kruka za ogon. Ten jednak w żaden sposób nie oponował, a na groźbę przerobienia go na fast food zareagował tylko przechyleniem dzioba i krótkim, pojedynczym krakaniem. Krakanie owo nie zwiastowało bynajmniej przyjemności ciała ani ducha. Nie było ono oznaką ani buddyjskiego spokoju, ani zbawienia, ani reinkarnacji, ani tym bardziej stanu bliskiego oświeceniu. Przeciwnie, było ono tak dalekie od ducha spokojnych mantr, jak tylko możliwe, i zionęło wściekłością.
Dziewczyna, której nasz bohater nakazał powrót do chaty, odwróciła się w stronę niedawno wyciętej w ścianie dziury i zadrżała. Zdawać się mogło, że lęka się tego, co zostało tam pozostawione. Obejrzała się niepewnie w stronę "gościa z mieczem".
- Shiro-chan nie powinien... oglądać takich widoków... - spróbowała raz jeszcze, choć w samym tonie jej głosu wyczuć się dało rezygnację. Była na straconej pozycji. Ze spuszczoną głową oddaliła się, opierając plecami o ścianę domostwa, nie weszła jednak do środka. Ukradkiem spoglądała tylko na oddalającego się szermierza.
Mężczyzna ruszył tropem rannego oprycha i znalazł go stosunkowo szybko. Chudzielec odpychał się właśnie od jednego z drzew, idąc chwiejnym krokiem ku następnemu, ostatecznie potykając się o jakiś wystający korzeń i padając z głuchym jękiem w leśną ściółkę. Widać po nim było, że jest wycieńczony zarówno ucieczką, jak i ubytkiem krwi. Timon nie zdawał sobie sprawy z obecności Arystarcha, przynajmniej do czasu, aż nie usłyszał krakania. Ptak nastroszył pióra, zmieniając pozycję na ramieniu wojownika, a opryszek zastygł w bezruchu, jakby właśnie zdał sobie sprawę ze swego rychłego końca. Czy jednak tak rychłego?

_________________
Koniec prawie zawsze jest początkiem...

avatar

Aymi
Mistrz Gry

Liczba postów : 531

Powrót do góry Go down

Re: Mieszkanie Arystarcha na krańcu miasta

Pisanie by Arystarch on Sob Paź 07, 2017 2:17 am

Człowiek człowiekowi wilkiem, a Hodor Hodor Hodor~

Wujek z wąsami byłby z niego bardzo zadowolony. Nie dość, że wyzwolił dziecko od kapitalistycznych pumb to jeszcze zrobił to w iście czerwono armijnym stylu. Pozostawiając za sobą komunistyczną czerwień, w końcu wewnątrz każdy jest czerwony jak każdy kacap. Tylko androidy z Aliena są białe, czyli idealne w środku. Przynajmniej Arystarch mimo swojego iście raso-panowego wyglądu nie był rasistą. Siekał wszystko po równo lub miał na wszystko wyrąbane po całości, jeśli oczywiście dana sprawa nie była istotna bądź nacechowana osobistą vendettą. Może jakby poprosił jakieś bóstwo to sprowadziłoby mu jakiegoś kompana, którego mroczny Aryś mógłby kroić dniami i nocami, a tamten by nie umarł.
Widząc jak kruk zareagował, bioandroid tylko zaśmiał się w duchu. Lubił jak kurczak miał charakter. To oznaczało, że o wiele lepiej smakował w panierce i z frytkami. Dobrymi ziemniaczanymi z USA. Nie jakieś szybkie podróbki z europejskiego kartofla zgodnego ze standardami sruni eurosrejskiej, która musiała absolutnie wszystko ustandaryzować. Nawet krzywość banana czy wielkość jabłka. Wiele było krajów z równie bzdurnymi przepisami, jednak chyba te najbardziej zidiociałe powstawały dzięki głupocie ludzkiej. Jak chociażby przepis, że po godzinie 22 nie można psom szczekać albo, że w jakimś stanie nie można odbyć stosunku ze zwierzęciem. Ciekawe czy jeśli R.R. opanuje każdy skrawek tej planety to czy wprowadzą  równie durne przepisy, by instrukcje były w pełni jasne?
Aryś za to odpowiedziałby jak typowy człowiek w sandałach i skarpetach przy częstowaniu nieletniego alkoholem. Odpowiedziałby, że niech się przyzwyczaja oraz uczy, jednak był już w drodze i nie chciało mu się strzępić ozora. Czuł teraz takie podekscytowanie jak każde dziecko przed gwiazdką. Jeszcze nie rozpakował swojego prezentu, ale musiał też na maluszka uważać.
- Shiruś nie zaczepiaj ptaszydła, a dostaniesz coś fajniutkiego potem – rzucił do dzieciaczka milutkim głosem, aczkolwiek widząc z boku stan jego ubrań oraz karmazynowe spojrzenie każdy by stwierdził, że to chyba nie jest najlepszy kandydat na opiekunkę do dzieci. Nie pogroził paluszkiem, a tylko spojrzał na dziecko, które miał w swoich ramionach. W sumie jest na tyle mały, że raczej mu takie krwawe sceny nie zaszkodzą. Byleby nie musiał go przewijać w środku walki, bo do tego ani nie jest przeszkolony ani nie ma ochoty babrać się w tym czymś. Teraz jak o tym pomyślał to trochę szkoda, że tamtej nie wziął ze sobą bo przynajmniej byłoby komu przewinąć szkraba w razie czego. No ale cóż, Timonem najpierw trzeba się zająć, a sądząc po ładniutkich śladach na drzewach i ściółce to jest dosyć niedaleko.
Aryś widząc bandziora, który się potknął przyśpieszył lekko kroku. Uśmiechając się przy tym jak pedofil, który wyhaczył dobrą 13-letną sztukę albo po prostu kiedy komuś w więzieniu upadło mydło. Przymknął jednak oczy, gdy ptaszysko zaczęło wydawać odgłosy mające ostrzec ofiarę.
- No cholera, zepsułeś niespodziankę… ups przepraszam, nie powinienem przy dziecku hihi – wyszczebiotał Arystarch, idąc tanecznym krokiem. Odbijając się to w lewo to w prawo i uważając na korzenie, by nie wyrżnąć. Wyglądało to jakby tańczył jakiś dziwny rodzaj walca wraz z maluszkiem, którego trzymał w ręce oraz kataną w drugiej.
- Fajnie, że jeszcze nie zdechłeś. Miałem plan żeby wyrwać ci wszystkie zęby, jednak jako że twój kolega mi już dostarczył rozrywki to będę łaskawy. Jak mi powiesz kto was wynajął oraz co takiego wiedział Ren oraz kim była ta dziewczyna w chacie…hmmm coś jeszcze? – podrapał się w bok głowy rękojeścią katany patrząc na krwawiącego Timona, po czym pstryknął palcami dokładniej tej samej ręki, czyli lewej – O i czy macie jakiś schowek na łupy, to uśmierzę ci ból. Mam trochę środków przeciwbólowych ze sobą, a nawet jakaś nić by się znalazła – skłamał Arystarch. Chciał dać tamtemu nadzieję, by wedle uznania potem ja sobie zabrać. Chciał widzieć desperację tego opryszka, w końcu w takim stanie priorytetem powinno być dla niego przeżycie.
- To jak Timon? Będziesz bardziej gadatliwy od Pumby? Czy wolisz bym zrobił ci z dupy hakuna matata albo kropkę nad "i"?– zapytał przeglądając się swojemu odbiciu w mieczu jednym okiem, a drugim patrząc w stronę chudzielca. Ciekawe czy tamten postanowi zrobić jakiś ostatni zryw? Jeśli coś z Ki będzie kombinował to Aryś telekinezą niczym fanatycy religijni z pewnej serii G. Lucasa po prostu ciśnie nim o drzewo. Rzecz jasna jak będzie oporny w rozmowie to bioandroid miał jeszcze lepszy pomysł w zanadrzu. Użyje telekinezy na tej sprawnej ręce opryszka i zacznie go podduszać jego własną ręką. Jeszcze nie jest Darthem Vaderem by robić fajnego force choke’a. Nie ucięli mu rączek i nóżek oraz nie spalił go jego najlepszy przyjaciel z fajną bródką.
wizualizacja dziwnych wygibasów Arysia (mniej wymachuje ręką z wiadomych przyczyn)
avatar

Arystarch

Liczba postów : 109

Powrót do góry Go down

Re: Mieszkanie Arystarcha na krańcu miasta

Pisanie by Aymi on Pią Paź 13, 2017 2:18 pm

Eien no MG Modo

~~

Pogrążony we własnych przemyśleniach szermierz był nawet zadowolony. A widząc reakcję ptaszyska, bojową reakcję zresztą, jego dobry humor podskoczył nieco w górę. Nieważne było, że musi się pofatygować za jednym z oprychów. W tej chwili w głowie miał panierowane skrzydełka podawane z pysznymi fryteczkami najwyższej jakości. Żadne standaryzowanie, czysta przyjemność dla podniebienia w najlepszym wydaniu.
Arystarch musiał jednak brać pod uwagę, że obecnie robi za niańkę (chociaż średnio takową przypominał) i ma jeszcze pewną sprawę do załatwienia. O tym ostatnim przypominały brudne ślady krwi zalewające okoliczną florę, co niespecjalnie przypadłoby do gustu ekologom. Kto wszak plugawiłby czymś tak ohydnym tę piękną roślinność? Cóż, białowłosy na to pytanie akurat znał odpowiedź, w końcu sam przyczynił się do powstania rany, z której to owa posoka wypływała. Nie jego winą jednak było, że chudzielec zapragnął spacerków po skąpanym w mrokach lesie.
Podążając za swą ofia... pardon, za rannym kolegą, nasz bohater szybko odnalazł jego osobę. Przyspieszył kroku, chcąc zrobić znajomemu słodką niespodziankę, wszystko jednak zepsuł ptasior, który ten moment wybrał sobie na oddanie głosu. Bioandroid nie zraził się tym jednak, wręcz przeciwnie - tanecznym krokiem zmniejszył odległość dzielącą go od Timona. Ten obrócił się na plecy i patrzył pobladły na naszego wojaka, słuchając jego słów. Gdy jednak usłyszał "kim była ta dziewczyna w chacie", na jego twarzy odmalowywał się szok przemieszany z przerażeniem.
- Była? - powtórzył, korzystając z pauzy, jaką zrobił sobie w zastanowieniu młodzian. - Zabiłeś Lenore?
Był tak zaabsorbowany tą myślą, że chyba nie dotarły do niego słowa o uśmierzaniu bólu. Po chwili jednak jego oblicze przybrało zupełnie inny wyraz, a on sam zaczął się śmiać. Śmiał się histerycznie, nieco psychopatycznie, jakby właśnie zdał sobie sprawę z czegoś nader komicznego, choć z drugiej strony zatrważającego.
- Nie, ty jej nie zabiłeś - chichotał jak jakiś psychol, wlepiając w Arystarcha swoje nabrzmiałe, wyłupiaste oczy. - Nie mogłeś! Nawet ty! Przecież ona je-!
Trzask i łup. Czaszka eksplodowała, rozbryzgując się na pobliskim drzewie, które to doznało dodatkowego uszczerbku. Gdyby Aryś się przypatrzył, zauważyłby nieduży, lekko zaokrąglony otwór w strukturze drewna. Jakby się dodatkowo pochylił i spojrzał pod odpowiednim kątem, dostrzegłby, iż otwór ten stanowi początek wydrążonego w poprzek pnia tuneliku, z końca którego można było natrafić na wypalony fragment ziemi (podążając cały czas tym samym torem). Jedno jednak było pewne - Timon już raczej nic nie powie.
Maluch w ramionach naszego bohatera zaczął płakać, kruk wzbił się w powietrze i odleciał z głośnym krakaniem, zaś sam wojownik... Cóż, w dalszym ciągu stał pośrodku ciemnego lasu, a wokół zdawało się nie być ani żywego ducha. Nawet obracanie się dookoła nie pomogłoby w znalezieniu sprawcy przedwczesnego mordu. A w powietrzu rozchodziło się ciche: "Jeszcze się spotkamy, bohaterze~~" i delikatny śmiech niesiony przez wiatr.


