Haricotto

Zobacz poprzedni temat Zobacz następny temat Go down

Haricotto

Pisanie by Haricotto on Czw Cze 23, 2016 3:25 pm

Imię: Haricotto (anagram od słowa Haricot, czyli fasola)
Wiek: 21
Rasa: Saiya-jin

Wygląd:
Nie jest gigantem, ale mały też nie jest - jego wzrost to 185 cm. Nie jest również gruby, bo waży jedyne 70 kg. Jego włosy uczesane są do góry, lekko pod skosem.
W przeciwieństwie do reszty Saiyan, nie nosił od zawsze charakterystycznego dla nich pancerza. Nosi normalne ciuchy, które pod żadnym względem nie krępują ruchów. Czarne obuwie i rękawice bez palców, czarny koszula opinająca każdy mięsień i przylegająca do ciała oraz pomarańczowe gi z wyszytym na plecach kanji - tak prezentuje się ubiór Fasolki.

Charakter:
Haricotto nie gardzi towarzystwem, ale ma w swoim życiu momenty, w których woli być całkiem sam. Jego życie balansuje między dobrymi a złymi wydarzeniami. Mimo wszystko stara się być dobry. To właśnie jest dziwne, ponieważ Saiyanie z natury są agresywni i złowrodzy. U Haricotto to właśnie zostało zmienione. Życiowe problemy, jak i warunki, w których przyszło mu żyć miały ogromny wpływ na jego osobowość i jedyne co zostało w nim z oryginalnego Saiyanina, to apetyt i chęć walki z silnym przeciwnikiem.
Jeśli się z kimś zwiąże, stara się robić wszystko co w jego mocy, by ochronić tę osobę. Nigdy nie miał wielu przyjaciół, ponieważ u niego liczy się jakość, nie ilość.

Historia:
Spoiler:
Urodził się na Vegecie w zwykłej, nieelitarnej, najniższej klasą rodzinie. Gdy miał półtora roku został sierotą. Do tej pory nie jest jasne, co się stało z jego rodziną. Najprawdopodobniej wciąż żyją, ale z niewiadomych względów, cała familia została rodzielona.

Pystkowie Vegety, to jedno z najcięższych do przeżycia miejsc. Żyjąc tam samemu, trzeba się przyzwyczaić do braku jakichkolwiek wygód. Twarda ziemia i twarda skała to tutejsze synonimy łóżka i poduszki...

Wydawać by się mogło, że miała tu miejsce ogromna bitwa, ponieważ wszędzie leżały resztki pancerzów, ubrań, pourywane kończyny i gdzieniegdzie, bardziej lub mniej widoczne ciała, które zdążył już przykryć pchany przez wiatr piach.
Pod jednym z martwych ciał, dokładniej mówiąc była to martwa saiyańska kobieta, leżało dziecko. Zupełnie niewinne, tak jakby znalazło się tu przez przypadek. Żyło.
Był tak słaby, że skautery Saiyan nie potrafiły go wykryć. Poziom mocy bojowej był wykrywany przez detektory na kilkaset kilometrów, ale by to zadzialało, musiał on być przynajmniej powyżej przeciętnej, której małe dziecko nie spełniało.

W tym samym czasie, niedaleko tego pobojowiska, czaił się jeden z rdzennych mieszkańców rubinowej planety. Tsufulianin kręcił się to tu, to tam, przeszukując ciała i zbierając cenniejsze przedmioty i resztki saiyańskich pancerzy. Kiedy przeszukiwał ciało mężczyzny pozbawionego obu rąk i nóg, a nawet kawałka głowy, usłyszał cichy szmer. Momentalnie, jakby odruchowo podniósł głowę do góry, nerwowo się rozglądając. Szmer przerodził się w łkanie, zaś łkanie przerodziło się w płacz. Brzmiało to zupełnie jak płacz małego dziecka, które kapryśnie odmawia przyjmowania jedzenia albo kąpieli. Złodziejaszek, odsunął się od nieruchawego korpusu i ruszył wolnym krokiem w stronę źródła dźwięku. W pewnej chwili, ujrzał pod jednym z ciał poruszający się saiyański ogonek. Inteligentnie skojarzył fakty i pomknął czym prędzej w stronę niemowlęcia. Gdy tylko odsunął ciało, które przygniatało małego kosmicznego wojownika, płacz ucichł. Prawdopodobnie przez otrzymane obrażenia od upadku, dzieciak musiał się przebudzić tylko na chwilę, by zaraz znów stracić przytomność.