Ostatnio zmieniony przez Aymi dnia Sob Paź 14, 2017 8:13 pm, w całości zmieniany 1 raz

_________________
Koniec prawie zawsze jest początkiem...

avatar

Aymi
Mistrz Gry

Liczba postów : 531

Powrót do góry Go down

Re: Mieszkanie Arystarcha na krańcu miasta

Pisanie by Arystarch on Pią Paź 13, 2017 4:35 pm

Aryś nie spodziewał się, że Timon weźmie jego słowa tak bardzo dosłownie, jednak czegóż mógł się spodziewać po tym jak tamtemu pokazał takie obrazki. Martwy Pumba, zraniona ręka i na dodatek jakiś wariat z mieczem we krwi oraz dzieciakiem w drugiej ręce. Na dodatek cała scena jakby się zastanowić wyglądała jak z jakiegoś horroru, gdzie morderca pojedynczo wybija dzieciaki w lesie i akurat dorwał tego ostatniego. W filmie po tej scenie pojawiłby się czarny ekran, krzyk oraz napisy końcowe.
Chudzielec był tak zaaferowany możliwą śmiercią Lenory, że nawet nie zwrócił uwagi na jakże hojną ofertę skracania męki. W sumie nawet mógł się spodziewać utraty rozumu przez opryszka i wpadnięcia w ten histeryczny śmiech. Nie było lepszego widoku niż kryminalista, który czegoś się lęka. Zwłaszcza, gdy przychodzi do niego sprawiedliwość. Nie ta, która mówiła „nie zabijaj, a wsadź za kratki” tylko ta „oko za oko”. Temidą wycierali sobie gębę wszyscy prawnicy tego skorumpowanego świata. Biedna bogini musiała to znosić, że w jej imieniu ci wszyscy szubrawcy robią swoje.
Korciło Arysia by powiedzieć „ja nie zrobię? To patrz!”, jednak zostało mu przerwane a raczej Timon został uciszony. Odruchowo białowłosy wojownik zasłonił się ręką odskakując lekko w tył. Resztki mózgu, o zgrozo Timon go miał, rozbryzgały się po okolicy. Rozglądając się dostrzegł otwór w drzewie. Postanowił uruchomić tryb detektywa i przykucnął, by ocenić kąt strzału. Wtedy mniej więcej wiedziałby skąd strzelono. Nie trzeba mówić, że oddanie tak precyzyjnego strzału wymagało odpowiednich umiejętności, a co za tym idzie wizji. Może ktoś też wyczuwał Ki Timona, ale musiałby być w tym naprawdę dobry by w taki sposób odnaleźć głowę. Nie pozostało mu nic innego jak przeszukać zwłoki Chudzielca i zabrać co bardziej wartościowe rzeczy. Może też znalazłby jakieś wskazówki.
- Brzmi to jak naprawdę kusząca oferta Lenoro – odpowiedział kołysząc jednym ramieniem Shiro, a drugą ręką przeszukiwał ciało opryszka. Jeśli nie znalazł przy nim nic ciekawego to pozostało mu podążyć za śladami zostawionymi przez tamten promień i odnaleźć miejsce, z którego oddano strzał. Domyślał się, że tamten strzał mógł paść ze znacznej wysokości bo skoro on potrafił latać to ktoś inny również da radę. Jeśli dojdzie do takiej sytuacji to raczej już niczego nie znajdzie, więc zawróci w stronę tamtej chatynki gdzie zostawił Lenorę i przeszuka zwłoki Pumby jeśli nadal się tam znajdowały. Jeśli tam również nie będzie nic ciekawego, to pozostanie mu wrócić do domu. Zastanawiało go któż mógł uknuć taki misterny plan i uciszyć w kluczowym momencie świadka. Jakie znaczenie miał ten dzieciak, którego trzymał? Cóż takiego wiedział Ren, że złe siły nasłały na niego opryszków? Tego może dowiedzieć się jedynie od Izanami, bo w końcu tamci byli małżeństwem to pewnie rozmawiali o wszystkim. Ta myśl zapaliła w jego głowie lampkę i zdecydował się polecieć jak najszybciej się dało do domu. Oczywiście okrywając małego Shiro szczelniej kocykiem by się nie zaziębił.
avatar

Arystarch

Liczba postów : 109

Powrót do góry Go down

Re: Mieszkanie Arystarcha na krańcu miasta

Pisanie by Aymi on Sro Paź 18, 2017 5:38 pm

Eien no MG Modo

If we all give a little bit~~
We can make it~~


Rzecz cała w wielkim skrócie - zabili go i uciekł. W sensie sprawca, nie ofiara. Okazało się, że nieszczęsny Timon jednak miał mózg, choć może niekoniecznie używał go w odpowiedni sposób. Białowłosy w momencie rozłupywania czaszki chudzielca odruchowo uskoczył, osłaniając zarówno siebie jak i berbecia, którego trzymał na rękach. Mały płakał w niebogłosy, to jednak nie przeszkodziło wojownikowi w działaniach detektywistycznych.
Po krótkich oględzinach Aryś odnalazł miejsce "strzału" na oddalonym o jakieś pięćset metrów w linii prostej pod skosem wysokim drzewie. Niestety nikogo tam już nie było. Jedyne, co zostało naszemu bohaterowi, to oględziny zwłok.
Już przy pierwszym spojrzeniu w blasku księżyca dostrzec mógł czarne pióra wystające spod na wpół rozpiętej koszuli. Gdyby chciał się przyjrzeć bliżej i odgarnął materiał, znalazłby tatuaż składający się właśnie z czarnych piór i układający w wielką literę A. Przeglądając ubrania chudzielca, nie znalazłby nic poza scyzorykiem z podobnym grawerunkiem na rękojeści oraz niedużym kartonikiem przypominającym wizytówkę. Na ów kartoniku również widniał ten sam symbol pierzastego A, po drugiej jego stronie zaś zapisane elegancką czcionką zapisano słowa: "A skrzydła Jego mrokiem okryją ziemię". Nic więcej nie było warte uwagi.
Powrót do leśniczówki nie był długi, ale uwagę szermierza przykuć mogła jasna łuna od niej bijąca. Jak mógł wywnioskować, chata stała w ogniu, a właściwie już się waliła. Mężczyzna nie miał pewności, czy trup grubasa nadal jest w środku, a nawet jeśli - czy opłacało się ryzykować dla niepewnego znaleziska? Tym bardziej, że nadal miał pod opieką wciąż pochlipującego malucha. Ostatecznie najlepszą decyzją był powrót do domu i wypytanie o szczegóły matki dziecka. Okrywszy berbecia kocykiem, uniósł się w powietrzu i poleciał w kierunku swego domostwa.
Nim jeszcze wylądował, zauważył, że Shiroyuki zdążył pogrążyć się we śnie. Najwyraźniej zmęczyły go wrażenia całego dnia. I nocy. Pokryty warstwą zieleni dom był cichy, lecz w dwóch oknach na parterze świeciły lampy. Arystarch wszedł ze śpiącym maleństwem na rękach do środka, od razu kierując się do kuchni, skąd dobiegał dźwięk płynącej z kranu wody. Tam przy zlewie zastał on brunetkę odstawiającą właśnie ostatni kubek na suszarkę. Kobieta zakręciła wodę, osuszyła ręce i w momencie odwracania się - zamarła ze wzrokiem wbitym w gospodarza. W jej oczach wezbrały łzy, a chwilę później już brała chłopczyka w matczyne ramiona, tuląc go z czułością.
- Dziękuję, po stokroć dziękuję - łkała, kołysząc śpiące dziecię. - Nie wiem, jak ci się odwdzięczę za to wszystko. Uratowałeś mojego małego Shiro-chana...
Na jej twarzy odmalowywała się wielka ulga. Teraz przynajmniej miała pewność, że jej synek jest bezpieczny. Zaniepokoiła się jednak, zauważywszy ślady krwi na stroju białowłosego.
- Jesteś ranny? - spytała z lękiem w głosie. Już zaczęła oglądać mężczyznę ze wszystkich stron, poszukując ewentualnych zranień.
Powoli nastawał ranek.