Tsuful, którego imię brzmiało Cadilac, Wziął je do swojej wioski. Była to niewielka wioska, mieszkała w niej jedynie garstka ludzi, którzy zajmowali się hodowlą bydlęciopodobną i innymi gospodarczymi rzeczami. Cadilac starał się wychować dziecko, które na początku było bardzo nieznośne i niszczyło wszystko dookoła. Zdawał sobie sprawę z tego, że tak będzie, bo w końcu wziął pod swoje skrzydła Saiyana, barbarzyńcę i potwora, którzy przyjmował postać małpy podczas pełni księżyca. Na Vegecie pełnie były rzadkie, więc udawało mu się chronić chłopca przed oglądaniem księżyca. I tak, mijały lata, a chłopak rósł i rósł. Z czasem, jego Saiyańska natura została wyparta i stał się po części grzecznym, trzynastoletnim chłopcem, pomagającym wszystkim wieśniakom.

Z początku Tsufule się go bali, ponieważ był innej rasy i nie podobało im się, że chłopak sobie paraduje z ogonem po wiosce. Jednak z biegiem czasu przekonali się do niego.
Pewnego dnia, gdy pomagał przy zbiorach, do wioski przybył pewien podróżnik. Normalnie Haricotto nie przejąłby się tym, bo często wioska odwiedzana była przez wędrowców, ale ten miał w sobie coś innego, mianowicie był to ogon. Wędrowny Saiyan? Na to wyglądało. Ubrany był w zieloną szatę i brązowy płaszcz, który zapewne miał go chronić przed burzami piaskowymi. Miał wygoloną głowę po bokach, zaś na samym czubku znajdowała się mała czupryna.
Chłopak od razu rzucił swoje zajęcie i pobiegł do niego, gdy ten kupował zapasy na dalszą podróż. Chwycił go za ramię i pociągnął.
- Proszę pana! Proszę pana! - wołał głośno młody Saiyan. W końcu podróżnik warknął, a Haricotto przestraszony jego reakcją upadł na tyłek. Podróżnik widząc to i po pewnym czasie zauważając ogon u chłopca, od razu się nim zainteresował.
- Wybacz, gnojku. Nie wiedziałem, że jesteś Saiyanem. Właściwie... co tutaj robią Saiyanie. Myślałem, że w tej części planety mieszka więcej Tsufuli. - zamyślony, z lekkim, ale zadziornym uśmieszkiem na twarzy spojrzał w niebo.
- Panie! Jestem tutaj sam! Zobaczyłem pański ogon i pomyślałem, że... - i w tym momencie starszy Saiyan mu przerwał.
- Nie interesuje mnie to. Jesteś Saiyanem i mieszkasz z Tsufulami? To całkiem śmieszne, hahahah! - zaczął głośno wyszydzać młodego. Nagle nachylił się nad nim i znów, z uśmieszkiem na twarzy, spojrzał na niego.
- Powiedz... jesteś silny? - zapytał, unosząc jedną brew ku górze. Młody cofnął się krok do tyłu, ale po chwili pewnie i z zaciśniętymi pięściami odpowiedział.
- Słaby raczej nie jestem. - dokończył zdanie, a w jego oku lekko zabłysło - Jako jedyny w wiosce potrafię jednym ciosem zniszczyć drzewo, lub skałę. - odskoczył do tyłu i podbiegł do pobliskiego drzewa, które stało na uboczu.
- Patrz, staruszku i podziwiaj! - krzyknął wesoło i jednym, zamaszystym ciosem uderzył w drzewo, zostawiając w nim odcisk swojej pięści. Kilka sekund później drzewo leżało parę metrów dalej, całkowicie zniszczone. Haricotto odwrócił się w stronę podróżnika i uśmiechnął się szeroko.
- Tylko tyle? - od razu rzucił podróżnik - Rozczarowałeś mnie. Myślałem, że jesteś silniejszy. Ile Ty masz lat? 12, 13? Saiyanie w Twoim wieku potrafią o wiele więcej! - zaczął wyzywać młodego Saiyana, który zmieszany nie wiedział co powiedzieć. Nagle wkurzony Haricotto wrzasnął do niego.
- Skoro jesteś taki mądry, to pokaż co potrafisz, dziadu! - skrzyżował ręce na klacie i zaczął mu się bacznie przyglądać. Wszyscy w wiosce zainteresowali się tym wydarzeniem. Stanęli wokół starszego Saiyana, który uśmiechnął się i jednym podmuchem swojej energii zdmuchnął zebranych Tsufuli. Haricotto widząc to nie mógł uwierzyć, ale to dopiero był początek. Podróżnik-Saiyan skupił swoją energię, która po chwili wybuchła, tworząc wokół niego spory krater, a wszędzie dookoła unosił się kurz, który bardzo powoli opadał.
- Ty... Ty... Super! - krzyknął głośno młody i od razu wskoczył do krateru. Spojrzał na podróżnika i uśmiechnął się lekko i szczerze.
- Czy... ekhm... - zaczął drapać się po głowie i jąkać się - Czy... mógłbyś mnie szkolić? Też chcę być taki silny, jak Ty! Proooooszę! - złożył swoje dłonie, jak do modlitwy i maślanymi oczkami patrzył się na starszego od siebie wojownika.
Nieco zmęczony tymi swoimi wojażami Saiyan spojrzał na niego z pogardą.
- A niby dlaczego miałbym Cię szkolić, hę? Nic dla mnie nie znaczysz, więc... - lekceważąco odpowiadał na proźbę młodziaka, który od razu wypalił z tekstem:
- Pewnie nie umiesz! Dlatego nie chcesz mnie szkolić! Jesteś do bani... - obrócił się na pięcie i zaczął iść przed siebie. Miał nadzieję, że uda mu się poruszyć starszego Saiyana. Co było dziwne, udało mu się to. Sam nie wiedział dlaczego, ale po tych słowach zyskał trenera, a może i przyjaciela... Kto wie?
I tutaj zaczyna się morderczy trening o zdobycie siły.
Spinaa, bo tak miał na imię podróżnik, zaczął trenować Haricotto. Męczył go do ostatniego tchu, nie pozwalając mu na dłuższą przerwę.