_________________
Koniec prawie zawsze jest początkiem...

avatar

Aymi
Mistrz Gry

Liczba postów : 531

Powrót do góry Go down

Re: Mieszkanie Arystarcha na krańcu miasta

Pisanie by Arystarch on Sro Paź 18, 2017 9:52 pm

Czarne pióra, które już cały dzień dzisiaj za nim łażą. Najpierw kruki, a potem bliżej nieznane ptactwo, które zasiadło sobie na jego ramieniu, zaś teraz bandyta ma zacną dziarę. No dobra może mniej zacną, gdyż wyglądała trochę jak symbol satanistów z filmu Annabelle. Scyzoryk może się w sumie okazać przydatny. Zawsze jak mieszka się w lesie to taki gadżet jest użyteczny. Dzięki niemu można wbić wyższy poziom w zbieraniu grzybów i awansować do poziomu Janusza z Miasta. To już nie jest zwykły grzybiarz, a mistrz grzybobrania, który kradnie sąsiadowi byle miał tamten mniej. Noży i kos nigdy za wiele w lesie. Bardziej zainteresowała go wizytówka, która od razu skojarzyła mu się z jakąś agencją towarzyską albo sektą religijną. W żadnym z wcześniej wymienionych nie był, ale tak to wyglądało na filmach lub w tych głupich grach wideo. Również to schował do kieszeni, bo kto wie, może znajdzie jakiś ukryty numer Roksanki jak wbije dostatecznie wysoki poziom prestiżu? Chociaż jeśli takie łachmyty jak Timon dostawały od pięknych pań wizytówki to chyba już osiągnął odpowiedni poziom.
Wracając do tamtej leśniczówki miał deja vu. Kolejny palony dom. Kurde tamci to chyba lubią puścić coś z dymem, a to oznaczało że mogły tam znajdować się dowody, które właśnie zatarli. Niespecjalnie ulegało wątpliwości kto może być winny całemu zajściu i kto bawi się w piromana na terenie jego ukochanego lasu. Na szczęście leśniczówki zwykle buduje się w znacznym odstępie od drzew, by mieć lepszą widoczność oraz w razie pożaru by nic się nie stało. Nie będzie musiał tego przynajmniej przygasać i wróci z maluchem do domu. Skoro i tak wszystko się uspokoiło to schował miecz, a jego bojowy nastrój zniknął jak ręką odjął. Pozostały tylko wyrzuty sumienia, bo niby zwykłe karaluchy ale jednak ludzie. Konfucjusz mówi, że gdy komar usiądzie na twych jajach wtedy dochodzisz do wniosku, że nie wszystkie problemy można rozwiązać z użyciem siły. Może mógł to rozwiązać jakoś inaczej? W przypływie chwili porwał się na wymierzanie sprawiedliwości tą najłatwiejszą drogą. Była to droga krwi, którą zostawiało się za sobą. Ciekawe czy za to trafi do piekła o ile takowe istnieje? Z drugiej strony patrząc na śpiącego malucha odczuł trochę spokoju. Jakby chciał usprawiedliwić swój czyn. Zabił, by to małe mogło żyć. Tak, absolutnie naturalny cykl i chyba to w przyrodzie byłoby jedynym usprawiedliwieniem morderstwa. Zabić, by ktoś inny nie zginął. Ciekawe czy w ostatecznym rozrachunku bóg bierze pod uwagę takie argumenty? Chociaż jeśli tamten nie będzie ich brał na poważnie to zawsze zostaje negocjowanie z rogatym.
Pierwsza chwila po wejściu do kuchni była szokiem. Spojrzał najpierw w stronę zlewu, a potem na odłożony kubek, następnie na Izanami, która patrzyła się na niego tym wzrokiem. On był w szoku, że sama z siebie właśnie unicestwiła cywilizację bakterii jaka była w zlewie. Aryś był na tyle leniwy, że zmywał tylko w momencie kiedy nie było już czystych naczyń, a z tego co pamiętał to ostatnio była tego całkiem spora kupka. Oznaczało to jednak, że tamta się zadomowiła na dobre i w jego leniwej głowie zaświtał chytry plan zatrzymania tej „zmywarki do naczyń”. Może jeszcze potrafi gotować i sprzątać! Kurczę mogło się mu poszczęścić, bo przynajmniej nie on będzie musiał wypełniać te nudne obowiązki domowe. Oddał jej dziecko, mając nadzieję że kocyk nie okaże się za śliski, a bobas nie wyląduje na podłodze k… bęc. To chyba była nagroda, na którą czekał. Uśmiech kobiety i skompletowanie rodziny. No prawie, bo nadal brakowało głowy rodziny. Z rozmyślań jak tu ten problem rozwiązać wyrwało go zapytanie. Spojrzał na siebie, a wtedy momentalnie do niego dotarło, że jest umazany we krwi tamtego grubasa i najpewniej Timona. Pokręcił przecząco głową podchodząc do rogu pokoju, tuż przy drzwiach, by oprzeć w nim miecz o ścianę.
- Nie. To nie moje, ale lepiej tu zostańcie bo mogą was próbować nachodzić znowu. Ren coś wiedział i dlatego go zabili, zaś mnie towarzyszyło ptaszysko jakieś. Kruk czy coś takiego. Bardzo zależało im na zatarciu śladów oraz zabrania Shiro – położył na kuchence wizytówkę z tamtym tajemniczym znakiem i ziewnął przeciągle. Sam był nieco śpiący, gdyż musiał się nachodzić po lesie, a dodatkowo wybudzono go w środku nocy po treningu – Zaraz jak to szło… - podrapał się po podbródku z półprzymkniętymi oczyma, podchodząc bliżej zlewu i opierając się tyłkiem o niego – A skrzydełka będą w cenie 2.99 za kilogram… - tutaj zaburczało mu w brzuchu, jednak po krótkim westchnięciu przypomniał sobie – A skrzydła Jego mrokiem okryją ziemię. A no i była tam taka dziewczyna co się nazywała Lenora. Pewnie spaliła dom z ciałem tego drugiego bandyty. Myślę, że tamci dwaj nie będą już problemem – powiedział sięgając po szmatkę, którą zwilżył wodą z kranu. Potem zaczął ścierać z ubrania ślady krwi lub innych płynów fizjologicznych, którymi przyszło mu dzisiaj być zroszonym.
- Niebawem świt. Założę się, że nie spałaś całą noc – rzucił czyszcząc swoje ubranie. Aktualnie stał do niej przodem i tylko od czasu do czasu odwracał się, by ponownie zwilżyć szmatkę oraz dodać mydła.
avatar

Arystarch

Liczba postów : 109

Powrót do góry Go down

Re: Mieszkanie Arystarcha na krańcu miasta

Pisanie by Aymi on Pią Paź 20, 2017 10:01 pm

Eien no MG Modo

Z miejsca zbrodni Arystarch zabrał tylko wizytówkę oraz scyzoryk, którego poprzednim właścicielem był choderlawy opryszek. Widząc płonącą leśniczówkę, szybko ocenił sytuację, dochodząc do odpowiednich dla siebie wniosków. O rozprzestrzenienie się ognia nie musiał się martwić, więc na spokojnie mógł zostawić pożar, a ten sam się wypali.
Powrót do domu przyniósł ze sobą zaskoczenie. Oto jego zawalona do tej pory kuchnia lśniła wręcz czystością, a wszystko za sprawą zgrabnych rąk brunetki, której zobowiązał się oddać porwane dziecko. Kobieta szybko przejęła maluszka, ze łzami w oczach kołysząc go w matczynych ramionach, po chwili jednak dostrzegła krew na ubraniu swego bohatera. Ten jednak uspokoił niewiastę, tłumacząc, że nie należy ona do niego, a on sam nie został ranny. Zaczął się też zastanawiać nad hasłem znalezionym na odwrocie wizytówki. Izanami słysząc je, przystanęła nagle, jakby coś jej się przypomniało, wzrok jednak miała nieobecny. Dopiero wzmianka o dziewczynie i imię zwróciły ją rzeczywistości.
- L-Lenore? - wyszeptała, a z jej oczu wyczytać można było szok i wręcz trwogę. - T-To niemożliwe. P-Przecież ona nie żyje. Zginęła w pożarze i...
Dobrze, że brunetka stała akurat w pobliżu stołu, bo niechybnie by upadła, przy okazji upuszczając śpiące dziecko. Tracąc oparcie we własnych nogach, szybko znalazła krzesło, na którym przycupnęła cała drżąca. Aryś już widział u niej to spojrzenie, błędne, przepełnione żalem i bólem spojrzenie.
Utkwiła wzrok w białowłosym, gdy ten wspomniał o śnie. Miał rację. Mimo usilnych prób nie była w stanie zmrużyć oka nawet na chwilę, dlatego też zabrała się za coś pożytecznego, a mianowicie sprzątanie. Aryś zdąży się jeszcze przekonać, że kuchnia była jej ostatnim przystankiem.
- Ch-Chyba będzie dobrze, jeśli oboje udamy się na spoczynek...
- szepnęła, zmęczonym wzrokiem podążając za mechanicznymi ruchami mężczyzny. W obecnym stanie raczej mało prawdopodobne było, że dotrze do łóżka o własnych siłach.

_____
Krótko i bez podkładu bo padł mi zasilacz i oszczędzam baterię ;-;

_________________
Koniec prawie zawsze jest początkiem...

avatar

Aymi
Mistrz Gry

Liczba postów : 531

Powrót do góry Go down

Re: Mieszkanie Arystarcha na krańcu miasta

Pisanie by Arystarch on Sob Paź 21, 2017 12:55 am

Arysiowi rzuciło się w oczy nagłe umilknięcie Izanami na wspomnienie o tej iście diabelskie rymowance rodem z RPG’a. Coś wiedziała, kwestia jak dużą częścią tego postanowi się podzielić. Odniósł też wrażenie, że kobiety mogły mieć ze sobą jakieś zatargi, o których chyba tamta postanowiła go chwilowo nie informować. Nie żywa? Dla niego wyglądała wtedy nader żywo.
Wyglądało to trochę jakby teraz wyszła na jaw jakaś tajemnica, bardzo mroczny sekret, który małżeństwo ukrywało. Odruchem bioandroid poruszył się i chciał już łapać kobietę, by nie zrobiła krzywdy sobie, a co gorsze dziecku jednak udało jej się przysiąść. Szkoda by było, gdyby cały trud ratowania malucha poszedł na marne bo matka go opuściła. Za śliski kocyk, ale na szczęście dzieciak nie miał na imię Madzia. W sumie tego dnia głód jego mrocznej strony nie był nasycony. Jednemu opryszkowi wysadzono głowę, a drugi spłonął w budynku. Nie dało się nabić łbów na patyk jak to sobie upodobał, zaś normalny Aryś był z tego powodu lekko zadowolony. Będzie miał jedną rzecz mniej na sumieniu, chociaż nadal pozostaje kwestia dwóch zamordowanych osób w lesie. Kolejna rzecz, z której trzeba się będzie bogu spowiadać w niebie jeśli takowe istnieje. Na razie ponownie zwrócił wzrok w stronę brunetki. Nie wypadało zostawiać samotnej matki, by dalej była samotna i należało się nią zająć jak przystało na faceta. Czegoś się bała, a o sekret nie będzie ją pytał dziś. Był już dosyć zmęczony, a ona sama nie zmrużyła oka. Białowłosy ziewnął przeciągle, domył zimną wodą krew z części ubrania i po prostu zostawił płaszcz powieszony na krześle, a kamizelkę zdjął i również położył w tym samym miejscu. Nic się teraz nie poradzi, najwyżej trzeba będzie porządnie przeprać. Podszedł do Izanami i kucnął przy niej, uśmiechając się miło do kobiety.
- Odpoczniemy i potem mi opowiesz o niej. Nie pozwolisz chyba, by Shiro widział zmęczoną mamusię, która ledwo stoi c’nie? – poklepał ją po ramieniu i włożył dłoń pod jej nogi, a drugą za plecy, by pewnie chwycić kobietę. Miał zamiar zanieść ją do swojej sypialni, położyć się obok i przytulić oboje. Taki miał plan, kwestia czy kobieta zgodzi się na taką formę transportu. Mając dwójkę na rękach rzekł tylko pewnym głosem – Obronię was. Póki jesteście ze mną to mogę walczyć. Teraz to jest wasz dom i nowy początek – zarzucił dosyć oklepanym tekstem, aczkolwiek to był poczciwy bioandroid. Nawet z lekkimi instynktami ojcowskimi, chociaż sam mówił, że do żeniaczki mu nie śpieszno i byłby kiepskim ojcem. Idąc przyglądał się w istnym szoku jak w tym domu nagle stało się czysto. Chyba poważnie rozważy znalezienie sobie kobiety na stałe, bo jeśli takie nawyki zostały Izanami po małżeństwie i dom lśnił to naprawdę wypadałoby kiedyś się ustatkować.
Jeśli dała się zanieść na górę i nie miała obiekcji wobec tego, że bioandroid położy się obok niej i brzdąca to tak też uczynił. Obejmując oboje ręką, kładąc ją pod głowę kobiecie przymknął powieki, a następnie zaczął powoli zapadać w sen.