I tak, po miesiącu treningu, w którym Haricotto nauczył się podstawowych rzeczy, jak i niektórych technik, które umożliwiały mu strzelanie KiBlastami, czy pokrycie swojego ciała aurą i zwiększenie tym samym swojej siły, Spinaa zabrał młodego Haricotto z wioski, by móc w spokoju i bez zagrożenia życia Tsufuli trenować. Udali się razem w góry, które nie z pozoru wyglądały na niebezpieczne.
- No, gnojku. Jesteśmy na miejscu! Piękne, prawda? - zapytał, szczerząc się od ucha do ucha i klepnął mocno młodego w plecy, który prawię się przewrócił.
- T-tak... może być... - odpowiedział Haricotto, który wyraźnie miał dość poczucia humoru swojego nauczyciela. Miałby go jeszcze bardziej dość, gdyby wiedział, co takiego mu przygotował do treningu.
- Te góry zamieszkałe są przez dzikiego, bezmózgiego potwora, który zjada na śniadanie takich młokosów, jak Ty. - zaczał opowiadać, chcąc przestraszyć nieco Haricotto.
- No i co w związku z tym? - zapytał od razu młody, który pomimu poczucia humoru swojego mistrza, naprawdę tym treningiem się podniecał.
- To proste. Masz tam iść i przynieść mi pukiel jego włosów. Wiem, że go nie zabijesz, bo jesteś cienias, ale takie coś chyba dasz radę zdobyć, nie? - z zadziornym uśmieszkiem na twarzy spojrzał na młodego Saiyana. Młody, który już miał dość, że starszy ciągle go wyzywa, zacisnął pięści, pokazał mu język i ruszył w drogę.
~ Już ja Ci pokażę, na co mnie stać! ~ powiedział do siebie w myślach, będąc całkowicie zdeterminowanym i ruszył do przodu nie zatrzymując się.
- Daje Ci tylko dwa dni. Jeśli nie wrócisz, to pójdę sobie bez Ciebie! - krzyknął na pożegnanie Spinaa, wciąż się głupio uśmiechając. Haricotto tylko machnął ręką i pobiegł do przodu.
Po kilkugodzinnej wędrówce i wspinaczce dotarł na półkę skalną, na której nie było nic. Była tak płaska, jak niektóre dziewczyny. Owa półka ciągła się i ciągła, niczym ser w amerykańskich pizzach, a na jej końcu znajdowała się jaskinia. Niby nic, gdyby nie to, że z jej wnętrza wydobywały się dziwne pomruki i sapanie. Haricotto na początku przestraszył się. W końcu miał zaledwie 13 lat i nie był specem w walce. Pamiętał o swoim zadaniu i ruszył do przodu, lekko się trzęsąc. Wchodząc do jaskini czuł się tak, jakby zaraz ściany miały go zgnieść. Nagle zrobiło się zimno i ciemno. Przez pierwsze 10 minut szedł po omacku, dotykając zimnych ścian jaskini. Nagle jego dłoń natrafiła na coś ciepłego i miękkiego, ale zarazem śmierdzącego jak cholera. Saiyan przełknął ślinę i powoli, niepewnie spojrzał w górę. Jego oczom ukazały się dwa, świecące na czerwono koła. Wyglądały dosłownie tak, jakby były otoczone ogniem.