/spoko ;-;
avatar

Arystarch

Liczba postów : 109

Powrót do góry Go down

Re: Mieszkanie Arystarcha na krańcu miasta

Pisanie by Aymi on Pon Lis 06, 2017 3:27 pm

Eien no MG Modo

Whatever it takes~~

Arystarch zdawał sobie sprawę, że Izanami czegoś mu nie mówi. Być może nie chciała, a może po  prostu była w zbyt wielkim szoku. W końcu białowłosy twierdził, że spotkał osobą, którą ona sama uważała za martwą. Zresztą nie tylko ona, Ren też był o tym święcie przekonany. Jakim więc cudem miałaby przeżyć?
Mając przed sobą lekko uśmiechniętego mężczyznę, który proponował udanie się na spoczynek i dokończenie tematu później, tylko przytaknęła. Gdy chciał ją podnieść, tylko mocniej przytuliła do siebie malucha, nie protestując przeciw działaniom gospodarza.
- Dziękuję, Arystarch-san... - szepnęła, przymykając zmęczone powieki. - To nawet więcej, niż mogłam oczekiwać...
Tak więc wojownik na spokojnie mógł zanieść kobietę i dziecko na górę, przy okazji podziwiając dzieło jej rąk w postaci czystości wszędzie wokół. Będąc już w sypialni, ułożył na wpół śpiącą matkę z małym Shiro na łóżku, samemu kładąc się obok. Czując obejmujące ją ramię, Izanami odruchowo wtuliła się w białowłosego, choć z jej ust padło ciche "Ren", a spod powieki umknęła pojedyncza łza. Zmęczenie wzięło górę, a ona po prostu zasnęła. Podobnie zresztą jak jej wybawca po kilku kolejnych chwilach.
Za oknem powoli wstawał świt...

Z całej trójki śpiochów pierwszy przebudził się mały Shiro. Duże, zielonkawo-niebieskie oczy wpatrywały się z zaciekawieniem w śpiące oblicze mamusi i białowłosego mężczyzny, z którym wczoraj przeżył całkiem ciekawą przygodę. Sięgnął małą rączką w stronę jego twarzy, jakby chciał się upewnić, że to na pewno nie tatuś. Bo przecież tatuś wyglądał inaczej, prawda?
Bioandroid niniejszym dostał z plaskacza od dziecka, a gdy otworzył oczy, miał przed sobą roześmianą buźkę brzdąca, z którego ust ciekła cieniutka stróżka śliny - wprost na jego męską klatę. Matka nadal spała i nie zanosiło się, że ten stan szybko ulegnie zmianie, chociaż kto wie?
_____
END


Ostatnio zmieniony przez Aymi dnia Sro Lis 08, 2017 4:45 pm, w całości zmieniany 1 raz

_________________
Koniec prawie zawsze jest początkiem...

avatar

Aymi
Mistrz Gry

Liczba postów : 531

Powrót do góry Go down

Re: Mieszkanie Arystarcha na krańcu miasta

Pisanie by Arystarch on Pon Lis 06, 2017 4:08 pm

Arystarch niewiele wiedział o dzieciach. Właściwie to jego wiedza ograniczała się do tego co wyczytał w mangach oraz zobaczył w serialach. Śmierdzą, są uciążliwe i bardzo ciekawskie. No i trzeba im zmieniać pieluszki, ale istniał też stereotyp, że małe dzieci rzadziej kłamią, a uczą się tego dopiero od dorosłych. Dzieciaki wszystko małpują i jeśli to prawda, to miałby problem jeżeli przez niego dzieciak wyrośnie na mordercę z mieczem, bo widział jak jego nowy „tatuś” pociachał dwóch opryszków. Trzeba było wymierzyć im karę, jednak nie tak postępują bohaterowie. Prawdziwy bohater obezwładniłby tamtych i oddał w ręce sprawiedliwości, jednak tu pojawiał się drugi kłopot. Na tej planecie nie było czegoś takiego jak sprawiedliwość. Rządzili na nim źli ludzie z R.R, którzy do dyspozycji mieli strach oraz bojowe cyborgi. On zaś nawet nie był kimś specjalnie silnym, a przeciwstawiał im się. Nie chciał nawet dołączyć do ruchu oporu, bo takie walki przynoszą tylko więcej strat w cywilach. Wolał dożyć sobie tu w lasku starości. Może doczekać się z kimś dzieci, a potem wnuków. Mieć naprawdę święty spokój i żeby nikt nie niszczył jego ukochanej przyrody.
Nad ranem obudziło go pacnięcie w twarz. Delikatne, zbyt słabe by wyrządzić jakąkolwiek szkodę, jednak dostatecznie silne by obudzić. Myślał z początku, że to Izanami przekręca się na drugi bok i jakoś go musnęła palcami czy coś, jednak zaspany umysł zarejestrował, że obiekt w jego objęciach nie poruszył się. Sugerowało to charakterystyczne mrowienie w ręce, która sztywnieje po dłuższym nieużywaniu i spoczynku w jednej pozycji. Zamruczał leniwie i wolną ręką przetarł swoje zaspane oczy, którym ukazało się małe bobo zwane Shiro. Słyszał, że dzieci są najbardziej aktywne, gdy rodzice śpią. Spojrzał najpierw na Izanami, która jeszcze sobie spała, a potem na rozkoszniaka, który znakował go śliną. Mawiają, że nie trzeba kupować sobie psa, ani innego zwierzaka. Wystarczy zrobić sobie dziecko. Ślini się tak samo, bałagani niemalże identycznie, a koszty utrzymania są porównywalnie wysokie jak u rasowego bernardyna lub jakiegoś egzotycznego zwierzątka. Jednak Aryś lubił dzieci. Nie w takim znaczeniu w jakim proboszcz lubi ministrantów o tyłkach ciasnych jak po praniu, a bardziej jak normalna dorosła osoba.
- Hej mały – powiedział i sięgnął po kawałek kołdry, by zetrzeć ślinę z ust Shiro. Ziewnął przeciągle po tym, układając się wygodnie na boku – No gdzie jest mama? – zapytał cicho udając konsternację. Ponowił pytanie jeśli widać, że dziecko go nie zrozumiało za pierwszym razem. Nie miał tu też żadnych zabawek, ale to nie znaczyło, że nie mógł takowych stworzyć. Wskazał palcem ręki i obrócił Shiro w stronę Izanami za pomocą telekinezy – Tu jest mama. Twoja piękna mama – ponownie użył czarów, a z czerwonej mgiełki i z niewielkim puff wyłonił się mały misio. Pluszak był wielkości noworodka, jednak nie wyglądał jak typowa zabawka. Był cały czerwony i miał rogi jak diabełek, a do tego ogon zakończony luźnym futerkiem. Uszka maskotki były długie jak u psa, ale przyklapnięte zaś na brzuszku widniał mały pentagram w serduszku. Nie było to ave satan, ale ktoś to mógł odebrać jako ave satan. Poza tym misiek miał zamiast nosa przyszyty guzik, jak również zamiast oczu, tyle że tam jeden był biały, a drugi czarny.
- To jest Pan Satan – powiedział Aryś trzymając w ręce pluszaczka – Chcesz Pana Satana? – zapytał Shiro i pozwolił dziecku zabrać miśka ze swojej ręki. Zabawka mogła wyglądać dziwnie ze względu na swój nietypowy wygląd.
- Nie jestem Renem, ale postaram się być jak najlepszym tatusiem dla Ciebie Shiro – powiedział to bardziej do siebie niż do dziecka czy Izanami. Postanowił sobie wewnętrznie, że zaopiekuje się obojgiem jak ojciec. Domyślał się, że samotnej matce może być ciężko. Lekko wysunął rękę spod kobiety i powoli ułożył jej głowę na poduszce, którą wyczarował. Taki wałeczek miał imitować rękę Arysia. Niemalże akcja porównywalna z miszyn impossibru. Brakowało tylko Toma Gruza i tego chwytliwego soundtracku. Kiedy już wydostał się spod jej ręki wstał z łóżka. Ułożył dzieciaka z pluszakiem tuż obok mamy i wyczarował kilka belek wokół łóżka. Tak, by przypadkiem Shiro nie wypadł w momencie kiedy jego mama śpi. Byłby trochę przypał gdyby tak się stało, a te beleczki miały identyczną konstrukcję jak wszystkie łóżeczka dla dzieci. Można powiedzieć, że przerobił jednym czarem własne łóżko na duże łóżeczko dziecięce.

avatar

Arystarch

Liczba postów : 109

Powrót do góry Go down

Re: Mieszkanie Arystarcha na krańcu miasta

Pisanie by Arystarch on Pon Lis 06, 2017 6:32 pm

Trening Taiyokena
Aryś wyszedł przez okno własnej sypialni i udał się za dom, gdzie zazwyczaj wszystko miał przygotowane do treningów i innego marnowania czasu. Przyszła mu do głowy pewna myśl. Skoro tak łatwo przyswajał sobie nowe umiejętności to może była to kwestia tej amnezji i faktycznie wystarczyło tylko mocno zwizualizować sobie daną rzecz, by ją przypomnieć. Przysiadł więc na pieńku, po turecku i zaczął się koncentrować. Było to niebywale trudne, gdyż nawet nie miał okazji zjeść śniadania, a zeszłej nocy przecież ratował matkę z dzieckiem i to się odbiło na jego regularnych godzinach snu. Koncentrowanie miało na celu wymuszenie ruch konkretnych komórek w jego pamięci. Poruszyć jego mięśnie, ducha i odnaleźć ten złoty środek, by przypomnieć sobie jedną z technik. Nie mógł wiedzieć, że jest bioandroidem stworzonym z trzech różnych rodzajów komórek, jednak na pewno wiedział jak dużo brakuje mu do zwykłego człowieka. Silna koncentracja może nie była widoczna na zewnątrz, ale wewnątrz czuł pewien rodzaj dyskomfortu. Te siłowe próby przypomnienia sobie pewnej wiedzy, którą jego umysł ukrył tak skrzętnie przed nim samym. W głowie zaczęły mu przemykać pewne obrazy i nie był to skutek wypalenia jointa. To było coś innego. Widział blask, wielkie jak stodoła albo dupa Nicki Minaj, kanji. Nie znał tych chińskich krzaczków, ale sądził, że to nazwa tej techniki. Musiał się tylko przyjrzeć temu znacznie lepiej. To było jak patrzenie się w Słońce, lecz czy we własnym umyśle można oślepnąć? W ten sposób Arystarch próbował się nauczyć Taiyokena, który gdzieś głęboko tkwił w pamięci jego komórek. Poświęci na to najpewniej około 6 godzin. Trudno powiedzieć, że widział w tym potencjał bo chwilowo to nic nie widział.
Dziwnie tak znaleźć się wewnątrz swojej głowy. Niektórzy zachodzą w głowę i się w niej gubią, a do tego wąskiego grona zalicza się właśnie Aryś. Zaszedł w głąb swojej świadomości tak daleko, że aż się zgubił. Wnętrze jego głowy wyglądało jak taki ogromny gabinet luster. Chociaż nie, bliżej temu było do sklepu RTV AGD, gdzie wszędzie stały krystaliczne ekrany plazm, każdy z nich wyświetlał inny program. To nie była również wycieczka w trzy wymiary, bo aktualnie bioandroid poruszał się po jednej ze ścian w takim pomieszczeniu złożonym z samych ekranów. Widział różne dziwne rzeczy, które mogły być jego wytworem wyobraźni, jednak wśród nich nie było to czego szukał. Szukał określonej wiedzy i pewnej techniki, której będzie mógł się nauczyć na obecnym poziomie mocy. Odpadały wszelkie pierdoły pokroju super promieni śmierci oraz niszczenia planet. Szukał pudełeczka z czymś mniejszym. No właśnie, mówiłem wam, że mózg mężczyzny składa się z setek małych pudełeczek, które tylko udają ekrany? Nie? To wam mówię.
Arystarch przeglądał te pudełka. Wyciągał z nich czasami dziwne rzeczy w postaci futrzastych kajdanek oraz innych zabawek. Na pewno nie da ich Shiro. Dopóki nie podrośnie rzecz jasna. Zza jego pleców usłyszał śmiech. Kobiecy śmiech i dlatego z początku pomyślał, że to jedna z jego fantazji nocnych. Pobiegł więc w głąb swojej głowy, poszukując chociażby tej fantazji. Może nauczy się ją materializować? To by było coś!
Skręcił i jego oczom ukazała się kobieta. Poniekąd była to wizja z fantazji sennych, bo wyglądała na całkowicie nagą. Ciało jak u supermodelki, jednak okolice intymne oraz wszystko co normalnie podlegałoby cenzurze zostało przysłonięte przez jakiś cień. Miała też nietypowe, białe nastroszone jak u ssij… SSJ włosy, tyle że idealne bo białe z czerwonym pasemkiem pośrodku. Cała postać miała niebieską skórę. Jak jakaś Smerfetka czy coś w ten deseń, ale definitywnie nie pochodziła z tej bajki dla dzieci. Z twarzy istna bogini, która nawet może rywalizować z jeszcze niepoznanym na fabule Arizusem. No wzrostowo to przeciętna, ale miała obcasy więc plus minus dodać te 10 centymetrów. Stała z rękoma opartymi na biodrach i machała sobie swoimi dwoma ogonami na boki. Były w kształcie płetw rekina, aczkolwiek świeciły się jak czerwona lampka nocna.
- E…eee witam panią? – uśmiechnął się Arystarch machając do swojej imaginacji w swoim mniemaniu. Przecież chyba nikt mu nie będzie miał za złe jeśli poflirtuje ze swoją imaginacją. Ona zaś prychnęła i uśmiechnęła się z pogardą dla istoty, która śmiała odezwać.
- Znikaj mi z oczu. Jesteś jeszcze za słaby, bym została twoją panią. Poczujesz co to ból, a ja poczuję przyjemność – ułożyła dwa palce swoich dłoni okrytych cienistymi rękawiczkami, a ekrany za nią zaświeciły się oślepiającym blaskiem – Taiyoken cieniasie! – krzyknęła i zaczęła się śmiać. Jednocześnie kończąc wizję Arystarcha tak brutalnie, że ten spadł z pieńka, na którym sobie siedział. Niby to była tylko wizja w jego umyśle, a jednak to poczuł. Poczuł jednak, że to chyba odniosło jakiś efekt. Stanął na środku swojego podwórka, lekko uginając kończyny i koncentrując energie w swoich palcach. On chciał to wykonywać jedną ręką. Przymknął oczy tak dla bezpieczeństwa, by nie oślepić przypadkiem samego siebie. Następnie uwolnił energię, w swoim umyśle krzycząc „Taioyken cieniasie!”. Przy pierwszej próbie nic się nie stało, jednak Aryś miał pojęcie jak powinna końcowo wyglądać ta technika, więc metodą prób i błędów doszedł do właściwej dawki energii oraz sposobu jej rozprowadzania. Pozostało to jeszcze przetestować farmakologicznie, jednak nie chciał krzywdzić żadnego zwierzątka. Wyczarował więc lustro przed sobą i otworzył oczy. Kilku krotnie próbując użyć tej techniki.
Dopiero za 15 razem coś zaskoczyło i Aryś padł na ziemię oślepiony własną techniką. Niczym spojrzeniem na wypolerowaną łysinę pewnego aktora porno w pełnym słońcu. Przykładał dłoń do oczu, próbując dojść do siebie i z czasem faktycznie wzrok zaczął mu wracać.
Po tym wszystkim postanowił wrócić do swojego pokoju i zerknąć jak tam matka z dzieckiem się mają.
Spoiler:
avatar

Arystarch

Liczba postów : 109

Powrót do góry Go down

Re: Mieszkanie Arystarcha na krańcu miasta

Pisanie by Arystarch on Pią Lis 10, 2017 1:53 pm

Trening Walki Wręcz
Jak bardzo Arystarch nie lubił się wysilać, tak też rozumiał potrzebę zwiększenia swojej mocy, by móc chronić to co ważne. Nie tylko jego lenistwo, ale również osóbki, które żyły sobie pod jego dachem lub po prostu sam las. Chciał ich bronić za pomocą swojego ostrza, jednak nie mógł polegać jedynie na nim. Ono może się stępić lub co gorsza być mniej efektywne niż staromodne piąchy. Zresztą wolał nie wyciągać od tak miecza, bo może komuś stać się większa krzywda niż przewiduje to ustawa.
Ponownie wyszedł przed dom i zaczął kombinować. Wygooglował sobie jak wygląda ten manekin treningowy mnichów z shaolin czy innego tam klasztoru. Wiecie taki co ma kołki, które obracają się przy ciosie. Również poszukał planów jego konstrukcji, bo przecież przeglądarki internetowe dają naprawdę wielkie możliwości szukania materiałów archiwalnych. Kiedy odnalazł interesujące go rzeczy, postanowił je przestudiować i na końcu skorzystać z odrobiny magii, by taki manekin sobie stworzyć. Ustawił go sobie na środku swojego małego placyku za domem. Najwyżej w przyszłości posłuży mu to jako strach na wróble. Może nawet kiedyś będzie sobie hodował warzywa i znajdzie to właśnie takie zastosowanie?
Po ustawieniu drewnianego manekina treningowego, Arystarch wrócił do domu i w biblioteczce poszukał podobnego opasłego tomiszcza. W sumie ktoś kto mieszkał wcześniej w tym domu miał chyba pierdolca na punkcie sztuk walk. Tam można było znaleźć różne perełki pokroju filozofii walki, sztuki dobierania miecza i innych takich, także walka wręcz też się znalazła. Bioandroid wyszedł z książką na zewnątrz, gdzie zaczął studiować ruchy opisywane. Wszystko wydawało się dosyć proste. Uderzać z biodra, celować w punkty witalne i jak najmniej samemu blokować. Podszedł więc do manekina i wykonał pierwsze uderzenie, a kołek się przesunął, wymuszając na nim blok. W ten sposób metodą prób oraz błędów Arystarch opanowywał kolejne sekwencje. Z każdą szło mu coraz lepiej, gdyż pewne uśpione w nim komórki po prostu się budziły. Dalsza część treningu była związana z uderzaniem w punkty witalne. Musiał się ich nauczyć na pamięć, a następnie uderzać dostatecznie szybko. Zrobił więc drewnianego manekina, któremu nawet dał twarz, dłonie oraz nogi i zawiesił go na pobliskim drzewie. Mogło to wyglądać groteskowo, ale miało spełnić jedną konkretną rolę – symulować człekokształtne ciało. Na telefonie nagrał kilka różnych wariantów komend gdzie ma uderzyć i następnie dał to na głośnomówiący odhaczając jednocześnie opcję „losuj z listy odtwarzania”. Odłożył nawet do całej zabawy płaszcz i ćwiczył na prawie gołej klacie.
Usłyszawszy swój głos, który mówił „uderz w krtań, prawą łydkę oraz w splot słoneczny”, niezwłocznie wykonał kombinację. Najpierw uderzył w miejsce gdzie powinna być krtań z otwartej dłoni prawą ręką, a potem szybko podciął manekina jednocześnie zahaczając łydkę i na koniec kombinacji wolną ręką uderzył na wysokości splotu słonecznego, gdy manekin był lekko zgięty. Poćwiczył tak przez jakiś czas, a potem przyszła pora na dalszą część treningu.
Musiał manekinowi usztywnić stawy, by móc poćwiczyć sobie przerzuty. Znowu musiał zaglądać do książki jak to się odbywa i pozostało tylko przerzucać drewnianą kukłę do skutku, aż płynnie opanował ten ruch. Zastanawiał się w międzyczasie kiedy pora na jedzonko oraz drzemkę, jednak miał wewnętrzne postanowienie, by skończyć chociaż jedną z tych książek. Niby była to gruba księga jak niejedna kociamama, ale chyba już niewiele zostało.
Spocony bioandroid po jeszcze kilku ostatnich stronach książki postanowił w końcu udać się pod prysznic. Czuł się jak jakiś robol, którego wypuścili z budowy.
avatar

Arystarch

Liczba postów : 109

Powrót do góry Go down

Re: Mieszkanie Arystarcha na krańcu miasta

Pisanie by Aymi on Sro Lis 22, 2017 9:47 pm

Eien no MG Modo
SAGA

~~

Białowłosy wojownik nie chciał zakłócać snu zmęczonej kobiecie, postanowił zatem spożytkować czas na własny trening. Zabezpieczył odpowiednio łóżko, by mały Shiro nie zrobił sobie krzywdy, samemu maluchowi dając uprzednio wyczarowanego uroczego misia, po czym wymknął się przez okno. Co tu dużo mówić, po prostu zajął się na tę chwilę sobą.
Po treningu przyszła pora na odświeżający trening. Wychodząc z łazienki, Arystarch mógł poczuć rozchodzący się po całym domu przyjemny zapach jedzenia. Zważywszy wyczerpujący trening, mężczyzna musiał być głodny, nawet bardzo. Zaglądając do kuchni, od razu mógł zauważyć Izanami przy kuchence, smakującą właśnie jakąś potrawę. Mały Shiro w tym czasie siedział sobie na podłodze i wesoło gaworzył, bawiąc się nową zabawką, gdy jednak zauważył Arysa, od razu zrobił się głośniejszy, czym zaalarmował matkę. Ta odwróciła się i dostrzegłszy gospodarza, uśmiechnęła pogodnie.
- Zrobiłam obiad, przepraszam, że tak bez pytania - rzuciła cicho, trochę niepewnie. Co innego sprzątać komuś w domu, by jakoś odwdzięczyć się za pomoc i gościnę, a co innego buszować mu w kuchni. Widać było, że kobieta czuła się trochę niepewnie w towarzystwie białowłosego. Zazwyczaj witałaby męża, nie zaś właściwie obcego mężczyznę, który ją przygarnął.

~~Czas na najnowsze wiadomości - rozbrzmiało od strony salonu. - Kilka godzin temu nad całym krajem przeszło widmo ciemności, po którym niebo przebiła dziwna błyskawica. Nasi eksperci odkryli, że było to wynikiem pojawienia się obcego obiektu. Nasza ekipa została wysłana na miejsce "lądowania", które zostało ustalone na podstawie trajektorii lotu tegoż obiektu. Będziemy państwa informować na bieżąco, tymczasem przejdźmy do prognozy pogody na najbliższe dni...~~

Spiker oddał głos komu innemu i program był kontynuowany. Co jednak z tym dziwnym obiektem i zjawiskiem pogodowym? Czyżby Arystarch przespał to zdarzenie?