- GAAAAAAAAAAAARGH! - głośny ryk, jak i smród wydobyły się z pyska potwora.
Haricotto przerażony odwrócił się i zaczął biec w stronę jasnego punkciku, którym było wyjście z jaskini. Gdy już dobiegł, szczęśliwy zaczął wyzywać potwora od najgorszych. Niestety, zaraz po wyjściu potknął się o własne nogi i uderzył twarzą o płaskie podłoże. Wyglądało na to, że strzelił sobie samobója. Potwór do niego dobiegł i chwycił go do rąk. Zaczął go mocno ściskać, chciał wycisnął go jak cytrynę. Haricotto darł się wniebogłosy. Niestety nikt tego nie słyszał. Młody jednak nie poddawał się i napiął swoje mięśnie, starając się skumulować swoją energię. Udało mu się to i wokół niego pojawiła się biała, szalejąca aura. Jego siła nieznacznie wzrosła, lecz bestia wciąż nie zwalniała swego uścisku. Haricotto mając już dość tego wszystkiego, wbił zęby w palec bestii i zaczął go gryźć. Momentalnie to poskutkowało, ponieważ bestia czując ból odruchowo rzucił Saiyanem o podłoże. Młody trochę się poobijał, ale gdy zobaczył zdezorientowanego potwora od razu rzucił się w jego stronę, serwując mu serię ciosów i kopniaków. Jak się okazało po chwili, bestia uderzyła głową o wystającą skałę i... nastąpiła nagła śmierć. Haricotto zabrał, co musiał i wrócił do Spinaa'y.
- A więc udało Ci się... gratulacje. Teraz czas na inny trening! - Spinaa puścił oczko do Haricotto i zaśmiał się złowieszczo, po czym rzucił się na niego i zaczął go okładać pięściami. Fasolka bronił się, a nawet kontratakował, zadając bolesne ciosy Spinie.
Reszta treningu przebiegła normalnie. Sparing gonił sparing i tak w kółko. W końcu Haricotto nabrał masy i wojowniczej postury, dzięki której wyglądał groźniej.
I tak mijały lata, a Haricotto stawał się coraz lepszym wojownikiem. Do bycia najlepszym jeszcze mu dużo brakowało, ale nie poddawał się i trenował dalej.
W końcu, gdy osiągnął wiek 19 lat, Spinaa stwierdził, że już niczego go nie nauczy. Zżyli się razem przez te lata, więc Spinaa nabrał szacunku do swojego ucznia i vice versa. Haricotto postanowił wyruszyć na podróż po Vegecie i zdobyć nowe moce, a także poznać innych ludzi, którzy mogliby mu w tym pomóc. Na pamiątkę tych lat przeżytych razem, Spinaa dał młodemu pomarańczowe gi, w którym sam niegdyś walczył. Prócz tego, powiedział w tajemnicy młodemu chłopaki, że jeśli kiedykolwiek będzie miał problemy z Armią Królewską, powinien od razu zwrócić się z tym do niego. Co to oznaczało i dlaczego to powiedział, do dziś jest nierozwiązaną zagadką.
Z prezentem i tym zdaniem w głowie, młodzieniec wyruszył w pierwszą podróż swojego życia...

Los tak chciał, że Haricotto nie dołączył do Królewskiej Armii. Nie interesowało go życie szeregowca, który bezmyślnie jak bydło wykonuje polecenia swojego właściciela, a w tym przypadku dowódcy. Z racji tego, że pobór był czynny i prawie zawsze obowiązkowy, rozpoczęło się kombinowanie, w jaki sposób dałoby się opuścić rubinową planetę.
Chcąc nie chcąc, od ciągłego unikania poboru, Haricotto został nazwany mianem dezertera. Ścigany przez organy wojskowe, nie raz prawie wpadł w ich łapska. Mając dość takiego życia i ciągłego chowania się w uliczkach miasta, postanowił, że zwróci się po pomoc do swojego byłego mistrza i przyjaciela, Spinaa'y. Nie miał jednak pojęcia, na czym polegać miałaby oferowana przed laty pomoc.
Poruszając się tylko i wyłącznie w nocy, odziany w poszarpany płaszcz z kapturem zakrywającym twarz, Saiyanin w końcu wytropił starego znajomego. Przesiadywał on często w barze "Supa Oozaru" i delektował się nektarem bogów. Na szczęście dla Hariego, bar znajdował się na obrzeżach miasta i nie był pilnowany przez wojskową żandarmerię.
Przekroczywszy próg lokalu, Haricotto stanął chwilę w przejściu, powoli i dokładnie obserwując wzrokiem całe pomieszczenie. Jak można się było spodziewać, miejsce to wypełnione było kosmicznymi wojownikami.
W samym kącie, przy stoliku, z wywalonymi kopytami na blacie, siedział mężczyzna w podeszłym wieku. Jego uczesanie od razu podpowiedziało stojącemu przy drzwiach Saiyaninowi, że jest to nikt inny jak sam Spinaa. Podchodząc do stolika wolnym krokiem, Haricotto bez słowa przysiadł się, zdejmując po chwili kaptur z głowy. Trącił pięścią nogę starca, który leniwie uniósł swoje spojrzenie do góry. Mrużąc swoje oczy, nie rozpoznał w pierwszej chwili swojego byłego ucznia. Dopiero gdy przetarł zaspane oczy, rozpoznał facjatę, którą wcześniej oglądał każdego dnia.
- Haricotto...? Co Ty tu robisz? Szukają Cię... - nieco zaspanym głosem rozpoczął konwersację, by tuż po chwili przechylić kilka sporych łyków piwa. Swoją drogą, nie ma to jak browar tuż po przebudzeniu...
- Wiem, dlatego odszukałem właśnie Ciebie. Kiedyś powiedziałeś, że gdybym miał problemy z wojskiem, to mam zwrócić się do Ciebie. No więc... zwracam się. - młodzieniec patrzył swoimi czarnymi oczami na twarz przyjaciela. Nie wiedział, jaka będzie jego odpowiedź. Spinaa wyglądał tak, jakby się czegoś obawiał, jakby się wahał i bił z myślami. Ciężko było odczytać cokolwiek z jego zmęczonej twarzy. Nagle jednak znów przeniósł swoje spojrzenie na Haricotto i przez chwilę nic nie mówił. Wiedział, że jeśli mu nie pomoże, chłopak zostanie stracony, albo co gorsza trafi do lochów, gdzie będzie torturowany... Z drugiej jednak strony, ryzykował swoją reputację i własny tyłek. W końcu nachylił się do młodszego towarzysza i wyszeptał, rozglądając się raz jeszcze po barze.
- Spotkajmy się jutro o tej samej porze w ruinach. Pomogę Ci, ale musisz mi obiecać, że choćby nie wiem co się działo, nie zawrócisz. - Haricotto skinął porozumiewawczo głową. - Choćby nie wiem co. - powtórzył Spinaa, marszcząc swoje krzaczaste brwi.