Ostatnio zmieniony przez Aymi dnia Sob Gru 02, 2017 1:14 am, w całości zmieniany 1 raz

_________________
Koniec prawie zawsze jest początkiem...

avatar

Aymi
Mistrz Gry

Liczba postów : 531

Powrót do góry Go down

Re: Mieszkanie Arystarcha na krańcu miasta

Pisanie by Arystarch on Sro Lis 22, 2017 10:44 pm

Angely i demony kruzhili nado mnoj
Pod prysznicem człowieka, bioandroida lub inne humanoidalne stworzenie zwykle nachodzą przeróżne rozkminy. Cytując klasyka: „Takie, które nawet fizjologom się nie śniły…kurde!”. Właśnie taką miał białowłosy, gdy nakładał odżywkę. Pomyślał, że cała ta scena z wyjściem przez okno wyglądała jakby kochanek ulatniał się po spędzonej nocy i to w taki sposób, by nie wpaść przypadkiem na męża niewiasty. Ewentualnie jakby był ojcem z czarnym kolorem skóry, tylko wtedy już by do domu nie wracał. Poza tym to prysznic dobrze mu zrobił. Nie wiedział czemu ludzie korzystający z komunikacji publicznej tak bardzo unikają tego wynalazku. Już o dezodorancie nie wspominając, a wątpił by powiedzenie „mądrzy ludzie żyją w brudzie” miało tu zastosowanie.
Było też inne równie mądre powiedzenie – przez żołądek do serca. Ewentualnie przez mostek, bo najbliżej. Właśnie te kuszące zapachy wabiły mężczyznę z łazienki, który za pomocą kilku szybkich zaklęć ubrał się. Spodnie nasunęły się na nogi, zaś koszula sama się zapięła. Trochę jak w bajkach Disneya lub innych klasykach tyle, że tutaj wszystko zostało zrobione niewidzialną ręką zwaną telekinezą. Nie było asysty ptaszków albo innych zwierzątek z Kopciuszka czy Królewny Śnieżki. A im bliżej był kuchni to tym bardziej nasuwało mu się na myśl Ratatouie, nie pamiętał jak to się pisało ale fonetycznie chyba poprawnie. W każdym razie bajka o szczurze kucharzu, który umiał gotować. Zdawał sobie sprawę któż to może urzędować w kuchni i kto tak dobrze gotuje. Na pewnie nie catering z 5 gwiazdkowego uberfood, a sądząc po odgłosie gaworzącego dziecka to mogła być tylko jedna osoba. Nie, to nie obsada Inienamocnych, a dobrze znana Izanami, która postanowiła skorzystać z kuchni i dóbr znajdujących się w spiżarce bioandroida. W sumie nie miał problemu ze zdobywaniem jedzenia, bo wszystko mógł wyczarować. Szkoda tylko, że przez to odpadała opcja zbierania punktów na świeżaki, a wyczarowanie tych pluszaków to już nie było to samo. Chociaż z drugiej strony zawsze mógł wyczarować sobie pieniądze, ale uznawał to po prostu za niemoralne gdyby miał z nich korzystać. Zresztą jakby przesadził to stworzyłby inflacje, dlatego lepiej było nie produkować banknotów na dużą skalę.
Aryś wchodząc do kuchni zerknął najpierw na małego szkraba, który ucieszył się na jego widok, a bioandroid przykucnął i wziął go na ręce, unosząc w górę jak małpa Simbę w Królu Lwie. Dopiero potem zwrócił swój wzrok na matkę, do której się uśmiechnął i zaniuchał nosem patrząc z zaciekawieniem w stronę garnka.
- Nie musisz się pytać o pozwolenie we własnym domu – odpowiedział patrząc życzliwie w stronę kobiety. W myślach dodał „to, że zrobiłaś obiad dla takiej leniwej buły jak ja w zupełności wystarczyło”. Nie było problemu ze stworzeniem jedzenia za pomocą czarów, ale z drugiej strony nie smakowało ono tak dobrze jak przygotowane własnoręcznie przez kogoś. Brakowało w nim tego serca, zaś Aryś żył na pizzy bo tylko to umiał zrobić. No i czasem smażony makaron albo ryż z kurczakiem. Pozostawała kwestia jakby tu karmić szkraba, bo pewnie też Izanami będzie musiała zorganizować jakieś rzeczy do tego. Nie miał siedzonka dla dziecka, ale to nie stanowiło problemu. Wystarczyło jedno proste zaklęcie, by stworzyć właśnie takie drewniane siedzonko. Jak z Castoramy czy innej IKEI tyle, że złożone i bez potrzeby pierdzielenia się pół dnia z instrukcją i wkrętarką. Zwykłe, białe siedzonko dla dziecka w kolorze białym ze wzorkiem w czerwone samochodziki. Posadził Shiro-chana na siedzonku, zaś sam usiadł przy stoliku i zacierał ręce na myśl o jedzonku.
Wtedy cały jego misterny plan miał się posypać. Przez speakera, który informował o pojawieniu się jakiegoś obiektu. Zmrużył oczy, bo nie zauważył tego. Może było to w czasie gdy medytował? Telekinezą przyciągnął mały telewizorek na baterie słoneczne, który leżał sobie w salonie. Nie miał normalnego odbiornika, a właśnie taki przenośny, turystyczny z kolorowym ekranem. Do niego doczepione były niewielkie panele słoneczne, a że zwykle telewizorek stał w nasłonecznionej części domu to miał zawsze zasilanie.
- Kurcze chyba zaspałem trochę. Nie brzmi to zbyt dobrze. Zjem obiad i chyba polecę to sprawdzić, w końcu taki jest obowiązek bohatera – powiedział drapiąc się po podbródku i spoglądając w telewizorek. Pozostało mu otworzyć wyszukiwarke w telefonie, a następnie podejść do kąta kuchni. Pochylić się pod kątem 75 stopni i właśnie w tym jednym jedynym miejscu złapać internet. Wpisał hasła takie jak „obcy obiekt, lądowanie” oraz dzisiejszą datę. Chciał wiedzieć gdzie to coś było, a kiedy Google przetwarzał informację, on tymczasem mógł przy pomocy telekinezy nałożył sobie potrawę i zaczął się karmić łyżką bez użycia rąk. Ktoś pewnie by go skarcił za tak leniwe używanie magii, ale tutaj priorytet miało ludzkie bezpieczeństwo, a zarazem to by bohater nie ruszył do pracy głodny.
- Jak Ci się tu podoba? A właśnie, zapomniałbym. Pod fotelem są banknoty. Też je wyczarowałem, ale głównie palę nimi w kominku. Jakbym miał przez kilka dni nie wrócić to za to możesz kupić jedzenie lub co tam potrzeba – poinformował ją Aryś. Niektórzy korzystają ze starych gazet w formie podpałki, zaś Arystarch wyczarowuje banknoty i nimi pali. Jakoś tak podoba mu się widok płonącego kapitalizmu.
avatar

Arystarch

Liczba postów : 109

Powrót do góry Go down

Re: Mieszkanie Arystarcha na krańcu miasta

Pisanie by Aymi on Czw Lis 30, 2017 2:30 pm

Eien no MG Modo
SAGA


Kuchnia pełna była słodkiego aromatu przygotowanego przez Izanami gulaszu, potrawy zarówno smacznej, jak i sycącej. Białowłosy wziął na ręce radosnego brzdąca, odpowiadając jego matce z uśmiechem, że w końcu to także jej dom i nie musi pytać o pozwolenie.
- A-Ale... ja nadal... - zaczęła kobieta, zaraz odwracając spojrzenie. Zapatrzyła się w garnek, nie wiedząc właściwie, jak miałaby zareagować na jego słowa. Zaledwie dzień wcześniej straciła męża, ukochanego i opokę, o mało nie straciła również Shiro-chana. Pomógł jej właśnie ten mężczyzna, tak nieznajomy a zarazem przyjazny. Zwrócił jej porwanego synka, zaopiekował obojgiem, dał dach nad głową. Prawda, mówił przecież, że teraz to także jej dom, ale... wspomnienie Rena było zbyt świeże, zbyt bolesne, by mogła to wszystko od razu zaakceptować i zacząć żyć na nowo. Nadal tęskniła za człowiekiem, który zginął w tak tragiczny sposób.
Nawet nie zauważyła, kiedy Aryś stworzył siedzisko dla małego. W sumie chyba na moment odpłynęła gdzieś myślami, do dawnych szczęśliwych chwil u boku męża. Nalała gulaszu do głębokiego talerza, który następnie postawiła przed wojownikiem, gdy jednak ledwie moment później mały telewizorek tak po prostu przefrunął jej przed nosem, omal nie dostała zawału. Za to Shiroyuki był wręcz uradowany przedstawieniem.
Spiker w wiadomościach mówił coś o obcym obiekcie, jakimś zjawisku pogodowym, wysłanej w teren ekipie telewizyjnej... Ciężko było się w tym wszystkim połapać, ale Arystarch uznał, że chyba coś przegapił i należałoby to sprawdzić. Wstał od stołu, otwierając telefon, przeszedł w kąt, wklepał coś w klawiaturę i czekał. Co dziwniejsze - obiad podążył za nim, a łyżka sama wpakowywała mu kolejne porcje posiłku, oczywiście ku uciesze małego brzdąca. Czekając na wyniki wyszukiwania, białowłosy zadał kobiecie dość luźne pytanie, nie poczekał jednak na odpowiedź, przypominając sobie o jednej ważnej rzeczy. Zdradził współlokatorce, gdzie trzyma pieniądze, a także w jaki sposób je zdobył i wykorzystuje, co kompletnie zbiło ją z tropu. Wyczarowuje pieniądze i pali nimi w kominku? Widać po niej było, że nie przywykła do magii stosowanej we własnym otoczeniu, choć to mogło wyjaśnić nagłe pojawienie się dziecięcego siedzonka i zabezpieczenia wokół łóżka, które widziała po przebudzeniu. Już nawet fruwający telewizor jej pewnie nie zaskoczy, teraz jednak zdawała się zastanawiać, czy aby na pewno się obudziła, a to wszystko nie jest po prostu nieco dziwacznym snem.
Wojownik sprawdził wyszukiwarkę i zmarszczył brwi. Na wyświetlaczu widniała krótka notka: "Error. Brak uprawnień do odczytu danych", a niżej kilka dziwnych symboli i "RR" na samiusieńkim dole. Widać Armia nie życzyła sobie rozpowszechniania informacji.