Minęły równe 24 godziny. Haricotto umówiony ze swoim trenerem, pojawił się na terenach ruin, gdzie jeszcze kiedyś, przed inwazją Saiyańską, znajdowała się tutaj bogata metropolia.
Spinaa się spóźniał, co irytowało młodego wojownika do tego stopnia, że aż zaczął kląć po nosem i wyzywać starego od kłamców i zdrajców. Na szczęście dla niego, jakieś kilka minut później zjawił się spóźniony gość. Niósł na plecach kapsułę kosmiczną. Po jego minie widać było, że się spieszył, bo gdy tylko odłożył statek na ziemię, prawie od razu wepchnął do niej Haricotto'a.
- C-co jest!? - zapytał zdezorientowany, patrząc na zmęczoną twarz Spinaa'y. Ten tylko pokręcił głową na boki i kiedy chciał coś powiedzieć, ktoś nadał przez jego scouter komunikat. Zawierał on informację na temat kradzieży kapsuły kosmicznej i że złodziej najprawdopodobniej udał się w stronę ruin. Mina starca była jednoznaczna. Uprowadził on statek, by jego podopieczny mógł opuścić planetę, na której był już skreślony. Bez słowa wyjaśnienia, jedynie z uśmiechem na twarzy, Spinaa zatrzasnął właz do kapsuły, zamykając wewnątrz Haricotto. Upewniwszy się, że wszystko już jest zabezpieczone a sam pojazd zaczął już działać, uniósł do góry kciuk i z pewnym siebie uśmiechem na twarzy powiedział.
- Trzymaj się. Żyj... Zostań świetnym wojownikiem i nigdy się nie poddawaj. - po czym machnął ręką i jeszcze w tej samej chwili odskoczył w bok, uciekając wgłąb zrujnowanego miasta. Zamknięty w statku kosmicznym chłopak, nie usłyszał ostatnich słów swojego mentora. Jedyne co teraz słyszał, to głośna praca silnika. Przez szkiełko pojazdu dostrzegł, jak w pogoń za uciekającym Spinaą ruszyli żołnierze królewscy. Z pewnością dostrzegli oni odlatującą kapsułę, ale nie byli oni w odpowiedniej pozycji, by zatrzymać i statek i uciekiniera. Obrali łatwiejszą drogę i puścili się w ślad za starcem.
Kapsuła, której współrzędne ustawione zostały jeszcze przed startem, skierowała się w stronę błękitnej planety...

Techniki:
- KI Blast,
- Bukujutsu.

Planeta/Miejsce zamieszkania:
Planeta Ziemia
avatar

Haricotto
Admin/Time Patrol
Admin/Time Patrol

Liczba postów : 1118

Powrót do góry Go down

Zobacz poprzedni temat Zobacz następny temat Powrót do góry


 
Permissions in this forum:
Nie możesz odpowiadać w tematach