~~Drodzy państwo, mamy wieści od naszej skromnej ekipy - odezwał się nagle spiker w telewizorku. - Przekazuję zatem głos panu Kezashiemu. Kezashi-san?
Wizja przeskoczyła, a po chwili na ekranie pojawiła się twarz ciemnowłosego mężczyzny w okularach. Obraz był nieco zaszumiały i czasem podskakiwał, jednak dźwięk zdawał się być w porządku.
- Kezashi Ao, melduję się z miejsca lądowania obcego obiektu - zaczął nieco podekscytowanym głosem. - Mieliśmy pewne problemy techniczne, jednak udało nam się uzyskać w miarę dobry obraz wizji.
Kamera przesunęła się, a oczom widzów ukazał się podłużny statek kosmiczny przypominający płaszczkę. Był on dość spory, widać również było, że ekipa znajdowała się w dość sporej odległości od nieznanego obiektu.
- Ze względów bezpieczeństwa zachowaliśmy stosowny dystans, nie wiemy bowiem, jakie zamiary mają przybysze - tłumaczył prowadzący. - Z naszych obserwacji wynika, że tym statkiem, bo najprawdopodobniej tym właśnie jest ów obiekt, przybyło do nas kilkunastu przedstawicieli obcej rasy. Mają oni ludzką posturę, niebieską skórę, a przy zbliżeniach dostrzegliśmy nawet pewne podobieństwa ich budowy do ryb. Niestety w obecnych warunkach podobne zbliżenia powodują całkowitą utratę wizji, więc ich zaniechamy, za co najmocniej przepraszam.
Obraz nieco się przesunął, delikatnie przybliżył, na moment stał mętny, lecz zaraz dostosowano ostrość. Teraz widzowie mogli dostrzec grupę niebieskoskórych przybyszów, a także kilka innych osób, zdecydowanie ludzkich, choć może nie we wszystkich przypadkach. W dali można było zobaczyć czerwonego, dość wysokiego jaszczura, a także coś podobnego noszącego odcienie ciemnej szarości i pomarańczu.
- Naprzeciw przybyszom wyszło kilku przedstawicieli rasy ludzkiej i... chyba jakieś dziwolągi - prowadzący nie wiedział, w jaki sposób nazwać te jaszczuropodobne stworzenia. - Wcześniej było ich chyba ciut więcej, ale część zdaje się... odleciała. W tej chwili rozmawiają, a ze statku wyleciało coś w rodzaju transportera. - W centrum wizji pokazało się coś wypełnionego niemal po brzegi niemożliwymi niestety do zidentyfikowania sprzętami. Prowadzący kontynuował: - Najprawdopodobniej ci ludzie doszli z przybyszami do swoistego porozumienia, ciężko stwierdzić jednoznacznie, co i na jakich warunkach zostało ustalone, więc... Zaraz... Kamera, tam! Z tamtej strony coś nadlatuje!
Obraz przesunął się ostro w bok, potem jeszcze raz, jakby operator szukał na niebie tego, co przykuło uwagę jego kolegi. Wreszcie wszystko się zatrzymało, ukazując trzy małe, ale zdecydowanie zbliżające się obiekty, które zaczynały nabierać kształtów. Już po chwili widać było wyraźnie dwóch przedstawicieli rybiej rasy oraz nieprzytomną czerwonowłosą dziewczynę, którą przynieśli.
- Drodzy państwo, dwójka niebieskich obcych właśnie przyprowadziła na miejsce zdarzenia pozbawioną przytomności i najprawdopodobniej ranną dziewczynę. Po reakcji zebranych wnioskuję, że jest ona znana przynajmniej niektórym. I chyba zaczyna się coś dziać...
I rzeczywiście się działo. Czerwonowłosa została rzucona na ziemię, na co jeden z zebranych zareagował wściekłością i, co dziwne, stał się blondynem. A może jednak blondynką? Trudno było stwierdzić jednoznacznie, choć długość włosów wskazywała bardziej na drugą opcję. Owa blondynka próbowała dostać się do rannej, lecz została przez dziwne pociski wystrzelone w kierunku ziemi przez dwójkę obcych, którzy zdawali się pełnić rolę strażników. Reszta ludzi była niemniej oburzona co jasnowłosa, choć był jeden wyjątek - wysoki brunet szedł, zdawać się mogło, spokojnym krokiem w stronę nieprzytomnej, nie zatrzymywał go nikt. Padł on na kolana, biorąc dziewczynę w ramiona, teraz tak kruchą i najprawdopodobniej martwą.
- Drodzy widzowie - zaczął prowadzący nieco drżącym głosem - zdaje się, że jesteśmy świadkami tragedii. Młoda dziewczyna przyniesiona przez obcą rasę... z dużym prawdopodobieństwem została pozbawiona... życia...
W tonie samej tej wypowiedzi słychać było smutek, żal. Mężczyzna zdawał sobie sprawę, że ów brunet trzymający dziewczę w swych ramionach jest najprawdopodobniej członkiem jej rodziny, żeby nie powiedzieć wprost - zrozpaczonym ojcem. Nastała chwila ciszy będąca swoistym upamiętnieniem żywota młodej nieznajomej, choć trwała ona tylko w obrębie ekipy telewizyjnej. Na polanie wręcz wrzało od emocji. Słychać było krzyki oburzenia, na wizji niektórzy z przedstawicieli błękitnej planety ruszyli do ataku. Wszystko działo się w przeciągu sekund, w trakcie których ziemia zaczęła się trząść, a powietrze wokół falować. Nastąpił gwałtowny wybuch energii, po którym transmisja została przerwana. Ostatnim zarejestrowanym dźwiękiem był krzyk ojca wzbijający się w przestworza...~~


Na ekranie telewizorka widać było tylko charakterystyczne szare, powykrzywiane paski, a do tego dodać można typowy dla braku sygnału szumek. Na miejscu zdarzenia robiło się chyba gorąco, ale cóż mógł na to poradzić nasz biedny bohater, gdy został odcięty od źródła informacji, a w samej transmisji nie było wzmianki o dokładniejszym położeniu miejsca lądowania statku?
~pik pik pik~
Telefon białowłosego zabrzęczał, a gdy ten spojrzał na wyświetlacz, zauważył kopertkę z kłódką. Gdy na nią kliknął, wiadomość się otworzyła i w pierwszej chwili ekran zalała fala bliżej nieskoordynowanych cyfr i znaków, by zaraz potem ujawnić treść:
"Wiadomość kodowana - nadawca ukryty
~~~~
Will you help us or just looking for attractions?"
Niżej znajdowały się dwie opcje do wyboru: help | not help, a do tego możliwość napisania krótkiej notki. Najwidoczniej nadawca tej tajnej bądź co bądź wiadomości zamierzał poddać weryfikacji intencje adresata. Jakiego wyboru dokona Arystarch?


Ostatnio zmieniony przez Aymi dnia Sob Gru 02, 2017 1:14 am, w całości zmieniany 1 raz

_________________
Koniec prawie zawsze jest początkiem...

avatar

Aymi
Mistrz Gry

Liczba postów : 531

Powrót do góry Go down

Re: Mieszkanie Arystarcha na krańcu miasta

Pisanie by Arystarch on Czw Lis 30, 2017 4:51 pm

Gulasz bardzo dobre danie, zwłaszcza jeśli ma się do tego świeże składniki. Cóż Aryś nie musiał chodzić do Biedry, by dokonać zakupów i z tego powodu nie załapał się na promocję „Gang Świeżaków 2”. Był bardzo niepocieszony, że nie mógł dostać tej maskotki, ale z drugiej strony zwyciężało lenistwo i po prostu nie chciało mu się iść do sklepu. Po co miał skoro mógł sobie wszystko wyczarować? No może oprócz świeżaka, bo to nie będzie takie same odczucie jak otrzymanie go z rąk brodatej kasjerki, której bliżej wyglądem do żaby niż kobiety. Pewnie nadal czeka na swojego księcia, który ją odczaruje. No to cytując pewnego zielonego ogra – to sobie poczeka.
Nie mógł zbyt wiele poradzić na to, że kobieta była smutna z powodu straty męża, ale za to była jedna rzecz, którą mógł jej zapewnić – bezpieczeństwo i w sumie jeszcze czas na zaleczenie ran. Trudno jednak mówić, by było to coś o czym może od tak zapomnieć. Miała z tamtym mężczyzną bobasa, a to oznacza, że pewnie byli ze sobą bardzo długo. Nie mógł go w pełni zastąpić, ale cieszyła go myśl, że może ją chociaż wesprzeć w jakiś sposób. Na planecie rządziło RR, które w odbycie miało samotne matki. Zresztą najczęściej to z ich winy stawały się tymi samotnymi, gdyż mężczyźni buntowali się i walczyli o lepsze warunki dla swoich rodzin lub ginęli od przepracowania. Dwie formy walki, jednak efekt końcowy był ten sam. Żadne z nich nie miało możliwości robienia takich cudów jak Aryś, który mógł wyczarować sobie absolutnie wszystko co mu do życia było potrzebne.
Izanami za to miała jeszcze jeden problem. Najwyraźniej nie była przyzwyczajona do widoku czarów i lewitujących sprzętów RTV AGD. Zwykle jeśli telewizor lewitował to krzyczało się – stój czarnuchu i odłóż telewizor, jednak tutaj nie było żadnego Afroamerykanina, który ukradłby telewizor bądź rower. A może magia polegała na tym, że wykorzystywało się jakieś mniejszości rasowe? Powiedzmy, że jeśli coś tworzyłeś to był taki niewidzialny Azjata, który to budował, a jeśli coś podnosiłeś to pojawiał się niewidzialny Murzyn. To by było nawet bardzo legitne wytłumaczenie, gdyby nie to, że w przypadku bawełny ta zasada nie miałaby racji bytu. Magia była czymś co nie do końca pojmował, ale jakoś instynktownie potrafił ją wykorzystywać do swoich celów. Przytrzymując rękę oprycha, tudzież tworząc jakieś przedmioty.
Wojownik był zdecydowanie zdziwiony komunikatem jaki mu wyskoczył. Brak uprawnień do odczytu danych? Już on im pokaże! Nakopie im do tych komunistycznych tyłków, zwłaszcza że informacje by mu się teraz przydały. Jak zginą tam jacyś ludzie… a nie chwila, RR już ma na sumieniu dostatecznie dużo istnień. Aryś tylko westchnął smutno i schował telefon do kieszeni. Pozostało mu tylko jedno, jedyne medium, które może coś powiedzieć. Mógł spokojnie zjeść sobie lewitujący gulasz. Im dłużej to oglądał tym bardziej miał wrażenie, że RR również próbowało zablokować dziennikarzy. Tyle, że tamci się nie dali i dalej streamowali. Gdyby był geniuszem komputerowym to zapewne mógłby ich namierzyć po transmisji. Tak jak robili to w filmach. Białowłosy android oglądał wiadomości z zapartym tchem i by nie stracić jedzenia, po prostu je trzymał w dłoniach, jedząc normalnie łyżką. Nie wolno było ryzykować, że się rozproszy i rozleje tak dobry gulasz.
Patrząc na ten statek kosmiczny miał wrażenie, że wszystkie teorie spiskowe na temat życia pozaziemskiego to jakaś bujda. Chociaż może to też jest inscenizowane? Jak ten lot na księżyc, o którym było tyle teorii. W filmach zwykle przybysze z gwiazd mieli bardzo złe zamiary wobec ziemian. Chcieli ogołocić planetę z jej zasobów naturalnych, a ludność zaciukać na kotleta. Z opisu wynikało, że kosmici to jakieś flądry, a Aryś wiedział już, że do ich kobiet się nie zbliży. Pewnie na dole walą śledziem jak cholera! Już sama myśl o tym go odpychała, ale może umieją sobie powiększać cycki. No wiecie może tam mają pęcherzyki z powietrzem, by móc łatwiej zmniejszać lub zwiększać głębokość zanurzenia. Patrząc na dalszy rozwój wypadków to miał swoiste skojarzenie z filmem Marsjanie Atakują. Tak, dokładnie ta scena, gdy prezydent poszedł przywitać się z kosmitami. Tyle, że tam była jeszcze jakaś jaszczurka. W sumie one też często zamieszkują środowiska wodne, aczkolwiek raczej wolą wygrzewać się na słoneczku. Kurde to faktycznie inwazja była, a on zimnokrwistego do domu raczej nie przyjmie.
Chwilę potem stało się coś przez co Arystarch złamał swoją metalową łyżkę. Łyżeczka wpadła do prawie opróżnionego talerza z gulaszem. Bioandroid zacisnął zęby oraz zmrużył groźnie brwi. Te durne ryby zakatowały jakąś dziewczynę. Bogu ducha winną dziewczynę, gdy te śliskie gnojki nie wyglądały nawet na uszkodzone. Pewnie we dwóch ją wzięli. Chwilę potem wywiązała się otwarta walka. Białowłosy odłożył talerz na stół, gdyż nie chciał by i porcelanę potłukł przez przypadek. Mruknął zły na taki obrót spraw, bo nikt tutaj nie musiał ginąć, a właśnie jakiś ojciec tracił córkę. Wyglądał jak jakiś niedorobiony karateka, ale jednak no to nadal człowiek i ma uczucia. Tam była wyzwalana ogromna ilość Ki walczących. Trudno mu było ocenić jak wiele energii zostało uwolnione, jednak nie mógł stać bezczynnie. O nie, nie odpuści najeźdźcy. Red Ribbon Army to była inna kwestia, bo te gnojki przynajmniej publicznie nie mordowały ludzi.
Problem w tym, że nie wiedział gdzie się ma udać i samo to poczucie było ogromnie frustrujące. Android spojrzał na połamaną łyżkę, by po chwili ją naprawić za pomocą czarów. Zaś chwilę potem jego komórka się odezwała. Zdziwiony sięgnął po nią i otworzył wiadomość. Modlił się, by nie była to kolejna rzecz treści „mamy dla Pana nową ofertę”, bo wtedy zmasakrowałby ten telefon. Na szczęście tak się nie stało. Dostał dziwną wiadomość. Kodowaną, nie wiadomo od kogo, jednak idąc teoriami spiskowymi to mogło być RR. Chociaż jeśli mieli mu dać środki, by dostać się w miejsce walk to warto było zaryzykować. Odhaczył opcję Help i dodał krótką notkę „Przynieś mi małe kapsuły z ciekłym azotem. Takie bym mógł z tego zrobić granat. No i najostrzejszy miecz jaki masz. Czas na sushi”. Powiedział po czym telekinezą przyciągnął swój miecz, zapinając go przy pasie. Spojrzał po Izanami i kiwnął jej głową, kierując się w stronę swojego pokoiku, w którym trzymał alchemiczne dobra. Pogrzebał trochę w poszukiwaniu fiolek z nieco grubszym szkłem i przy pomocy czarów wpompował tam czysty chlor wraz z odrobiną wody, by spajała. Proporcje były 95 do 5, czyli większość chloru. Wiedział, że do chlorowanej wody w basenie nie można było wrzucać ryb bo się dusiły. Chlor wysuszał ich łuski i bodajże zatykał skrzela. Po prostu truł je. Aryś postanowił wyczarować kilka takich pojemniczków z chlorem, które spreparował do formy kilku granatów. Wyczarował sobie nawet pas, do którego mógłby to wszystko przypiąć i ukryć pod płaszczem. Czekał teraz tylko na pomoc od swojego cichego wielbiciela.
- Wytłukę te rybiaki co do jednego - mruknął pod nosem zirytowany. Azot był kluczowy w tym planie, bo jeżeli dojdzie do walki to jedna fiolka może rozwiązać cały problem. Ryby w jeszcze większej mierze składały się z wody, zaś ich ciała były nieco inaczej przystosowane do ciepła. Wszystko zależało od gatunku, ale ciekły azot powinien zadziałać znacznie lepiej na nie. Będzie musiał tylko uważać, by samemu się nim nie oblać.
avatar

Arystarch

Liczba postów : 109

Powrót do góry Go down

Re: Mieszkanie Arystarcha na krańcu miasta

Pisanie by Aymi on Pią Gru 08, 2017 12:53 pm

:Eien no MG Modo
SAGA

Program telewizyjny był niezwykle interesujący i pełen akcji, a widzowie zapewne oglądali go z zapartym tchem do momentu, aż sygnał się urwał. Sam Arystarch poczuł żądzę mordu za czyny, jakich dopuścili się obcy na niewinnej dziewczynie. Jego nerwy ostudziła jednak wiadomość, na którą szybko odpowiedział, choć nie miał pojęcia, kto jest po drugiej stronie łącza. Dla niego czyny przybyszów były wypowiedzeniem wojny i właśnie na nią się szykował, a Izanami nie zamierzała mu w tym przeszkadzać.
Był już prawie gotowy, gdy nadeszła kolejna zakodowana notka, a w niej kolejne pytanie wraz z dwiema możliwościami odpowiedzi:
~~
This is what you really need?
~~
Who will you choose?
1st sushi boss | 2nd sushi boss
~~
a w załączniku widniały dwie fotografie z odpowiednimi podpisami.
Spoiler:
1st | 2nd
1st Sushi Boss [location - unknow]  | 2nd Sushi Boss [location - confirmed]
Czyżby istniała więcej niż jedna grupa tych rybich stworów? I skąd nadawca właściwie brał te informacje? A także czy te informacje są prawdziwe? To musiał zweryfikować sam Arystarch.

_________________
Koniec prawie zawsze jest początkiem...

avatar

Aymi
Mistrz Gry

Liczba postów : 531

Powrót do góry Go down

Re: Mieszkanie Arystarcha na krańcu miasta

Pisanie by Arystarch on Pią Gru 08, 2017 1:51 pm

Cóż takiego Ziemia zrobiła tym rybiakom, że postanowili akurat na nią przybyć? Może to była kwestia tego, że w znacznym stopniu pokryta była wodą i stanowiła naprawdę świetne miejsce do kolonizacji? Istotnie wtedy najpewniej biednych ziemian zapędziliby do kopalni, albo na budowę. Jak kiedyś niewolników, których zwoziło się z kolonii jako tanią siłę roboczą. Nie znał ich agendy, ale nie mógł pozwolić, by przylatywali sobie na jego planetę i robili z jej mieszkańcami co tylko zechcą.
Ponownie dostał po kilku chwilach wiadomość z zapytaniem czy to wszystko. Prawdę mówiąc to nie nawykł do pracy zespołowej, więc w pierwszym momencie w ogóle nie brał pod uwagę, by poprosić o wsparcie. Tak to już jest z osobami, które mieszkają cały czas same i walczą o przetrwanie każdego dnia. No może z tą walką to jednak przesada, bo mógł stworzyć co tylko zechciał. Bardziej w zastanowienie wprawiła go dalsza część wiadomości, gdzie w załączniku były dwa zdjęcia. Jakiś grubas i w miarę dopakowany najeźdźca, z czego lokalizację jednego z nich znano. Tego drugiego zresztą najłatwiej byłoby znaleźć i stanąć z nim do walki, ale bardziej Arystarcha niepokoiło, że jeden z nich od tak sobie zniknął. Szkoda, że nie podali mu więcej danych jak chociażby miejsce gdzie ten drugi przebywa, bo nie wiedział czy jest w pobliżu skupisk ludności. Jakby był to bezsprzecznie poszedłby tam.
Ostatecznie chyba nie mógł zbytnio narzekać na to, że nieznajomi są niedoinformowani. Cholera, nawet nie powinien bo ten ktoś szedł mu na rękę. Wybór był dosyć ciężki, bo nad grubym pewnie miałby przewagę prędkości, zaś nad umięśnionym już niekoniecznie. Chciał przetestować przeciwników oraz sprawdzić trik, który opracował specjalnie na nich. Z drugiej strony chyba zdecyduje się na grubego, bo warto go znaleźć. Nie wiadomo co robi, a to z taktycznego punktu widzenia jest o wiele groźniejsza sytuacja, z którą trzeba sobie poradzić. Pytanie tylko jak miałby to zrobić? Naprawdę ciężki wybór, a Arystarch postanowił, by ostatecznie zadecydował o tym los. Było sporo za i przeciw temu, by szukać wiatru w polu. Wyciągnął monetę i nią podrzucił. Prawdę mówiąc niewiele wiedział o obu przeciwnikach, więc nic na tym nie tracił, a po wyglądzie nie powinno się kogoś oceniać. Gruby mógłby być wolny, ale równie dobrze miecz może ugrzęznąć w tych fałdach tłuszczu. Moneta poszybowała w górę, a Bioandroid ją po chwili złapał. Wypadł orzeł, czyli fotografia numer dwa.
Kliknął numer dwa. Nie było w końcu dodatkowego okienka, a przy przekazaniu potrzebnych rzeczy pewnie będzie miał okazje spotkać tego tajemniczego łącznika i zapytać go o niezbędne dane. Pozostało tylko czekać, a gdy otrzymał lokalizację czym prędzej ruszył w jej stronę.
avatar

Arystarch

Liczba postów : 109

Powrót do góry Go down

Re: Mieszkanie Arystarcha na krańcu miasta

Pisanie by Aymi on Wto Gru 12, 2017 3:33 pm

Eien no MG Modo
SAGA
~~

Rozmyślając nad przyczynami najazdu obcej rasy na błękitną planetę, zastanawiał się również, czy przyjdzie mu walczyć samemu czy też w grupie. Nie przywykł do pracy zespołowej, niemniej nie mógł narzekać. Wraz z nadejściem kolejnej wiadomości miał wybór - samemu szukać jednego z bossów, bądź podążyć tropem tego, którego lokalizacja była o dziwo znana.Mimo wszystko nadal się wahał. Próbował wywnioskować coś na podstawie wyglądu obydwu przedstawicieli rybich najeźdźców, wiedział jednak, że to i tak tylko domysły, które w chwili starcia mogą nie mieć pokrycia z rzeczywistością.
Mimo trudności w wyborze, sam nie potrafił zdecydować i postawił na ślepy los - rzucił monetą. Fortuna chyba mu sprzyjała, trafił na tego, którego lokalizacja była znana. Nie wiedział w sumie, czy łącznik nie okłamuje go w sprawie położenia drugiego z bossów, nie miał jednak jak tego zweryfikować. Wcisnął odpowiednią opcję i czekał na odpowiedź gotów do wymarszu.
Telefon znów zapikał po niespełna minucie, ukazując wiadomość:
~~
Good choice.
Your target is in the desert. He has a company. Hurry up if you don't wanna lose them.
All you need is on the way. We'll find you, Sushi Master.

nonRR
~~
Do tekstu dołączono coś w rodzaju aplikacji, choć może lepiej nazwać to lokalizatorem, nadajnikiem? Po wejściu w załącznik Arystarch mógł dostrzec mapę na której zaznaczono trzy punkty różnego koloru. Zielony migał na granicy miasta, w lesie - tutaj był. Czerwony przesuwał się powoli ale jednostajnie na południe, choć nadal znajdował się na obszarze pustynnym - to zapewne cel. Był jeszcze biały punkcik, ten jednak migotał naprzemiennie w dwóch lokacjach - na pustyni, podążając za tym czerwonym, a także gdzieś w górach. W prawdzie było mu bliżej do tego drugiego, jednak cel podróży miał wyznaczony. Musiał dogonić czerwonych, zanim zniknął na dobre.
Przed samym wyjściem zastał Izanami z maluchem na rękach. Podeszła ona do niego i przewiązała na jego prawym nadgarstku błękitną wstążkę, którą całkiem niedawno miała we włosach.
- Uważaj na siebie - poprosiła cicho, jakby z obawą. - Wróć żywy, będę czekała.
Złożyła na jego policzku delikatny pocałunek, po czym odstąpiła. Białowłosy mógł ruszać w drogę.

[z/t] -> Pustynia
_____
Odpisujesz na miejscu, złotko :* Powodzenia o/

_________________
Koniec prawie zawsze jest początkiem...

avatar

Aymi
Mistrz Gry

Liczba postów : 531

Powrót do góry Go down

Re: Mieszkanie Arystarcha na krańcu miasta

Pisanie by Sponsored content



Sponsored content


Powrót do góry Go down

Strona 2 z 2 Previous  1, 2

Zobacz poprzedni temat Zobacz następny temat Powrót do góry


 
Permissions in this forum:
Nie możesz odpowiadać w tematach